„1Q84”. Haruki Murakami.



Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginału 1Q84 ichi-kew-hachi-yon.

Miłośnicy książek Murakamiego nie zawiodą się na pewno. Panie i panowie, czeka nas wyjątkowo smakowita literacka uczta. Tym razem w formie trylogii. "1Q84" bowiem to pierwsza część, rozbudzająca apetyt na poznanie ciągu dalszego, który to jak obiecuje wydawnictwo, ukazać się ma w roku 2011. Czekam!

Jak zwykle o prozie Murakamiego jest mi trudno pisać, aby nie popaść w jakiś nadmierny egzaltowany styl bądź odwrotnie, aby nie zbanalizować czegoś, co niezwykle mnie ruszyło i poruszyło wręcz do głębi mnie. Jak zwykle, mam wrażenie, że niektóre myśli, spostrzeżenia autora wyjęte są z mojej głowy i naniesione na papier. To mi się często nie zdarza, ba, rzadko nawet powiedziałabym i na razie chyba w przypadku dwóch autorów, ukochanego Haruki Murakamiego między innymi właśnie.
W prozie Murakamiego uwielbiam jak ja to nazywam, kojącą i uspokajającą moc jego zdań. Na pewno, co podkreślałam kilkakrotnie, jest to nie tylko chociaż w większości zasługa samego autora ale i wspaniała praca pani tłumacz, pani Anny Zielińskiej-Elliott. Co prawda, ale to już nie jej wina, wyłapałam dwie literówki, co się MUZIE rzadko kiedy zdarza, ale na szczęście, dwie zaledwie.
A więc, jak mówię, kojąca moc zdań Murakamiego zawsze wprowadza mnie w jakiś nieco lepszy nastrój, chociażbym znajdowała się w czarnej dziurze.
Tytuł "1Q84" odnosi się niewątpliwie do słynnego "Roku 1984" Orwella. Bowiem w tej książce powoli poznajemy system kontroli nad innymi jaki okaże się tajemnicza sekta religijna, która jednak ma swój początek w militarnej grupie.
W tej pierwszej części trylogii poznajemy dwoje głównych bohaterów, którymi są Aomame, która na co dzień uczy sztuk walki a po godzinach jest płatnym zabójcą i Tengo, nauczyciel matematyki, który z kolei jest początkującym pisarzem i redaktorem. Jak się okazuje, ongiś znali się oni, niemniej jednak potem ich kontakty urwały się zupełnie i obecnie błądzą gdzieś po świecie Tokio nie natykając się na siebie, ale kto wie, co stanie się w następnych częściach? W tej częsci poznajemy też kilka innych fascynujących osób, z którymi los złączy naszych bohaterów i którzy to bohaterowie zostaną wplątani w niezwykłe sytuacje i wydarzenia, w czasie których będą poznawać niezwykłe ludzkie losy, zastanawiać się nad istnieniem światów równoległych i możliwości oświetlenia nocnego nieba przez dwa niezależnie od siebie istniejące księżyce.
Mnie ta książka wciągnęła niezwykle, spowodowała, że chociaż na chwilę mogłam oderwać się od codzienności i oczywiście, że ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.

„Dom w Toskanii”. Anita Stojałowska.

Pamiętacie zapewne, jak parę miesięcy temu napisałam, że miałam okazję przeczytać książkę, która dopiero ma się ukazać.
Wtedy obiecałam, że jak książka ukaże się drukiem, polecę Wam ją, co właśnie czynię.
Miałam nawet wtedy napisać coś dla wydawnictwa , ale wydawnictwu się nie spodobało, a więc to, co miałam wysłać, zostawiam tu, te moje słowa, jako, że trochę nie mam teraz głowy do tworzenia nowej recenzji, a wydaje mi się, że ta pokazuje to, co po lekturze czułam.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2010).

Debiut książkowy. Dla autora jest to z pewnością wielka przygoda. Dla czytelnika to na ogół niewiadoma. Może wyjść  zakalec a może, że wciąż użyję kulinarnego porównania wyjść ciasto pyszne i  tak rozchwytywane, że wszyscy będą prosić o dokładkę. W przypadku tej książki ku mojej czytelniczej radości okazało się to drugie. Miałam okazję zapoznać się z nią od początku jej powstawania i nie ukrywam, że odczuwałam wielką frajdę będąc jednym z pierwszych czytelników.
"Dom w Toskanii" Anity Stojałowskiej zdaje się kierować nasze skojarzenie ku dość  popularnym ostatnio książkom z nurtu opowieści o ludziach, którzy zdecydowali się rozpocząć nowe życie w warunkach skrajnie różnych od tych, w których do tej pory żyli, najczęściej w południowych stronach Europy. Przy całej mojej sympatii do tego typu literatury muszę przyznać, że odczuwam pewien przesyt tego typu książkami i dlatego przyjemnością było odkrycie, że ta w ten nurt się nie wpisuje. Czytelnik ma przed sobą kawałek ciekawej prozy obyczajowej, napisanej dobrym językiem i stylem. Autorka jest bacznym obserwatorem życia dookoła, jak również skupia się na ludziach, dlatego więc postaci z książki są krwiste i prawdziwe, zdają się być podobne do ludzi z naszego otoczenia. Co jest dla mnie plusem, nie ma tu lukru, jest prawdziwe życie. Widzimy jak los rozdaje karty czy nagrody. Czasem wygrywa się nagrodę główną, innym razem można stracić wszystko. Cóż, takie właśnie jest życie.
To opowieść o tym jak życiem kieruje przypadek. Przy tym to nie bajkowa historia a opowieść, którą tak naprawdę możemy kiedyś usłyszeć na spotkaniu ze znajomymi. O walce z przeciwnościami losu i o podnoszeniu się z upadku, o sile, która cechuje niektóre osoby i która jest ich siłą napędową, pozwalającą wyjść cało z nawet najgorszej opresji. Opowieść, która, i dobrze, dziać mogłaby się zarówno w bajkowej scenerii Toskanii jak i prowincjonalnym miasteczku pod każdą szerokością geograficzną. Wszędzie bowiem żyją ludzie, mający swoją opowieść, którą mogą się z nami podzielić, wszędzie, każdego dnia życie podaje nam swoje smaki, raz rozpieszczając nas słodkością a raz dodając przysłowiową łyżkę dziegciu.
Z prawdziwą przyjemnością polecam Wam więc "Dom w Toskanii" a sama pozostaję z niedosytem i nadzieją, że kto wie, może kiedyś doczekam się ciągu dalszego tej historii.

Moja ocena to 4.5 / 6.

Dla zainteresowanych, blog autorki książki. O tu.