„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Mario Vargas Llosa.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2009).
Przełożyła Marzena Chrobak.
Tytuł oryginalny Travesuras de la nina mala.

Jak sobie obiecałam, wróciłam do prozy Llosy. Nie ukrywam, że przyczyniła się do tego Literacka Nagroda Nobla w tym roku mu przyznana.
I tym razem się nie zawiodłam. Llosa jest według mnie świetny w snuciu opowieści. Nie ma tu realizmu magicznego, nie ma powracających z zaświatów rozdzielonych kochanków, którzy znajdują ukojenie i spełnienie uczucia dopiero po śmierci. Jest konkretny świat tu i teraz, jest konkretny człowiek, którego opowieść dotyczy i konkretna historia do opowiedzenia.
Ale jak ta historia jest opowiedziana! Ze smakiem, z tym, co tak uwielbiam u Latynosów, czyli totalną egzaltacją uczuciową, opisową, słowną, tym lawirowaniem między wspaniałością a kiczem, które to zagranie ryzykowne u tak wielu u tego autora sprawdza się rewelacyjnie i prowadzi do efektów tak dobrych, jak ta książka właśnie.

Marzyliście kiedyś o wielkiej niekończącej się miłości? Miłości szalonej? Voila. Macie ją na kartach tej książki będącej czymś w rodzaju pamiętnika, spowiedzi? człowieka już mocno starszego, który na kartach książki prowadzi nas przez swoje życie a raczej przez historię swojej wielkiej, szalonej miłości do tytułowej "niegrzecznej dziewczynki". Nastolatki, kobiety, potem już starszej niby to pani, która przyjmując co i rusz nowe tożsamości pozwalające jej na dostatnie życie, o którym marzy, wciąż, jak niechciany bumerang powraca do bohatera książki i kiedy tylko dochodzi on do siebie, ona na nowo niszczy budowany przez niego porządek i to, co udało mu się zgromadzić w pocie czoła.
Cóż, ta opowieść to nic innego, jak przestroga przed takimi mrzonkami, jak wyidealizowana miłość, miłość, która niestety, niszczy i wypala. Zamiast przytrafiać się tobie, człowieku, niech pozostanie na kartach książki.
Nasz bohater poznaje "niegrzeczną dziewczynkę" będąc nastolatkiem. Ich znajomość z przerwami trwać będzie ponad czterdzieści lat. Znajomość burzliwa, niszcząca go a jednocześnie na te krótkie chwile szczęśliwości, jakie mu kobieta łaskawie wydziela, przynosząca mu radość i nieziemskie poczucie rozkoszy. Ta wiecznie zmieniająca tożsamości nieuleczalna kłamczucha położyła się nie tylko do jego łoża ale i cieniem na całym jego życiu. To takie jego fatum? karma?

Znajomość bohatera, którego zrealizowanym marzeniem było życie w Paryżu (miasto odgrywa tu rolę bohatera drugoplanowego) i zajęcie się tłumaczeniami z niestabilną emocjonalnie kobietą opowiadana jest z tą typową dla latynoskiej prozy lekkością. Okraszona specyficznym poczuciem humoru i tym brakiem wstydliwości szczególnie w opisach miłości, jakie czasem dotyka niektórych autorów. Mimo to nie jest on według mnie wulgarny. Jest akuratny i w sam raz.
Co lubię w prozie Llosy to jego zadziorność, emocjonalność kipiącą wręcz z tekstu. Cudowne zdrobnionka, które w języku polskim rażą mnie ogromnie a tu pasują, o ile się zresztą nie mylę, zdrabnianie to cecha języka hiszpańskiego.

Mnie się ta książka ogromnie podobała, daję jej ocenę 5.5 / 6.

Uwaga, teraz niech czytają ci, co już znają książkę.

Dla mnie dobrym pomysłem w książce jest brak happy endu w książce. Nawet jeśli happy end miał by polegać na tym, że "niegrzeczna dziewczynka" po raz kolejny opuściłaby bohatera, to uważam, że zakończenie proponowane przez autora powoduje, że książka ta mogąca otrzeć się o łzawą telenowelę staje się bardziej wiarygodną opowieścią. Wszak, wiele jest "niegrzecznych dziewczynek" na świecie.

takie tam…

…o ludziach i w ogóle wynurzenia na piątkowe przedpołudnie (jeszcze).
Ostatnio zdałam sobie sprawę, wiem, truistycznie to brzmi, jak jednak wielka moc jest rozmów z kimś bliskim. Jak wiele to może dać. Te babskie rozmowy, zwierzenia, sprawy, których nie powierza się każdemu. Ja w ogóle trudno się z wiekiem odsłaniam, i tak naprawdę niewielu osobom, tylko takim, które są mi naprawdę "zaufane", o których wiem, że nie kłapią dziobem na prawo i lewo. Takie, które jak to się mówi, jak coś powiesz, to studnia, wpadło i nie wypadnie.
Zdarzyło mi się coś niesamowitego. Przeszło rok temu ktoś mnie zranił. Przeżyłam to wtedy strasznie. Ta osoba nie wiedziała, że tak to na mnie wywarło wpływ, bo ja z tych, co się świetnie oko w oko maskują, za to "po" wyryczeć swoje w cichości pokoju muszą. No, ale nieważne. Zdarzyło mi się, że ten ktoś mnie za to przeprosił. Ktoś powie, rychło w czas, ale powiem, że na tamtą sprawę, jej wagę, to zdecydowanie czas nie zagrał roli, ważne, że coś takiego miało miejsce. I ważne, że padły słowa niosące ukojenie po tamtym. Swoją drogą ogromny szacunek żywię dla tych, którzy umieją się do błędów przyznać, przeprosić, powiedzieć wprost , że popełnili błąd, że nie chcą, aby tak niewyraźnie było.

„Sieć rozkwitającego kwiatu”. Lisa See.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożył Robert Ginalski. Tytuł oryginału Flower Net.

Lisa See przyzwyczaiła mnie do książek nieco innego rodzaju. A tu proszę, zaskoczenie, jako, że miałam okazję przeczytać jej książkę, która jest ni mniej ni więcej a sensacją, kryminałem. Muszę powiedzieć, że całkiem dobrze jej to wyszło aczkolwiek nie nazwałabym jej mistrzynią sensacji, chyba osobiście wolę jej opowieści z kobietami w roli głównej.
"Sieć rozkwitającego kwiatu" dzieje się głównie we współczesnych Chinach, Pekinie i nieco w Los Angeles. Oto bowiem w zbliżonym czasie odkryte zostają w Pekinie najpierw zwłoki syna ambasadora amerykańskiego a niedługo potem w Los Angeles na statku przewożącym nielegalnych emigrantów zwłoki młodego Chińczyka.
Prowadzący śledztwo szybko docierają do punktu zbieżnego, otóż obaj młodzi mężczyźni nie zginęli przypadkowo i w dodatku coś ich śmierć łączy. Co? To będą musieli odkryć pracująca w chińskiej policji Liu Hulan córka wysoko postawionego urzędnika i amerykański prawnik David Stark.
Autorce udało się napisać całkiem sprawny kawałek sensacji, co prawda, jak dla mnie końcówka nieco przegadana i przydługa, myślę, że można było nieco ją przykrócić. Pewnych rozwiązań domyśliłam się, ale nie szkodzi, bo ogólnie czytało mi się ją nieźle.
Oprócz samej intrygi, mnie zainteresował opis współczesnych Chin z ich prężnym rozwojem aczkolwiek dodam, że akcja książki dzieje się jeszcze przed przejęciem z powrotem przez Chiny Hongkongu, czyli przed 1997 rokiem. Ale opis rozpuszczonych dzieciaków z bogatych rodzin, pewnie niestety, całkiem trafiony, jak również opis zjawiska, o którym pisałam recenzując książkę "Młode Chiny" czyli niechęć mieszkańców Pekinu do ludności napływowej z prowincji kraju.

Ogólnie, przyzwoite czytadło z sensacyjnym wątkiem, moja ocena to 4.5 / 6.

tylko takie wiadomości!

ja chcę w wiadomościach, nieważne, radiowych, telewizyjnych tylko takie wiadomości. W natłoku informacji, z których wynika, że człowiek głównie już zdziczał i znienormalniał, to, co skończyło się dziś w Chile jest jak ciepły balsam czy krzepiący uścisk od przyjaciela. Wczoraj miałam możliwość śledzenia akcji w telewizji i wykorzystałam to, gapiłam się w ekran na przemian mając na twarzy szeroki uśmiech a wraz z każdym wyjeżdżającym na powierzchnię górnikiem łzy wzruszenia. I miałam w nosie, że ryczę średnio co godzinę. To były takie dobre łzy. Te szczęścia.
Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuli górnicy w chwili zasypania i potem przez te naście dni, zanim się z nimi skontaktowano. Nie potrafię wyobrazić sobie, co czuli ich bliscy. Najpierw zapewne rozpacz, a potem kiedy okazało się, że wszyscy górnicy przeżyli pewnie najpierw radość a potem na pewno niepewność czy da się ich uratować. Nie potrafię i chyba nie chcę.
Nie napiszę odkrywczej prawdy stwierdzając, że jestem pod niesamowitym wrażeniem samej akcji ratowniczej na każdym jej etapie? Począwszy od środków, jakie zaangażowano do tej akcji, poprzez ogromną wiedzę specjalistów ze wszystkich praktycznie dziedzin (górnictwo, kapsuła stworzona przez NASA, lekarze, dietetycy, psycholodzy stresu itd). Bohaterem jest dla mnie każdy. I ten sztygar, któremu udało się utrzymać w ryzach trzydziestu trzech chłopów, którzy nagle znaleźli się w tak ekstremalnych warunkach i każdy z górników, który jednak nie oszalał a walczył o przetrwanie, i każdy z tych, którzy wnieśli coś w akcję ratunkową. Jestem pod wrażeniem chwilowej, to pewnie fakt, ale jednak , jedności Chile i Boliwii i ich przedstawicieli politycznych, czego w pewnych polskich kręgach politycznych nie spodziewałabym się na pewno.
Cieszę się z każdym uratowanym górnikiem i jego bliskimi.
Od wczoraj mam na twarzy szeroki uśmiech i staram się gromadzić tę radość, uczucia na dłużej, to dobry zapas, który trzeba w sobie przechować.
To dobry znak, że w naszym zwariowanym świecie humanitaryzm wciąż ma znaczenie. I że człowiek jednak się dla kogoś liczy.

A o samej akcji można poczytać tu.

do śmiechu na czwartek

 otrzymałam netem, to co będę skąpić , podzielę się;)

 

Przychodzi para do knajpki i zostawia płaszcze w szatni.
Szatniarz pyta:
– Na jeden numerek?
– Nie, na kawę – odpowiada facet.


***

Spotykają się koledzy:
– Stasiu, co tam w pracy?
– A nic… W zeszłym tygodniu nasz szef utknął w windzie.
– I co zrobiliście?
– Nic. Ciągle się zastanawiamy.
***

Narkoman trafił do piekła. Otwierają się wrota, a tu całe łany marihuany. Narkoman napalony biegnie i rwie całe naręcza. Nagle słyszy głos diabła:
– No i po co rwiesz, jak tam pełno narwane!
Patrzy, a tu faktycznie pełno świeżego ziela. Biegnie i zaczyna przerzucać, żeby schło. A tu diabeł:
– I po co suszysz, jak już tam ususzone!
I rzeczywiście. Narkoman podbiega i zaczyna skręcać skręty. Skręca, skręca, na co diabeł:
– I czego skręcasz, jak tam tyle naskręcane!
Narkoman patrzy, a tu góry skrętów! Wybiera największego i pyta diabła:
– Masz może ogień?
A diabeł z uśmiechem:
– Byłby ogień, byłby raj!
***

„Dom tysiąca nocy”. Maja Wolny.

Wydane w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).

Kolejna polska proza, jaką miałam okazję w krótkim czasie przeczytać i znowu przyjemne zaskoczenie. Książka mi się podobała, zainteresowała swoim nietypowym ciężkim klimatem.
Macie czasem wrażenie, że wasz bezpieczny dotąd świat, wtłoczony może zbytnio w rutyny kolei zawalił się? Jeśli tak, reagujecie różnie. Jedni walczą, nie poddają się, inni opadają z sił, jeszcze inni zamykają, co się da zamknąć, przysłowiowe drzwi, palą mosty i uciekają w nadziei, że gdzieś tam w tym innym świecie (czy lepszym?) uda się im dojść do równowagi. Jeśli nie zapomnieć, to przynajmniej nie budzić się z płaczem i poczuciem, że nic już nie będzie tak wspaniałe jak było.
Malwina to wykształcona Polka, która w wieku pięćdziesięciu lat staje na rozdrożu i która uznaje, że w obecnym momencie jej życia może pozwolić sobie na coś, co zapewne zdziwi wiele osób. Otóż wyjeżdża do Włoch, konkretnie do Sorrento, aby tam podjąć się pracy pomocy domowej u pewnej starszej kobiety.
Powstaje ciekawy trójkąt osobowości. Malwina, próbująca rozliczyć się z przeszłością, Carla, u której pracuje i wnuk Carli, Bruno, młody człowiek dopiero kształtujący się tak naprawdę, dojrzewający w pełnym tego słowa znaczeniu. Carla ma za sobą bogatą przeszłość, swego czasu sympatyzowała z socjalizmem i nazywana jest przez porzuconą przez siebie swego czasu córkę terrorystką. Córka Carli podrzuca jej na wychowanie własnego syna, sama zaś znika praktycznie z życia obojga i matki i syna, aby oddawać się uciechom świata, w których to próbuje znaleźć swoje własne zapomnienie.
Malwina wkracza w świat babki i wnuka i początkowo jest tylko i wyłącznie osobą do pomocy w domu, jednak z czasem dla obojga z nich stanie się kimś więcej, niż tylko pomocą domową.
Carla znajdzie w niej oparcie. Bruno, próbujący się z życiem młody twórca, powierniczkę.
To książka, w której dużo jest o tak zwanych przechowywanych na dnie podświadomości grzechach i żalach, o odgrzebywaniu przeszłości, dotykaniu ran, które zdawać się mogło dawno zarosłe jątrzą się jednak wciąż i bolą może nawet bardziej niż kiedyś.
To książka ze specyficznym jak już wspomniałam klimatem, nastrojem, beztroska ciepłego Południa nie ma nic wspólnego z optymizmem i otuchą. Nie, jest sięganie do dna i odbijanie się z niego na różne sposoby. Towarzyszy temu aura niejakiej tajemniczości i zrezygnowania na przemian z namiętnością i uczuciami w rozmaitej skali.
Mimo to nie polecam jej na nastroje smutne bo nie nazwałabym jej optymistyczną, myślę, że może zdołować.
Moja ocena książki to 4.5 / 6.

z cyklu na wesoło?

A to Polska właśnie? Od maja nie dostaję katalogów Świata Książki. Nic nie dały reklamacje. Katalogi do mnie nie docierają. Inne rzeczy też różnie, ale większość mimo wszystko tak, a katalogi utkwiły. Ale nie o tym chcę pisać. Zmuszona, wzięłam katalog z księgarni, przeglądam wczoraj, co tam ciekawego mają w jesiennej ofercie. No i na końcu jest dział z reklamami obniżek u partnerów Klubu. Miedzy innymi jak widzę, mogę dostać nawet 5% zniżki na wycieczki lotnicze Orbis Travel. Tiaaa…

„Starożytne igrzyska olimpijskie”. Judith Swaddling.

Wydane w Wydawnictwo Axis. Poznań (2004).
Przekład Jacel Lang.
Tytuł oryginału The Ancient Olympic Games

Dawno nie miałam takiej literacko historycznej uczty. Muszę przyznać, że ogromnie się cieszę, że zdecydowałam się na tę książkę, mimo, że jakimś wielkim fanem starożytności nie jestem to jednak temat igrzysk olimpijskich mnie wielbicielkę Grecji zainteresował na tyle, że wzięłam ją do rąk by wypuścić z żalem, że to już koniec lektury.
Autorka książki jest kustoszem Działu Grecji i Rzymu Czasów Starożytnych w British Museum, o czym informuje okładka książki i to widać. Ale, co jest jak dla mnie, laika wielkim plusem, autorce udało się stworzyć coś, co trafia właśnie niekoniecznie do przyszłych archeologów czy historyków starożytności ale przeciętnej osoby zainteresowanej tematem.
Książka wydana jest na porządnym papierze, ilustrowana zarówno ciekawymi zdjęciami i współczesnej Olimpii, i makiet i dzieł sztuki czy ich fragmentów prezentujących tematykę igrzysk olimpijskich, co zdecydowanie zachęca do poznania tematu.
Książka opisuje zagadnienie solidnie. I tak dowiadujemy się o początkach igrzysk, o fakcie, iż początkowo owe igrzyska urządzane na cześć Zeusa miały silny charakter religijny (co z czasem powoli uległo zmianie). Dowiadujemy się szczegółów na temat architektury i zabudowań ówczesnej Olimpii i funkcji poszczególnych budynków czy warsztatów. Potem poznajemy szczegóły już samych igrzysk, zarówno poznając ciekawostki na temat sędziów czy startujących jak również rodzajów dyscyplin jakie miały tam miejsce. Jest solidna rozpiska wszystkich pięciu dni igrzysk. Dowiadujemy się też, że igrzyska połączone były z zarówno religijnym aspektem jak również czysto ludzkim poprzez kończenie dni poświęconych rywalizacji sportowej wystawnymi ucztami.
Ja jako interesująca się Grecją jestem zachwycona tą publikacją i naprawdę polecam ją szczerze.
Nasza wyprawa w tamto miejsce, jaką mogliśmy odbyć w roku 2006 nabrała dla mnie nowego znaczenia. Załączam fotkę.

Moja ocena książki to 5 / 6.