„Madrość Toskanii”. Ferenc Mate.



Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa. (2010).
Przełożył Zbigniew Kordylewski. Tytuł oryginału The wisdom of Tuscany.

Niestety, zawiodłam się na tej książce. Fakt jest jeden, naczytałam się wcześniej sporo krytycznych recenzji na jej temat i niestety, nie napiszę pochwały. Chciałam sama przekonać się o tym, jaka jest książka. Nie ukrywam, że miałam nadzieję na to, że zwyczajnie przyjemnie się rozczaruję, tym bardziej, że przecież dwie poprzednie książki tego autora czyli "Winnica w Toskanii" i "Wzgórza Toskanii" tak mi się bardzo podobały. Ja chyba po prostu wolę, kiedy autor nawet dla niektórych w sposób może niekoniecznie pasjonujący, opisuje swoje i sąsiadów życie w Toskanii nie siląc się na wyłożenie złotych myśli na zasadzie "kawa na ławę". Niestety, ta książka ma nietrafiony tytuł, zamiast "Mądrość Toskanii" powinno być raczej "mądrości Ferenca Mate". Podane w sposób jednak jak dla mnie nie do końca strawny. Po pierwsze, osobiście mam alergię na osoby głoszące tak zwane prawdy oświecone w sposób, który sugeruje, że wszyscy inni o zdaniu odmiennym mylą się i to bardzo. A taki klimat odczuwałam podczas lektury Ferenca Mate, która to książka bardziej zdała mi się traktatem antyglobalisty, nastawionego na nie do wszystkiego, co nie zgadza się z jego prywatną metodą na życie. Fantastycznie, że pan Mate odnalazł się na toskańskiej wsi. Jednak , halo halo, może naprawdę nie każdy musi podzielać jego opinię? Nie podoba mi się generalizowanie i stronniczość, jakie stosuje, takie, jak chociażby jego stwierdzenie, że wszyscy kochamy małe miasta. Może nie wszyscy? Może są tacy, sama takich znam, którzy uwielbiają wielkomiejskość? Ja sama w tym nie widzę żadnego uszczerbku dla ich zdrowia psychicznego czy samopoczucia. Jeśli ktoś odnajduje się na wsi, jego wola, jeśli w mieście, również. Dajmy innym żyć tak, jak sami oni chcą i nie starajmy się za sprawą prawd objawionych jedynych i słusznych  wpędzać innych w poczucie winy, że zamiast siać marchewkę, uprawiać winorośl mają oni ochotę być informatykiem, lekarzem, nauczycielem w szkole miejskiej, muzealnikiem w Prado a może nawet, o zgrozo , bankowcem czy…nie, aż boję się to napisać, prawnikiem? w prężnej kancelarii?
A już rada na wszystko, jaką jest wybudowanie domu na wsi, szczerze mówiąc , rozzłościła mnie kompletnie. Tak, remedium na wszelkie troski jest zakup ziemi (nie na kredyt, kredyty bowiem pan Mate wyśmiewa jako to zło konsumpcjonizmu) i wybudowanie sobie na tej ziemi domu. Nieważne, że nie każdy ma miliony, że są ludzie, którzy nie ciągną kasy od rodziców, że są zdani na siebie i swoje właśnie możliwości kredytowe, że mają dzieci, które wolą jednak kształcić i to niekoniecznie w wiejskiej szkole, bo tak, bo taki mają kaprys.
Toskania Mate to raj na ziemi, w którym nie ma chorób, problemów współczesnego świata, po prostu to jakaś oaza szczęśliwości. Dziwne, bo zdaje się , że w innych tego typu książkach innych autorów wyczytałam i o postępującej i prowadzącej do dramatów narkomanii wśród młodzieży nawet właśnie na sielskiej prowincji, jak i chorobach i innych problemach.
Czułam się jakbym czytała książki Coelho (przepraszam miłośników jego prozy) , który głosi prawdy tak oczywiste, jak mało które. Tak, panie Mate, naprawdę wiemy, że lepiej żyć bez stresu, w otoczeniu kochającej rodziny i przyjaciół, miło być bogatym, pięknym i zdrowym. I tak, wiemy, że żaden przyjaciel z Facebooka czy Naszej Klasy nie zastąpi tego "realnego", który nie zawiedzie. Ale wiemy to i bez pana wynurzeń.

Niestety, ta książka dobrą nie jest, raczej śmieszy i jak nigdy dotąd po jej przeczytaniu poczułam ogromną więź z miastem, wręcz natychmiastowy wewnętrzny imperatyw nakazujący natychmiast wsiąść w metro i pojechać do samego samiuteńkiego centrum Warszawy, gdzie napawać bym się mogła anonimowością i szklanymi wieżowcami;))) i to mówię ja, która właśnie uciekłam z prawie ścisłego centrum, w którym mieszkaliśmy zaraz po Ślubie;0) Wiecie, jak kocham las, spacery po spokojniejszej, niż wielkomiejska okolicy, ale naprawdę pokochałam miasto na nowo.
Miło jest siedzieć w swojej winnicy, która nie kosztowała zapewne kredytu na resztę życia i pisać złote myśli. Jeszcze milej jest jednak być w sytuacji może mniej komfortowej a czuć , że jest dobrze, to jednak jak dla mnie większa sztuka.
I żeby nie było, że tylko ja po niej jadę jak po łysej kobyle podaję link do tego, co sądzi o niej kolega z forum greckiego, który z tego, co się orientuję pracuje w branży wydawniczej i napisał o niej o tu.
Toskanię i prowincję wolę o wiele bardziej w wydaniu pani de Blasi.

Moja ocena 3 / 6.