„Młode Chiny”. Krzysztof Kardaszewicz.

Wydana w Wydawnictwie Homini. Kraków-Łódź (2010).

Dzięki uprzejmości Megarecenzji udało mi się przeczytać tę książkę, której niestety, nie udało mi się znaleźć w internetowym sklepie, z którego korzystam. A miałam ochotę ją przeczytać ze względu na moje osobiste zainteresowania Chinami współczesnymi, szczególnie właśnie tymi po okresie "Rewolucji Kulturalnej".
Książka została napisana przez młodego człowieka, rocznik 82, co ciekawe, jest on rówieśnikiem przedstawicieli owych "młodych Chin", którymi w swojej książce się zajmuje. Pewnie dlatego było mu łatwiej. Bo pomimo niby otwarcia się na zachód współczesne Chiny wcale takie otwarte się nie zdają być. Nawet w Pekinie, gdzie obcokrajowców jest już obecnie naprawdę dużo, młodzi ludzie nie mają zbyt wielu znajomych z innych krajów a z kolei również przybywający do Chin obcokrajowcy zdają się nie mieć chęci na większą integrację. Jadą tam w konkretnym celu, na zarobek dobrych pieniędzy i trzymają się w swoim zamkniętym środowisku.

Rówieśnicy autora to osoby, których Rewolucja Kulturalna nie dotknęła osobiście, ale raczej pośrednio. To ich rodzice stali się ich "ofiarami". I to widać, bo to niestety, procentuje, chociażby w tym, jak większość rodziców podchodzi do kwestii wykształcenia stawianego dzieciom, w większości jedynakom na skutek polityki rodzinnej Państwa Środka. Rodzice chcą nadrobić swoje własne niedostatki, braki co powoduje, że na młodych ludziach ciąży wielka presja i bardzo wiele oczekiwań, czego symbolem są chociażby lata nauki i katorżnicze wręcz egzaminy maturalne i na studia. Co roku w Chinach wielu młodych ludzi, którym się nie powiodło, popełnia samobójstwa. Odnoszę wrażenie, że osławiona presja pracy Japonii jest niczym w porównaniu z tym, jak traktuje się obecnie młodzież w Chinach. Nie jestem przekonana, że jest to dobre, wręcz odnoszę wrażenie, że więcej przynosi szkody niż pożytku, ale o tym chyba sami Chińczycy dopiero przekonać się muszą.

Autor opisuje sytuację ludności napływowej do większych miast najbardziej na przykładzie Pekinu i niechęć, jaką jest ona otoczona jak również pewnego rodzaju dualizm myślenia, jaki towarzyszy temu procesowi. Ludność napływowa przydaje się do wykonywania najcięższych prac, których mieszkańcy Pekinu wykonać już nie chcą, ale za to obwinia się och o zawłaszczenie miast, odbieranie miejsc nauki itd.

Autor zwrócił uwagę na to, jak mimo presji ze strony otoczenia młodzież w Chinach wciąż pozbawiana jest możliwości rozwinięcia indywidualizmu. Oczywiście niektórzy mogą zrzucić to na karb mentalności kraju dalekiego Wschodu, w którym w masie zdziałać można więcej niż pojedynczo, wydaje się jednak, że na dłuższą metę nie przyniesie to dobrych owoców.

Dobrym pomysłem jest według mnie zamieszczenie na końcu książki solidnej bibliografii odsyłającej nas na rozmaite ciekawe strony w internecie pozwalające zgłębić problem Chin współczesnych i naszych rówieśników, na których oczach działy się tak wielkie zmiany. Zmiany, które być może działy się aż nadto szybko ale o tym wypowiedzieć powinni się raczej ci, którzy znają się na socjologii społecznej.

Jak pisze sam autor "Obserwacja Chin jest jak hazard (…)". Zgadzam się z jego tezą. Odnoszę wrażenie, że współczesne Chiny są wciąż jak puszczona w ruch ruletka. Nie wiemy dokładnie, na czym konkretnie w przyszłości się zatrzyma i czy zdarzy się spektakularna wygrana czy porażka.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

Kraków, Grecja…

…Lake District.

Tym razem doszły takie kartki, czyli trochę polskości, jedno z chyba najpiękniejszych polskich miast (są tacy, którzy twierdzą, że najpiękniejsze) Kraków i ulica Kanonicza, podobne właściwie ujęcie jak na zalinkowenej przeze mnie informacji.
Kraków, ten zabytkowy,  miałam okazję zwiedzić wzdłuż i wszerz na obozie naukowym, wiedzy cała masa,wrażeń tyle, że aż głowa pęka i faktycznie prawie na każdym kroku "czai się" zabytek. No i te nastrojowe knajpki, restauracyjki, to wszystko, co sprawia, że przyjemnie jest wybrać się tam na kawę, herbatę, wódkę, przekąskę, spotkać z ludźmi, pogadać itd. Dziękuję koleżance z bloga, że przypomniała mi nastrojowy Kraków.

Z Grecji kartka z Wyspy Sikinos. Wczoraj wieczorny spacer bardzo wręcz letni, było ciepło, powietrze pachniało jakoś tak wiosennie, wspaniale wręcz a dookoła cykały jak oszalałe świerszcze. Wyjęliśmy kartkę ze skrzynki i stałam sobie przez chwilę patrząc na widoczek na kartce i słuchając świerszczy czy koników polnych, które jakimś niezwykłym zdarzeniem zmieniły się nagle we wrzeszczące cykady. Na kartce wioska w tle i kamienne schody, po których wspina się babinka w obowiązkowo czarnym ubraniu.
Polecam obejrzeć zalinkowane zdjęcia z tej wyspy…

Lake District zaś od Monoli kartka. Widoki wręcz pyszne, widoki panoramiczne cztery pełne soczystej zieleni traw, błękitu krystalicznych wód i surowości skał. Super widoki. Aż chce się ruszyć i zwiedzić to , obejrzeć, napawać się własnymi oczami, zrelaksować tą zielenią, tymi konkretami barw.

Za pamięć i kartki dziękuję wielce.

Irlandia, Chiny, Moskwa…

…odwiedziły mnie ostatnio.
Pozdrowienia z Irlandii, gdzie bawiła z rodziną Mała_mi. Na pocztówce między innymi owce z kolorowymi łatami. Podobno, tak mi ktoś mówił, hodowcy znaczą kolorami swoje owce przed puszczeniem na pastwiska, aby potem odróżnić swoją własność. Ciekawe, co na ten proceder owce. 😉

Obiezy_swiatka rozpieściła mnie podsyłając mi suwenirki z jej podróży do Chin i nie tylko. Dostaliśmy najprawdziwszą herbatę chińską, ja dwie zakładki do książek z pięknym wzornictwem, amulet specjalnie dla mojego chińskiego znaku zodiaku, czyli dla Smoka i pocztówki. Pocztówki z hutongami, których w Pekinie podobno coraz mniej (ponoć masowo burzono je przed Olimpiadą), jedną z bardzo nowoczesnym obliczem współczesnego Pekinu i absolutnie nowoczesną zabudową (to chyba na zasadzie kontrastu dla hutongów), jedna z kulisami niosącymi kogoś w lektyce , to stara kartka podkoloryzowana, a także jedna z widokiem najsłynniejszego chyba placu Chin, czyli osławionego, niestety, negatywnie, Placu Niebiańskiego Spokoju. Mnie się on niestety kojarzyć będzie zawsze z tym, co działo się tam w roku 1989.
Z Moskwy zaś otrzymałam kartkę z widokiem Cerkwii Wasyla Blogosławionego. Kolorowa, strojna, jak to wschodnie cerkwie. Wygląda, jak z bajki. Przyznam się, nic na to nie poradzę, że uwielbiam po prostu ten wschodni kicz, który tak często właśnie w budowach sakralnych z tamtych stron widać. Im bardziej złota kopuła pyszni się na cerkwi, tym bardziej jestem zachwycona;)Im bardziej kolorowo, tym lepiej.
Za pamięć, prezenciki i kartki dziękuję Wam bardzo.


A Was zapraszam do lektury bloga Obiezy_swiatki, już zaczęła opisywać swoją niezwykłą podróż.

„www.małpa.pl”. Krystyna Janda

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2004).

Po moim zachwycie nad książką Pani Krystyny "Moja droga B," nie mogłam nie sięgnąć po tę, powstałą na podstawie bloga internetowego prowadzonego przez aktorkę. I również mnie te zapiski zachwyciły. Lektura ta była dla mnie ogromną przyjemnością, a po niej stwierdzam, że książka ta zdecydowanie powinna być zapisywana na receptę przez lekarzy dla osób, którym w danej chwili, nieważne, z jakiego powodu jest źle lub czują się przybici czy przygnębieni. Przez cały czas lektury miałam na ustach totalny rogal co oznacza, że dawno czytając coś nie uśmiechałam się do siebie aż tak często.
Po dacie wydania książki widać, że czytałam ją sporo po dacie wydania, ale powiem tak, zazdroszczę wszystkim, którzy też jeszcze jej nie czytali i mają tę lekturę dopiero przed sobą. Czeka was wspaniała uczta, nie tylko literacka. Otóż te zapiski są nie tylko po prostu pisane dobrą polszczyzną (jak ja to cenię u piszących!) ale dotyczą rozmaitych ciekawostek z życia autorki. Jak to blog osobisty, pamiętnik po prostu. Jest tu o życiu, ale nie tylko o życiu autorki, ale o życiu matki, babci, córki, siostry, przyjaciółki…
Mnie zainteresowały potyczki i boje opisywanie przez panią Jandę dotyczące wystawianie nowych sztuk teatralnych. To, jak wciąż, po tylu latach na scenie, aktorka je przeżywa, tym bardziej, że niektóre z nich sama reżyseruje. Nie jest dla siebie łaskawa, o, nie, nie rozpieszcza się, jest wielce krytyczna.

Odkrywam wiele łączących nas z panią Krystyną cech i przyzwyczajeń. Może dlatego, że, co odkryłam z zachwytem, jest ona w horoskopie chińskim Smokiem, jak ja!

Wspaniałe są te zapiski, takie szczere, takie osobiste, niektóre wręcz intymne, a mimo to nie postrzegałam ich jako jakieś nachalne wynurzenia na granicy ekshibicjonizmu osobistego.

Zdecydowanie pomogła mi osobiście na wiele spraw spojrzeć w jakiś nowy, świeższy sposób, za co jestem ogromnie autorce wdzięczna.

A już w chwili, kiedy doczytałam, że też lubi Wiedeń, że uwielbia, jak i ja, wiedeńskie kawiarnie, w których docenia dokładnie to samo, co ja, czyli możliwość beztroskiego przesiedzenia godzin całych przy jednej filiżance wspaniałej kawy bez narażenie się na wymowne spojrzenia coraz bardziej zniecierpliwionej naszą przedłużającą się obecnością obsługi, poczułam, że "ja chcę umówić się na kawę z panią Krystyną!". Nie musi być to w Wiedniu;) I , jakaż miła niespodzianka, wśród kawiarni wiedeńskich, które odwiedza, wymienia tę, którą i my sobie ulubiliśmy podczas naszego pobytu, ha!

Wzruszyła mnie miłość do dziadka, który z krwi dziadkiem nie był, a w pamięci pani Krystyny właśnie dziadkiem jest jak najbardziej. Przy opisie pana zarządzającego plażą, w miejscowości, w której autorka z rodziną i przyjaciółmi spędza wakacje, popłakałam się ze śmiechu.

Na koniec, muszę wstawić cytat, który ogromnie, ogromnie poruszył mnie osobiście:

"Od kilku lat uporczywie wracam do miejsc, dań, przedmiotów, ludzi. Zawężam swój świat, krąg dookoła mnie. Zamykam go, robię go coraz bardziej wartościowym dla mnie i hermetycznym. Eliminuję, wybierając. Wyróżniam, nadając znaczenia i moje sensy. I czuję się z tym dobrze." str. 285 / 286.

Och, cóż mogę jeszcze dodać poza tym, że polecam? Polecam ogromnie.

Moja ocena 5.5 / 6.

niemożliwe stało się możliwe…

…czyli po kilku już chyba latach poszukiwań i dwóch nietrafionych jednak zakupach udało mi się wreszcie nabyć torebkę. Ufff, ulga. Po prostu weszłam do sklepu i ją znalazłam. Jest objętościowo taka, jak lubię, czyli nie za worowata (typ wór nabyłam rok temu i niestety, nie nosiła mi się dobrze, nie mój klimat) ale i nie za mała (aż nie chce się wierzyć, ile to się rzeczy w takiej torebce nosi). Ma dwa ucha, z długością taką jak lubię, ma kieszeń zewnętrzną, co jest jedynym z koniecznych dla mojej torebki elementów co zawęża mi poszukiwania na ogół. Jest w kolorze stalowym. Najpierw szukałam czegoś w nieco innym kolorze, ale stwierdziłam, że ten będzie właśnie dobry bo będzie mi pasować do wielu ubrań a ja nie mam zwyczaju przepakowywania się do kilku torebek na zmianę. Już się do niej przepakowałam. Oby się dobrze nosiła.

„Madrość Toskanii”. Ferenc Mate.



Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa. (2010).
Przełożył Zbigniew Kordylewski. Tytuł oryginału The wisdom of Tuscany.

Niestety, zawiodłam się na tej książce. Fakt jest jeden, naczytałam się wcześniej sporo krytycznych recenzji na jej temat i niestety, nie napiszę pochwały. Chciałam sama przekonać się o tym, jaka jest książka. Nie ukrywam, że miałam nadzieję na to, że zwyczajnie przyjemnie się rozczaruję, tym bardziej, że przecież dwie poprzednie książki tego autora czyli "Winnica w Toskanii" i "Wzgórza Toskanii" tak mi się bardzo podobały. Ja chyba po prostu wolę, kiedy autor nawet dla niektórych w sposób może niekoniecznie pasjonujący, opisuje swoje i sąsiadów życie w Toskanii nie siląc się na wyłożenie złotych myśli na zasadzie "kawa na ławę". Niestety, ta książka ma nietrafiony tytuł, zamiast "Mądrość Toskanii" powinno być raczej "mądrości Ferenca Mate". Podane w sposób jednak jak dla mnie nie do końca strawny. Po pierwsze, osobiście mam alergię na osoby głoszące tak zwane prawdy oświecone w sposób, który sugeruje, że wszyscy inni o zdaniu odmiennym mylą się i to bardzo. A taki klimat odczuwałam podczas lektury Ferenca Mate, która to książka bardziej zdała mi się traktatem antyglobalisty, nastawionego na nie do wszystkiego, co nie zgadza się z jego prywatną metodą na życie. Fantastycznie, że pan Mate odnalazł się na toskańskiej wsi. Jednak , halo halo, może naprawdę nie każdy musi podzielać jego opinię? Nie podoba mi się generalizowanie i stronniczość, jakie stosuje, takie, jak chociażby jego stwierdzenie, że wszyscy kochamy małe miasta. Może nie wszyscy? Może są tacy, sama takich znam, którzy uwielbiają wielkomiejskość? Ja sama w tym nie widzę żadnego uszczerbku dla ich zdrowia psychicznego czy samopoczucia. Jeśli ktoś odnajduje się na wsi, jego wola, jeśli w mieście, również. Dajmy innym żyć tak, jak sami oni chcą i nie starajmy się za sprawą prawd objawionych jedynych i słusznych  wpędzać innych w poczucie winy, że zamiast siać marchewkę, uprawiać winorośl mają oni ochotę być informatykiem, lekarzem, nauczycielem w szkole miejskiej, muzealnikiem w Prado a może nawet, o zgrozo , bankowcem czy…nie, aż boję się to napisać, prawnikiem? w prężnej kancelarii?
A już rada na wszystko, jaką jest wybudowanie domu na wsi, szczerze mówiąc , rozzłościła mnie kompletnie. Tak, remedium na wszelkie troski jest zakup ziemi (nie na kredyt, kredyty bowiem pan Mate wyśmiewa jako to zło konsumpcjonizmu) i wybudowanie sobie na tej ziemi domu. Nieważne, że nie każdy ma miliony, że są ludzie, którzy nie ciągną kasy od rodziców, że są zdani na siebie i swoje właśnie możliwości kredytowe, że mają dzieci, które wolą jednak kształcić i to niekoniecznie w wiejskiej szkole, bo tak, bo taki mają kaprys.
Toskania Mate to raj na ziemi, w którym nie ma chorób, problemów współczesnego świata, po prostu to jakaś oaza szczęśliwości. Dziwne, bo zdaje się , że w innych tego typu książkach innych autorów wyczytałam i o postępującej i prowadzącej do dramatów narkomanii wśród młodzieży nawet właśnie na sielskiej prowincji, jak i chorobach i innych problemach.
Czułam się jakbym czytała książki Coelho (przepraszam miłośników jego prozy) , który głosi prawdy tak oczywiste, jak mało które. Tak, panie Mate, naprawdę wiemy, że lepiej żyć bez stresu, w otoczeniu kochającej rodziny i przyjaciół, miło być bogatym, pięknym i zdrowym. I tak, wiemy, że żaden przyjaciel z Facebooka czy Naszej Klasy nie zastąpi tego "realnego", który nie zawiedzie. Ale wiemy to i bez pana wynurzeń.

Niestety, ta książka dobrą nie jest, raczej śmieszy i jak nigdy dotąd po jej przeczytaniu poczułam ogromną więź z miastem, wręcz natychmiastowy wewnętrzny imperatyw nakazujący natychmiast wsiąść w metro i pojechać do samego samiuteńkiego centrum Warszawy, gdzie napawać bym się mogła anonimowością i szklanymi wieżowcami;))) i to mówię ja, która właśnie uciekłam z prawie ścisłego centrum, w którym mieszkaliśmy zaraz po Ślubie;0) Wiecie, jak kocham las, spacery po spokojniejszej, niż wielkomiejska okolicy, ale naprawdę pokochałam miasto na nowo.
Miło jest siedzieć w swojej winnicy, która nie kosztowała zapewne kredytu na resztę życia i pisać złote myśli. Jeszcze milej jest jednak być w sytuacji może mniej komfortowej a czuć , że jest dobrze, to jednak jak dla mnie większa sztuka.
I żeby nie było, że tylko ja po niej jadę jak po łysej kobyle podaję link do tego, co sądzi o niej kolega z forum greckiego, który z tego, co się orientuję pracuje w branży wydawniczej i napisał o niej o tu.
Toskanię i prowincję wolę o wiele bardziej w wydaniu pani de Blasi.

Moja ocena 3 / 6.

„Wybór pani Prezydent”. Anne Holt.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginalny Presidentens valg.

Pierwsze to moje spotkanie z tą norweską autorką i raczej ostatnie, niestety. Nie moje to jednak klimaty. Szkoda, bo sięgając po książkę miałam ochotę na niezły kryminał a raczej thriller polityczny? Sensację. Sensację czytam bardzo rzadko i to właściwie jedynie w wydaniu fantastycznego Lee Child’a tym bardziej chciałam zobaczyć coś z kręgu Skandynawów.
W książce "Wybór pani prezydent" odniosłam wrażenie, jakby autorka wrzuciła naraz do jednej książki zbyt wiele rozbitych w czasie i przestrzeni wątków i zbyt wiele postaci. Wskutek czego lektura moja polegała na robieniu notatek, kto jest kim i jak z kim jest połączony. Niestety, mnie to zmęczyło. Być może po prostu autorka nie trafiła do mnie, nie wiem.
Jak wiecie lubię kryminały skandynawskie, bo, co zawsze powtarzam, oprócz fabuły kryminalnej posiadają na ogół fantastyczne spostrzeżenia na temat społeczeństwa, zmian w nim zachodzących, zdarzają się wręcz elementy psychologii. W tej książce tego, niestety, nie znalazłam. Może to taka cecha sensacji? Nie wiem. Przyznaję, że sięgając po książkę myślałam, że ta sensacja skręci w stronę psychologii właśnie, obyczajowości, że to stanie się tym elementem zaskoczenia, którym tak kusiły słowa wyczytane chociażby na okładce książki. Tak się jednak nie stało.

Co jest najgorszym koszmarem dla zajmujących się ochroną najmożniejszego i najważniejszego, nie oszukujmy się, czy nam się to podoba czy nie, przywódcy świata? Jego zaginięcie, porwanie bądź udany zamach. Jedna z tych sytuacji przytrafia się podczas pierwszej po zaprzysiężeniu na prezydenta Stanów Zjednoczonych wizyty państwowej, jaką pani prezydent odbywa w dniu święta narodowego Norwegii.
Pani prezydent przybywa do hotelu, w którym ma spędzić noc a rano okazuje się, że w pokoju jej nie ma. Jak mogło się to stać? To początek koszmaru zarówno dla ochrony ze strony gospodarzy jak i Secret Services, którzy przecież mieli za zadanie sprawdzić zarówno pokój jak i otoczenie hotelu pod kątem bezpieczeństwa.

Jak pisałam, lektura to przeplatające się rozmaite i trochę zbyt zapętlone wątki, prowadzące do rozwiązania zagadki, co tak naprawdę stało się z panią prezydent i na czym polegał jej wybór.
Powiem jednak, że książka nie przemówiła do mnie. Intryga sensacyjna wydała mi się zupełnie niemożliwa a akurat w tego typu rodzaju literatury oczekuję chociażby odrobiny wiarygodności. Spiętrzenie wątków i nieprawdopodobieństw niektórych sytuacji spowodowała, że nie zachwyciła mnie ta książka. Być może jednak miłośnicy sensacji, w dodatku w tak modnym ostatnio klimacie skandynawskim odnajdą w niej coś dla siebie.

Moja ocena książki 3.5 / 6.

„Zabójcza podróż”. Kathy Reichs.

Wydana w Wydawnictwie Red Horse. Lublin (2008). Wydanie II, kieszonkowe.
Przełożyła Anna Dobrzańska. Tytuł oryginalny Fatal Voyage.

Poszłam za ciosem i przeczytałam kolejną książkę autorki na naszym rynku, wciąż w dobrym wydaniu kieszonkowym. Dobrym, bo cena nie powalała a druk bardzo przyzwoity, nie takie malutkie literki, jak w niektórych tego typu wydaniach, których nie czytam już teraz właśnie ze względu na małe literki, męczenie się moich oczu i fakt, że z upływem lat robię się najwyraźniej coraz bardziej wygodnicka.

Kolejna część serii o Temp Brennan spowodowała, że sięgnęłam do netu po biografię autorki i oto okazuje się, że jej bohaterka nosi cechy autobiografii, bowiem zarówno mają ten sam zawód jak i obie czyli autorka i Temp łączą pracę i życie na dwóch stanowiskach w dwóch różnych miastach, jedno w Charlotte w Karolinie Północnej a drugie w Montrealu.
Zainteresowanym linkuję wiadomości o autorce.

oficjalna strona Kathy Reichs.

"Zabójcza podróż" zaczyna się od katastrofy lotniczej, która to właśnie przywiedzie Temp Brennan do Stanów właśnie, do jej rodzimego stanu, w góry, gdzie rozbił się samolot. Muszę przyznać, że osoby delikatne nie będą zachwycone. Autorka nie szczędzi opisów a mniej więcej można sobie wyobrazić, jak wyglądają ciała po takowej katastrofie. Jak pisze ona sama w posłowiu, kiedy zaczynała pisać tę książkę nie spodziewała się, że chwilę potem zdarzy się 11 września, które to wydarzenie, jak widać, ogromnie na nią wpłynęło.
Temp pomaga więc przy porządkowaniu miejsca katastrofy, kiedy pewnego dnia odkrywa fragment ciała, które początkowo myśli, że pochodzi od ofiary katastrofy samolotu, szybko jednak okazuje się, że tak nie jest. Rozpoczyna się przedziwna gra, w którą Temp mimo własnej woli zostaje wciągnięta. Ginie ktoś, kto je pomagał, wobec niej samej zostają wysunięte nieprawdziwe i krzywdzące ją zarzuty a sama ona ma poczucie, że została wmanewrowana w coś co najmniej nieciekawego i bardzo niebezpiecznego. W pewnej chwili Temp zaczyna odczuwać, że nadepnęła komuś na nogę i podejrzewa, że ktoś ten jej tego nie daruje.
Mnie ucieszył fakt, że w tej książce jest w tle Ameryka, taka, jaką lubię w książkach, czyli z innym miastem, niż NY czy LA i po prostu z jakimś zupełnie innym stanem niż te najczęściej "oklepane" w książkach czy filmach. Samo miasto Charlotte podoba mi się już ze względu na piękną nazwę. Ciekawe, jakie jest naprawdę i jak się tam mieszka.

W tej książce poznajemy motto życiowe Temp Brennan a być może, jak się spodziewam, i samej autorki.
"Zmarłym przysługuje prawo do tego, by zostali zidentyfikowani. By ich opowieści dobiegły końca, a oni sami zajęli należne im miejsce w naszych wspomnieniach". (str. 330).

To podejście bardzo mi się podoba a ów szacunek do zmarłych wyczuwa się u autorki być może bardziej niż sama ona chciałabym ujawnić.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

data…

…spytaj przeciętnego młodego człowieka, z czym kojarzy mu się pierwszy września? Myślę, że większość z drżeniem powie o powrocie do szkoły. Chyba niewielkiej liczbie skojarzy się z datą wybuchu najstraszniejszej jak dotąd z wojen. Sama muszę przyznać, że myśląc o pierwszym września coraz częściej myślę raczej o tym, że to zawsze oznaczało koniec wakacji i początek roku szkolnego w nielubianej przeze mnie zawsze instytucji, jaką była szkoła. Może to dobrze, że się ma już głównie takie skojarzenia? Może to znak, że powrót do normalności jest możliwy? Nawet po takiej potworności jaką była tamta wojna?
Wracając do początku roku szkolnego, to szczerze się cieszę, że do szkoły uczęszczać już nie muszę. Obie szkoły, zarówno podstawówkę jak i liceum wspominam co najmniej średnio, żeby nie powiedzieć nieciekawie, o ile jeszcze w podstawówce odnosiłam wrażenie, że komuś tam na nas uczniach zależy, to w liceum już tego nie odczułam. Miałam może jedną nauczycielkę, którą oceniam jako poprawnego pedagoga. Reszta trafiła do szkół i nauki młodzieży chyba na zasadzie kary czy przegranego zakładu. Trafiły się wręcz jednostki, które praktycznie teraz nie mogły by z młodzieżą pracować. Do tego klasy, niezgrane, szczególnie ta licealna, z podchodami, dokuczaniem tym, którzy nie wpisywali się w ogólny trend, byli biedniejsi czy lubili się uczyć a nie wpisywali się w tumiwisizm naukowy. Podobno teraz, zwłaszcza w gimnazjach, jest jeszcze gorzej. Mogę to sobie wyobrazić i współczuję współczesnym nastolatkom.
Dziś w Jedynce Radiowej wreszcie początek mojej obecnie ulubionej audycji, czyli zaczynają się Cztery Pory Roku.
Za oknem jesień totalna, ziąb i deszcz. Wczoraj nawet odpuściłam z powodu ulewy wieczorny spacer. Podobno weekend ma być z lepszą pogodą, oby. Słońca mi trzeba a tego za oknem zdecydowany deficyt.