a co ja mam? co ja mam?

Co wczoraj nabyłam? A wznowienie "Marii i Magdaleny" autorstwa Magdaleny Samozwaniec;) Ale jestem zadowolona. Myślałam, że później będzie, w październiku, a tu proszę, już mogę sobie ją przypomnieć. Nawet kwestia kolejnego katalogu, który do mnie nie dotarł i oczekiwaniu na blankiet reklamacyjny, który mam przesłać z powrotem, nie popsuł radości. Będzie wspaniała lektura, ogromnie się na nią cieszę.

„Moje życie we Francji”. Julia Child. Współpraca Alex Prud

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2010).
Przełożyła Anna Sak. Tytuł oryginału My life in France.

Książkę otrzymałam od blogowej koleżanki, za co już dziękowałam, ale podziękować raz jeszcze nie zaszkodzi, co też niniejszym czynię.
Pamiętam naszą rozmowę z koleżanką o tejże książce, w czasie której to rozmowy stwierdziła ona, że czytanie idzie jej tak sobie. Niby się czyta a jakoś to kuleje. Tak przynajmniej wtedy to zrozumiałam.
Muszę przyznać, że sama miałam dokładnie takie same odczucia podczas lektury tej książki.
U Zosika, która napisała świetną recenzję tej książki, którą Wam linkuję napisałam, że prawdopodobnie po tę książkę nie sięgnę. Stało się inaczej, czego nie żałuję. Nie jest tak jednak, że ta książka Julii Child powstała przy jej współpracy z wnukiem brata bliźniaka męża Julii zdecydowanie mnie porwała i pochłonęła. Nie. Bez problemu byłam w stanie oderwać się od lektury, co dla mnie samej jest już jakimś znakiem, że nie jest doskonale. Nie mówię, że książka jest zła, nie nie nie, nic takiego. Jak dla mnie była po prostu zbyt rozwlekła, za długa i to akurat nie dlatego, że jest to już mała "cegła". Nie, po prostu uważam, że śmiało można było zmieścić treść w mniejszej objętości nic nie tracąc. Takie jest moje, czytelnicze, zdanie.

Mnie najbardziej podobała się pierwsza część i mniej więcej połowa książki, w której to Julia Child z poczuciem humoru i niespotykaną dla wielu ciekawością świata i akceptacją tego, co inne, niż to, w czym sama się wychowała, opisująca pobyt autorki i jej męża dyplomaty we Francji. Ta część zawiera tak interesujące mnie spojrzenie nowicjusza. Nowicjusza w dodatku totalnie zachwyconego nowymi warunkami, w jakich przyszło mu żyć. I akceptującymi bez mrugnięcia okiem to, co innych potrafiło by wprawić w podenerwowanie czy nawet złe samopoczucie. To wielki plus samej postaci autorki, zaleta, którą "przemyca" w swojej opowieści delikatnie i nienachalnie.
Tak więc ta część porwała mnie faktycznie. Julia opowiada w niej o swoich początkach życia w Paryżu, którym to miastem jest dosłownie zachwycona, jak również o zaskakującej nawet dla niej samej pasji do gotowania. Nie przygotowywania potraw, ale sztuki przygotowywania posiłków. I nie chodzi tu wcale o tylko wymyślną kuchnię, o nie. Julia zgłębia tajniki gotowania zarówno potraw trudnych ale i zdawałoby się banalnych. Baczne i wnikliwe spojrzenie Julii koncentruje się najczęściej na szczegółach wobec których przeciętny człowiek nawet obyty z kuchnią pozostaje obojętny.
Opisuje ona swoje nauki, jakie pobierała w słynnej paryskiej szkole kulinarnej, jak również swoje własne odkrycia, radości ale i wątpliwości.
Druga część książki koncentruje się bardziej nie na samym może gotowaniu co na procesie powstawania pierwszej z kilku książek Julii Child na temat kuchni francuskiej, a mianowicie "Doskonaleniu się we francuskiej sztuce kulinarnej", jak również opowiada o tym, jakie to niosło ze sobą konsekwencje, jak chociażby fakt zaproponowania autorce potem programów telewizyjnych na temat francuskiej sztuki kulinarnej.

Tak naprawdę to co ja wyniosłam z tej książki to refleksje, że w życiu koniecznie trzeba mieć swoją pasję. Nawet jeśli są osoby, które z niej się śmieją albo też zwyczajnie jej nie pojmują, nie rozumieją, czasem nie chcą nawet.
Jak również, że można być tylko we dwoje i dalej mieć poczucie pełności i szczęścia. Coś, o czym się, szczególnie w dzisiejszych czasach, zapomina.
Jak również, że w życiu najważniejsza jest niekoniecznie kariera, która czasem przydarza się zupełnie bez naszej woli, ale miłość, zdrowie, grono oddanych przyjaciół, którzy wspierają w trudnych chwilach, rodzina, która kocha a nie przybija człowieka (w książce autorka nie najlepiej wspomina postać swojego ojca, który lekceważył ją i jej męża, głównie ze względu na różnice polityczne, jakie jak się okazuje patrząc na obecną polityczną sytuację w Polsce, potrafią poróżnić raz na zawsze i nieodwracalnie).
Rozczarowani będą ci, którzy spodziewali się przynajmniej kilku przepisów autorstwa słynnej Julii Child. Tego mi tu jednak zabrakło.

Na koniec, kilka cytatów, które mi utkwiły w głowie i pamięci, spodobały się po prostu:

"Zawsze trzeba myśleć o przyszłości".

"Gdy już wiesz, że twój czas w określonym miejscu dobiega końca, starasz się zatrzymać chwile, takie jak ta, w pamięci".

o ojcu, a raczej o jego podejściu do życia "Był nietolerancyjny i mało ciekawy świata".

"Dziwne, ale czasem czujesz, , jakbyś kogoś dobrze znała, choć nigdy nie zdarzyło się wam spotkać".

"Próbowałam trzymać się wspomnień, ale było to równie beznadziejne jak chwytanie się snów".

"Dobre rezultaty wymagają poświęcenia c z a s u  i   u w a g i."

I tym akcentem zakończę tę recenzję bo uważam, że dotyczy ta uwaga nie tylko sztuki gotowania ale życia, życia przede wszystkim.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

plażowe nastroje…

…niekoniecznie w Polsce, gdzie po trzech tygodniach upałów, które nawet nasze kapryśne morze a raczej jego plaże zatłoczyło do granic możliwości (na pewno moich, nie wyobrażam sobie takiego wypoczynku człowiek przy człowieku) ochłodziło się i pada deszcz,no i niekoniecznie w naszych czasach. Świetne są takie stare fotografie, pokazujące wycinek dawnych czasów.Tym razem akurat czas relaksu, odpoczynku nad morzami różnych stron świata. Polecam obejrzenia galerii zdjęć.

Link tutaj.

„Co wiesz o Elly?”. Reż. Asghar Farhadi.

Kino irańskie to z pewnością nie jest takim, które oglądam co dzień, tym bardziej, o czym już kiedyś pisałam, interesuje mnie i intryguje. Tym bardziej, że ten film opowiada o współczesnych młodych ludziach, mieszkańcach Teheranu.

Trzy małżeńskie pary wybierają się na kilkudniowy wypad nad morze. Zabierają ze sobą jeszcze dwie osoby. Rozwiedzionego przyjaciela, który na stałe mieszka w Niemczech i nauczycielkę jednego z dzieci, tytułową Elly. Ma być miło, fajnie i przyjemnie, mimo, że na samym początku podróży pojawia się problem logistyczny, który szybko jednak daje się rozwiązać przy pomocy pewnego niewinnego zdawałoby się żarciku, który jednak potem będzie mieć dalsze konsekwencje.
No i na początku faktycznie jest przyjemnie. Towarzystwo bawi się, śpiewa, tańczy, gra w kalambury,w piłkę, korzysta z uroków plaży. Jest miło i beztrosko, chociaż nie dla wszystkich. Znajomy z Niemiec i Elly są ze sobą swatani przez jedną z kobiet, której wydaje się, że zawód swatki to jest to, w czym sprawdza się najbardziej. Nie do końca jesteśmy przekonani, że obie swatane strony są w tym samym stopniu zainteresowane swatami.

Zaczyna się więc miło i beztrosko, szybko jednak dochodzi do wypadku, który raz na zawsze zmieni nastrój miłej zabawy w nastrój przerażenia, niepokoju, wywoła obawy, strach i poważnie popsuje atmosferę między uczestnikami wyprawy.
Elly znika bez śladu a wycieczkowicze pozostają w nastroju niepewności, lęku i wśród narastających wobec siebie wzajemnych oskarżeń i braku wzajemnego zaufania wśród przecież jeszcze do niedawna tak zgranych przyjaciół i nawet wśród małżeństw.

Film nie jest według mnie jakimś niezwykłym arcydziełem, ale podobał mi się ze względu na swoją uniwersalność i dobrą grę aktorską. Owszem, aby go lepiej zrozumieć dobrze jest znać chociażby podstawy tamtejszej kultury, jednak tak naprawdę film ten opowiada o ludziach, o ich relacjach. O tym, że czasem w wydawałoby się zgranym towarzystwie pojawić się mogą bardzo poważne zgrzyty, rysy na niby to gładkiej dotąd tafli szkła. Miła wyprawa zmienia się w horror.

Film zadaje nam pytania Co tak naprawdę wiemy o innych?, Co determinuje nasze własne poczucie, przekonanie, że kogoś znamy?, Czy w ogóle udaje nam się zyskać poczucie, że tak naprawdę kogoś znamy? Czy znamy ludzi, którzy zostają na większość dnia z naszymi dziećmi? Wychowują je? Czy wiemy, kto tak naprawdę u nas bywa?

Wychodzi na jaw, że tak naprawdę ta cicha, spokojna dziewczyna nie dała poznać się nikomu, nie tylko ludźmi, z którymi wybrała się na wycieczkę, ale również nie jest znana przez własną rodzinę i bliskich.


Moja ocena filmu to 4.5 / 6.