„Neapol, moja miłość”. Penelope Green.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Barbara Szyszko. Tytuł oryginalny See Naples and die.

"Neapol, moja miłość" to kontynuacja "Rzymskie dolce vita"
czyli opowieści o losach Australijki, która porzuciwszy rozwój osobisty i
karierę na Antypodach wybrała niepewny los emigrantki we Włoszech.

I tak, jak poprzednia część bardzo mi się podobała, tak ta trochę mniej. Prawdopodobnie ze względu na to, że autorka skupiła się w niej mniej (chociaż nie to, że wcale) na ludziach, opisie swoich doznań jako nowicjusza w danym mieście, zabytkach widzianych swoimi oczami itd a bardziej na samym problemie, jaki męczy owo miasto. A jest to ni mniej ni więcej a słynna kamorra, przestępczość zorganizowana. Podobno nie jest to to samo, co mafia i w ogóle temat to do rozwinięcia, ale słynna "Gomorra" wciąż przede mną do przeczytania a nie chcę się w recenzji na tym skupiać. Rozumiem nawet przesłanki autorki. Przenosząc się do miasta o niedobrej sławie, jednego z najmniej bezpiecznych w Europie a pewnie i na świecie, trudno jej było udawać, że temat nie istnieje. Na jej pochwałę dodam, że absolutnie nie pisze ona o problemie w jakiś bardzo ponury sposób. Nie. Powiedzmy, że żyjąc tam zauważa go, nie udaje, że on nie istnieje. Na pewno na jej odbiór wpływają opinie znajomych jej Włochów, którzy sami ostrzegali ją przed tym miastem bądź mieszkając w nim, żyjąc, "uczulali" ją na pewne aspekty życia w Neapolu. I jak mówię, autorce udało się uniknąć nadmiernego narzekania, przesady, ale po prostu nie udało się uniknąć tego, co jest problemem tegoż miasta, a mianowicie tematyki wspomnianej przeze mnie powyżej przestępczości zorganizowanej, która w tym przypadku , kontroluje praktycznie życie miasta i często owo życie, a zwłaszcza postęp paraliżuje.

Szczerze mówiąc, nie tego oczekiwałam po lekturze, więc tu się trochę zawiodłam.
Tym razem autorce udaje się już pracować w jej zawodzie, czyli jako reporterki, dziennikarki w jednej z agencji prasowej, co też nieco zmienia jej sytuację jako emigrantki. Przypominam, że w części pierwszej głównie kelnerowała ona, co też dostarczało zabawnych sytuacji i chyba więcej wbrew temu, co można pomyśleć, radości.
O dziwo, mimo tego, jak trudno mieszka się w Neapolu, Penelope Green zdaje się być z tegoż życia bardzo zadowolona, miasto trafia do niej i nieźle się ona w nim odnajduje, wręcz w nie wtapia, być może również za sprawą miłości jaką tam napotyka.
Na pewno doświadczenie życia tam uczy ją bycia twardą. Jak można bowiem przeczytać na stronach książki "Jeśli przeżyjesz w Neapolu, wszędzie dasz sobie radę."

Moja ocena książki 4 / 6.

burza…

…to słowo klucz tego lata. Właśnie przeszła kolejna. Lało nieźle.
Wczoraj udało się załatwić pewną sprawę u notariusza, to przynajmniej "do przodu". W nagrodę poszliśmy na pyszną wyżerkę do włoskiej restauracji. Niestety, nasza "lokalna" już prawie tydzień zamknięta na cztery spusty zupełnie bez powodu, to znaczy żadnej kartki i nie wiadomo, co i jak. Żaluzje antywłamaniowe zasunięte i nic. Poszliśmy więc do konkurencji, trudno. Mieliśmy średnią przyjemność spędzenia części posiłku przy jednym z celebrytów z kolejną jego żoną. Szczerze? Już dawno powinnam zmienić szkła. Niedowidzę, taka prawda;) gdybym widziała, że to oni to na pewno bym koło nich nie siadła. Nie wiedziałam, że to oni, bo on siedział tyłem, ona przodem do mnie i jej nie skojarzyłam początkowo. Gdyby nie to, że poznałam go po głosie a cały czas rozmawiał przez telefon i w końcu też się komuś tam przedstawił, w ogóle nie wiedziałabym, że oni to oni, bo zajęta byłam wybieraniem pysznych dań z menu a nie gapieniu się po ludziach wokół. Ona zaś patrzyła się na mnie w jakiś taki nieprzyjemny sposób (przynajmniej ja to tak odczułam), aż przez chwilę zastanawiałam się nad tym, żeby się przesiąść, żeby nie psuć sobie nastroju. Nie wiem, może myślała, że wyciągnę aparat i wyślę jej fotę na pudla. Nie mam takich pomysłów, wolę spędzić miło czas na rozmowie z własnym mężem. Na szczęście dość szybko poszli.
Podczas popołudniowego spaceru, kiedy wisiały nad nami ciężkie chmury i przygnębiający nastrój krążył nad głową, jakoś pierwszy raz poczułam wyraźnie, że jesień się zbliża, nie ma na to rady, jak to mam w zwyczaju mawiać. W powietrzu nie dość, że wisiał taki jakiś przygnębiający nastrój, to w dodatku taki jakiś chłodek się rządził. Oj, mówię Wam, czuję, że po tej dziwnej wiośnie i niezbyt fajnym lecie czeka nas mało przyjemna jesień, ale może się mylę i oby.