„Z pamiętnika niemłodej już mężatki”. Magdalena Samozwaniec.

Wstęp, wybór i opracowanie Rafał Podraza.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).

Hmmm…było by dobrze, czytało się nieźle, do strony numer 193.
Powiedzmy sobie tak, teksty, wybrane przez krewnego autorki, w większości znane są nam z "Zalotnicy Niebieskiej" i "Marii i Magdaleny". I to się czuje. Ale jest też trochę nowych opowieści, spojrzenie Samozwaniec na kino lat jej dzieciństwa i młodości skonfrontowane z postarzałymi amantami dawnych lat te kilkadziesiąt lat później. Są też jej opinie o modzie, zarówno tej dawnej, jak i czasów, kiedy teksty powstawały a więc lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Są jej opinie o współczesnych kobietach i mężczyznach, o tych drugich zresztą dość krytyczne. Jest sporo fotografii, część z nich nie znamy z innych jej książek.
Jest znowu oczywiście uwielbienie do starszej siostry znane nam z dwóch jej poprzednich wspomnieniowych o siostrach książek.
W książce wyczytać można ogromną traumę, jaką stała się dla Magdaleny II Wojna Światowa, która odebrała jej to wszystko, co tak wielbiła, bezpieczny dom pełen kochających ją osób, jak też właśnie owe osoby bliskie jej sercu.
I oto dotarłam w swojej lekturze do strony 193, gdzie wyczytałam słowa, które wydawało mi się aż niemożliwe, że mogły wyjść spod pióra Samozwaniec. Ja rozumiem, że była ona satyryczką, ale, to co napisała jest ani śmieszne ani satyryczne, a okrutne i krzywdzące. Stereotypowe i mocno uogólniające. Krzywdzące. I nietolerancyjne. Jak do tej pory wydawało mi się, że autorka odznaczała się ciętym językiem, ale nie kierowała się stereotypami i powielaniem ich a tu takie nieprzyjemne zaskoczenie, które to, nie ukrywam, wpłynęły zarówno na moje spojrzenie na tę konkretną książkę, jak i na samą postać Magdaleny Samozwaniec.
Fragment, który tak mnie zniesmaczył, to ten dotyczący dzieci z rozbitych małżeństw. Po co autorka postanowiła zapoznać rzeszę czy to słuchaczy (istnieje podejrzenie, że teksty te miały być w audycjach radiowych) czy czytelników, pojęcia nie mam. Jest on wtrącony zupełnie bez sensu i tak jakby usilnie chciała ona na ten temat się wypowiedzieć.
Oto, co mówi ona na ten temat:
"(…) dzieci z rozbitych małżeństw w większej części są złe. Dlatego złe, bo nieszczęśliwe. Dzieci z rozbitych gniazd są złośliwe, rozgoryczone, nieufne; ponieważ same zostały skrzywdzone, dlatego chętnie krzywdzą w odwecie innych. Błędne koło".

I kto to mówi? Osoba, o której dziecku we wspomnieniowych książkach prawie nie ma mowy? Która zdaje się, że swoją córkę podrzucała głównie swojej matce nie włożywszy zdaje się zbyt wiele emocji i czasu w jej wychowanie?
Muszę powiedzieć, że po tych jej słowach książkę czytałam już z niechęcią i chyba dobrze, że są one pod jej koniec, bo pewnie wcześniej bym skończyła lekturę.

Moja ocena książki to 3.5 / 6.

wczorajsza…

… burza pewnie postrącała światełka z grobów, na które się wybraliśmy. U nas nie było nawet tak źle, ale moja Mama dała nam znać, że jest u niej czyli na drugim końcu miasta koszmarnie, grad nawet padał, wichura taka, że hej. U nas też niezły wiatr wiał, ale nie lało tak, jak poprzednio. Za to, jak mniemam, lampki zapalone na grobie parę godzin wcześniej wiatr zwiał a na pewno zgasił. No, trudno. Śni mi się Ojciec ostatnio, w snach wiem, że umrze, ale jest w świetnej kondycji. Myślę, że to przez sprawy spadkowe tak to nazwę ogólnie, które ogólnie od pewnego czasu ruszyłam. Zaczęłam w maju, potem sprawy osobiste trochę to przystopowały, teraz znowu i oczywiście jak to zwykle bywa, jest z tym załatwiania od groma. Urlop więc w tym roku mija nam na ganianiu i załatwianiu spraw rozmaitych. Nie mam konkurentów do spadku, więc tu o tyle lepiej, ale i tak mnie czeka jeszcze najgorsze, nie chcę wnikać w szczegóły. To, co teraz robię i załatwiam, to właściwie preludium.
Zaskoczyło mnie na minus oczywiście, że po rozmowach i zaproszeniu na ostateczne załatwianie sprawy kredytu mojego Ojca, który udałam się spłacić, w banku czyniono problemy. Aż powiedziałam do pani, że dla mnie to niezwykłe, że ja nic od nich nie chcę, nie idę po pożyczkę, chcę im wręcz oddać pieniądze, a widzę, że problemem jest to dla nich. Niesamowite. Cieszę się, że jakiś czas temu po pewnych akcjach z ich strony P. zamknął tam u nich konto, które mieliśmy od lat. To, co zobaczyłam przy okazji tego, że to ja chciałam im oddać kasę, nie sprzyjało optymizmowi. Inna sprawa, że jak wróciłam po tych paru godzinach wymęczona sprawą i omawiałam ją z K. ta opowiedziała mi, jakie boje toczyli z innym bankiem ostatnio, kiedy chcieli wreszcie założyć sobie wspólne konto a ona chciała swoje zamknąć. Nie ma więc ideałów, ale są takie banki, w których nerwów traci się jakby trochę mniej.
Zmęczona tym wszystkim jestem a i nastrój ogólny nie za fajny, z racji tego, co się załatwia, jakoś trudno wskrzesić w sobie optymizm wielki.
Właściwie zaraz będzie po lecie, zleciało nie wiedzieć jak i na czym.
Za to lektury dobre i tego się trzymam, o!