„Martwa natura”. Joy Fielding.



Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa. (2010).
Przełożył Jerzy Jan Górski.
Tytuł oryginału Still life.

Ta książka, a raczej sięgnięcie po nią okazało się moją jedną wielką pomyłką. Z bardzo wielu względów. Jak rozmawiałam ostatnio z Judyttą, swego czasu, dawno temu, kiedy "odkryłyśmy" Joy Fielding, każda dla siebie oczywiście, wydawało ją inne wydawnictwo, Książnica. I to było to. Niestety, zmiana wydawnictwa okazała się zdecydowanie na niekorzyść. Być może jest to efekt pogorszenia się pisania samej Fielding, być może. Niemniej jednak to akurat w przypadku kolejnej książki ze Świata Książki niestety nieopatrznie zerknęłam na to, co jest podane na temat książki na jej okładce. Właściwie, to równie dobrze można sobie darować lekturę bo uprzejma inaczej osoba zdradza właściwie suspens książki, który to dla lubiących do tej pory kryminały, thrillery Joy Fielding po przeczytaniu tak skonstruowanego opisu jest jasny. To pierwszy zarzut. Drugi, to TRAGICZNE tłumaczenie tej książki. Aż zerknęłam, kto tłumaczył przedostatnią książkę Fielding wydaną w ŚK i już wiem, że na szczęście, nie była to ta sama osoba. Ja nawet rozumiem, że niektóre co ambitniejsze osoby uważają tłumaczenie kryminału za coś w rodzaju "grania do kotleta" czyli jakby nie było chałtury, która ma za cel jedno, zarobienie. Jednak jako czytelnik mam chyba prawo do oczekiwania poważniejszego traktowania mnie chociażby za to, że ja kupując tę książkę, w jakiś sposób dokładam się do pensji tłumacza. W pewnej chwili zastanawiałam się głośno (czyli gawędziłam sobie o tym z P.) czy możliwe jest, że to nie tłumaczył człowiek, że tekst oryginału puszczono w coś w rodzaju programu tłumaczeniowego? Czy takie coś jest w ogóle możliwe? Tłumaczenie było FATALNE. Gdyby nie to, że wydałam pieniądze na książkę, może by mnie bawiło, a tak, to chyba daruję sobie już wydawane w tym wydawnictwie książki Fielding, które tak wydawane szkodzą tylko tej jednej z moich ulubionych swego czasu autorek kryminałów.
Sponsorem tej książki jest z pewnością "lecz", który to wyraz wystąpił w tej książce z częstotliwością większą, niż jakiekolwiek inne słowo języka polskiego. Zapomniało się najwyraźniej tłumaczowi, że nie trzeba większości zdań zaczynać od "lecz", nawet jeśli w oryginale stoi jak byk "but". Zapomniało się też, że mamy zarówno słowo "ale", jak "jednak", ba, że można tak skonstruować tłumaczone zdanie, aby w ogóle pozbyć się tego cholernego lecza.
Tak, od pewnej strony zaczęłam te lecze zliczać i na przemian złoszcząc się to śmiejąc do rozpuku rozpoczynałam na głos czytanie zdania akcentując kropkę aby dać P. szanse udzielenia odzewu na moje hasło w postaci początku nowego zdania od "lecz". Nawiasem mówiąc, okropnie to zgrzytało, nie jestem pewna, czy podobnie, jak od "więc" nie ma obostrzeń w tej kwestii i czy nie jest tak, że nie powinno się od "lecz" zdania rozpoczynać?

Nie była to udana lektura. Najpierw właściwie ujawnienie tego, o co chodzi w książce, potem to koszmarne tłumaczenie, które baaaardzo długo pamiętać będę.
W sumie sama książka mogła być dość udana, miała na to szanse, jak na książkę Fielding. Był pomysł na treść, mimo, że występowały dość wtórne motywy, takie typowe dla niej , jak osamotnione przez rodzinę siostry nie mających ze sobą dobrych relacji, coś w rodzaju walki ze światem zewnętrznym i osoby niby to przyjazne, które okazują się czasem nieprzyjacielem.
Tym razem akcja rozpoczęła się w chwili, kiedy wychodząc z lunchu z przyjaciółkami młoda, bogata z domu Casey zostaje potrącona w garażu podziemnym przez nieznajomego sprawcę, który zbiega z miejsca wypadku. Od tej pory kobieta jest w dziwnego rodzaju śpiączce. Na zewnątrz, lekarzom i bliskim zdaje się, że nie ma ona kontaktu ze światem, podczas kiedy ona wszystko to, co dookoła niej się dzieje słyszy, rozumie, zaczyna nagle orientować się, co tak naprawdę mogło mieć miejsce.

Niestety, przyjemność z lektury została popsuta wyżej wymienionymi powodami. Jestem okropnie zawiedziona, że zdecydowałam się na jej kupno.

Precz z leczem!!!;) *

* by P.

Moja ocena to 2.5 / 6.

mówię do…

…P., że (jak to często bywa u mnie) pod ostatnią moją recenzją mało komentarzy. Cóż, tak bywa, a najczęściej, to zabawne, przy recenzjach, w które włożyłam sporo serca, jakichś takich mnie samych wydających się niezłymi (haha, ach to samouwielbienie, co?).
P. patrzy na mnie spokojnie, po czym jak to On, spokojnie stwierdza "kazałaś podnieść ręce i wyjść chodzącym ideałom , to wyszli".
No fakt, ma rację, zostałam więc ja i moje dziwactwa. Życie;)