„Maria i Magdalena”. Magdalena Samozwaniec.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).

Wznowienie, które, podobnie, jak poprzednio czytane wznowienie "Zalotnicy Niebieskiej" ucieszyło mnie ogromnie, o czym zresztą pisałam w nie tak dawnych wpisie.

Przyjemnie jest wrócić do książki, która kiedyś tak cieszyła, że jej egzemplarz jest już zaczytany i posklejany.

"Maria i Magdalena" jest znacznie bardziej obszerna treściowo, niż poprzednia autobiografia autorki, "Zalotnica Niebieska", również opisująca dzieciństwo i młodość jej samej i jej słynnej siostry, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Mniej tu za to korespondencji i również mniej zdjęć, chociaż parę z rodzinnego archiwum zostało dodane, jednak ja pod tym kątem odczuwam pewien niedosyt.
Jednak treść i wyobraźnia wynagradzają te braki.

Dzieciństwo opisywane w "Marii i Magdalenie" to radosny czas, w którym brak jest większych zmartwień, w którym cieniem czy zmartwieniem zdaje się być jedynie coroczna Wielkanocna Spowiedź lub lekcje, udzielanie oczywiście przez prywatnych nauczycieli, którzy przybywali do dziewcząt, gdyż rodzice nie chcieli wysyłać ich nawet do prywatnych szkół. Czas mija miło na wspólnych siostrzanych zabawach (postać brata jest wymieniana ale bardzo marginalnie), na wyjazdach z ukochanym "Mamidłem" do Świnoujścia czy Zakopanego, miłym spędzaniu czasu z rówieśnikami (ach te wspólne wypady na zimową ślizgawkę czy na tańce).
W książce jest wiele smakowitych opisów ówczesnej socjety, szlachty, mieszczan, arystokracji,jej przywar i śmiesznostek, ale również wiele ciekawych opowiastek o artystach, zarówno malarzach, jak poetach i pisarzach. Podejrzewam, że niektóre historie są podane na zasadzie autorskiej koloryzacji lub urban legend, co…tylko dodaje smaczku opowieściom.

Jak zwykle we wspomnieniach Magdaleny rodzina jest gloryfikowana, stawiana na piedestale. Zarówno rodzice, jak ukochana starsza siostra są chodzącymi ideałami, nie ma co do tego wątpliwości. Jest to oczywiste. Nieważne, że ojciec miewał flamy, nieważne, że siostra była despotyczna i humorzasta, często bardzo złośliwa, co zastanawia kiedy czyta się jej poezję pełną przecież takiej niespotykanej wrażliwości. Rodzina to było to, co ukształtowało autorkę, co pozwoliło jej być taką, jaką była, co stworzyło.

Mnie tym razem podczas lektury wyjątkowo rzuciło się w oczy zestawienie dzisiejszych i tamtych czasów i pewne zabawne skontrastowanie postaw i podejścia do życia samej autorki. Opisuje ona na przykład to, że ona z siostrą nie pozwalały mężczyznom na fundowanie im czegokolwiek prócz czekoladek aby nie wyjść na "kokotę" (cóż za zabawne staroświeckie słówko). I bardzo dobrze. Tylko, że ta sama Madzia nawet po latach wspominając swojego teścia Starzewskiego ma do niego wyraźnie pretensje o to, że ów nie utrzymywał finansowo młodej parki, jaką stanowiła ona i jego syn. Niezwykłe podejście i bardzo roszczeniowe. Chyba niespotykane przez poważnych młodych ludzi w dzisiejszych czasach.

Co mnie cieszyło, to właśnie w tej części wspominek autorka dodała wspomnienia z podróży jej i siostry do obcych krajów. Mało tego, mimo wszystko, i nie zawsze są to opisy turystyczne, ale zawsze coś.

Pamiętam, że czytając książkę te paręnaście lat temu zawsze ryczałam, jak bóbr nad ostatnimi zdaniami, w których opisuje Samozwaniec to, kiedy ostatni raz widziała swoją ukochaną siostrę. I tym razem tradycji stało się za dość i ponownie lekturę zakończyłam we łzach.

Moja ocena książki niezmiennie 6 / 6.

pocztówki…

…przypominające mi miło spędzone chwile w miejscach, w którym byłam, a w niektórych z nich bywałam naprawdę często dotarły do mnie niedawno, za co dziękuję wielce.
I tak oto dostałam kartki z naszego polskiego Wybrzeża, począwszy od Helu i kartki z helskiego fokarium, które to miejsce polecam wszystkim, którzy zawitają na Hel, bo jest świetne a foki wprost rewelacyjne, przez kartkę z Jastarni, z widokiem latarni morskiej w Rozewiu (uwielbiam latarnie morskie), Jastrzębiej Góry, w której całe lata spędzałyśmy z moją Mamą fantastyczne wakacje a ostatni raz byłam parę lat temu z P. Doszła też kartka z nabrzeża gdyńskiego, przy którym mieści się kolejne miejsce, które polecam, czyli Gdyńskie Akwarium, miejsce, w którym zawsze będąc w Trójmieście MUSIAŁAM być. Ostatnia pocztówka z serii, to kartka z mojego ulubionego miasta, czyli Gdańska, a konkretnie z magiczną uliczką Mariacką.
Dzięki za przypomnienie mi miejsc, w których spędziłam naprawdę przyjemne chwile, dzięki za kartki, który przyniosły ze sobą wiele przyjemnych wspomnień.