„Śmiertelne decyzje”. Kathy Reichs.

Wydana w Wydawnictwie Red Horse. Lublin (2008). Wydanie II, kieszonkowe.
Przełożył Marcin Roszkowski. Tytuł oryginału Deadly Decisions.

To moje pierwsze spotkanie z bohaterką cyklu kryminalnego, Temperance Brennan zwaną przez bliskich Temp. Na podstawie tego cyklu powstał serial telewizyjny "Kości". Muszę powiedzieć, że chyba jest to bardzo luźne zainspirowanie się książkami do powstania serialu, bowiem właściwie z bohaterką książki filmową łączy jedynie imię i nazwisko. I chyba dobrze. Mimo, że serial chętnie oglądam, to właściwie jedyne, co mi się w bohaterce filmowej podoba to jej fantastyczne kolczyki, które w każdym odcinku nosi coraz to inne a czasem i kilka podczas jednego odcinka.

Cieszę się zatem, że zdecydowałam się na poznanie bohaterki książkowej, bo ta charakterologicznie o wiele bardziej mi się podoba. Temp Brennan po pierwsze ma już swoje lata, jest po dwudziestoletnim małżeństwie, które zakończyło się niepowodzeniem, ma córkę. I, co najmilsze, jest obdarzona uczuciami i empatią. Ofiary, które przychodzi jej badać jako antropologowi sądowemu, który to zawód wykonuje, nie są jej wciąż obojętne. Nie umie beznamiętnie podchodzić do spraw. Każda jest dla niej inna i tak samo ważna. I, co ciekawe, mieszka w Montrealu, w Quebecu.
W "Śmiertelnych decyzjach" Temp nie tylko pracuje jako antropolog kryminalny ale i działa jako śledczy w zespole. To już nie pierwsze śledztwo, w jakim przyjdzie jej działać, to jednak stanie się z pewnych względów wyjątkowe.
Zaczyna się, kiedy ginie dziewięcioletnia dziewczynka. Ginie przypadkowo, od kuli wojujących ze sobą gangów motocyklowych. Ta przypadkowa ofiara i cała sytuacja napełnia Brennan poczuciem ogromnej niesprawiedliwości i krzywdy wobec najsłabszych. Chwilę potem przyjdzie jej się zetknąć z obrzydliwym światem gangów motocyklowych, które rządzą miastem. Pozna ich metody działania, to, w jaki sposób rozwiązują oni konflikty ze skłóconymi ze sobą gangami. Podczas tego odnajdzie się część ciała, jak szybko się okaże, być może będzie to ciało dawno zaginionej w Stanach Zjednoczonych nastolatki. Czy miała ona coś wspólnego z gangami czy przypadkowo padła ofiarą ich pprachunków? To wszystko będzie musiała rozwiązać Temp. A wszystko to podczas sprawowania opieki nad jej nieco zbuntowanym chociaż sympatycznym siostrzeńcem i czasem nadętym i obrażonym nie wiedzieć o co na własną pańcię kotem Ptaśkiem.

Z przyjemnością "poznałam" panią antropolog Temp Brennan, spodobała mi się jako postać literacka a i sam kryminał uważam za udany. Idę za ciosem i czytam następną część, również wydaną w wydaniu kieszonkowym, tym razem "Zabójczą podróż".

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6.

stosik…

…korespondencji czekał na mnie w piątek w skrzynce. Po raz kolejny wychodzi na to, że korespondencja dociera do nas w jakiś zbiorowy sposób raz na jakiś czas, bo i prenumerowany w ramach punktów zbieranych w programie lojalnościowym w mojej sieci komórkowej VOYAGE się dotelepał i kwitek na polecony (między innymi do innej prenumeraty, National Geographic, który to ostatni numer podesłany w ten sposób z racji tego, że nie dotarł odpowiedni numer wcześniej na czas) i kartki rozmaite.

Znad polskiego morza dostałam kartkę od Finetki z widokiem panoramicznym na Wyspę Spichrzów.

Lilithin podesłała mi aż trzy, pierwsza z widokiem Bałtyku o zachodzie słońca z podróżującym po nim statkiem, kartkę z Wybrzeża Rewalskiego ogólnopoglądową , gdzie i latarnia w Niechorzu i widok z Rewalu i słynne ruiny kościoła w Trzęsaczu. Dostałam też od niej bardzo ładną kartkę z ujęciem mew prezentujących się na morskich kamieniach, o które rozbija się właśnie fala, a mewy nieco tym przestraszone podnoszą swe skrzydła aby wzbić się w powietrze. Bardzo ładne ujęcie i okazuje się, że to ta sama firma, która wyprodukowała kartkę z piaskiem i muszelkami, jaką się ostatnio zachwycałam. Ładne robią kartki.

Widlrose podesłała mi obiecane kartki, które zabrała ze sobą z Włoch i są to pocztówka z Sorrento, jak i z urokliwego Amalfi.
Dostałam też od niej widok zimowy (ej, ja nie chcę zimy, nie, wolę zdecydowanie te letnie widoczki;)) jeszcze przywieziony z wyprawy do Oberammergau.

Dublinia zaś sprezentowała mi nie tylko fantastyczną kartkę, złotą radę od życzliwej kobiety ale i śmiech a jak wiemy, śmiech to zdrowie;)
Na karcie od niej bowiem można podziwiać dwie panie, rudzielca i brunetkę, które raczą się wspólną chwilą, wspaniałą herbatą (może z dodatkiem niezłej irlandzkiej whisky?:). Każda z nas wie, że są chwile, kiedy wspólna babska kawa, herbata, whisky, butelka wina czy inne napoje stanowiące oczywiście dodatek do rozmów, potrafią dosłownie wręcz uratować jeśli nie górnolotnie mówiąc życie to na pewno często nastrój. A jeśli dochodzi do tego terapeutyczny śmiech, którym możemy się wzajemnie obdarować, to już w ogóle jest to właśnie to.
Myślę, że Dublinia się nie pogniewa, jeśli zdradzę jej myśl, którą się mną podzieliła na owej karcie, a mianowicie, że "Śmiech jest dobry na wszystko!"*.

Wszystkim Wam dziękuję za pamięć, kartki, które zawsze mnie cieszą;)

*by Dublinia

„Moja droga B,”. Krystyna Janda.

Wydawnictwo BAUER. Specjalna edycja dla miesięcznika PANI. (2009).
Copyright by Wydawnictwo W.A.B., 2000.

Moja droga K.,

muszę Ci to napisać, muszę, bo, nie nie uduszę się, ale chcę, żebyś wiedziała. Że jestem po lekturze Twojej książki, która jest zbiorem felietonów ale właściwie to przecież forma listów do nieznanej mi jakiejś właściwie anonimowej B., która pewnie gdzieś tam istnieje. A mimo to ja czułam się jakbyś pisała to właśnie do mnie. Tylko do mnie.
Wciąż mam przed oczami Twoją fantastyczną rolę w Shirley Valentine w (jeszcze tam grałaś) Teatrze Powszechnym. Od tej książki czuję, że powinnam powrócić do Twojego nowego teatru i przypomnieć sobie tamte odczucia, wrażenia. Chyba płakałam wtedy, wiesz? Jak się ma piętnaście lat świat jest taki konkretny, taki jasny, taki okropnie czarno biały. Aż boli. Odcienie bieli i szarości zauważa się wraz z wiekiem, tak myślę. Świat wtedy wzrusza i jeszcze nie jest się aż tak otępiałym na pewne sprawy, jak dwadzieścia prawie lat potem…
Ale to taka dygresja. Nie mówię, że nie lubię Twoich ról, ostatnio podobała mi się Twoja rola w "Rewersie". Ale do tej pory nie miałam okazji poczytać ani usłyszeć żadnych Twoich felietonów. I nagle niesamowite, przyjemne zaskoczenie. Odczułam dokładnie to samo, co Ty Opisywałaś swojej B. w przypadku książki Ireny Jurgielewiczowej. Zacytuję Cię "Prostota sformułowań, ilość myśli, które sama chciałabym wyrazić, zdań, które mogłabym zapisać jako własne, uderzyła mnie. Harmonia, logika i porządek. Skromność, prostota, mądrość. Naturalna szczerość i brak przesady. Zapomniałam o świecie, a raczej godziłam się z nim na powrót, uspokajałam, układałam mój świat na nowo. Dzięki tej książce przypomniałam sobie, jak chciałabym, żeby było." Niesamowite, że udało Ci się oddać dokładnie to, co czułam czytając Twoje słowa, obserwacje świata, refleksje nad sprawami nie tylko tymi wielkimi, jak rodzina, praca, kariera, ale i tymi codziennymi, niby to zwykłymi. Twoja zdolność obserwacji (pani z Wrocławia bodajże żyjąca rytmem okno-kuchnia i włoska familia, w której pan domu najpierw wściekł się na żonę, że ta pali a potem zaczął sprzątać) rozczuliła mnie ogromnie. Nie wiedziałam, że nie tylko ja lubię patrzeć przejeżdżając autem obok oświetlonych okien i wyobrażać sobie kim są ludzie mieszkający w domach mijanych i jaki jest ich los! I widzę, że też uwielbiasz literaturę. I jesteś podobnym chyba do mnie wrażliwcem, który nie umie zgodzić się na wszystko i każdą postawę. Czasem miałam wrażenie, że piszesz moje własne myśli, które wyjęłaś po prostu jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności z mojej głowy. Czy to się nie nazywa plagiat?:) Plagiat myśli i odczuć, sama pomyśl, jak to brzmi!
Oprócz refleksji i wrażliwości zachwyciłaś mnie swoim poczuciem humoru. Opis wizyty u małomiasteczkowej pani fryzjerki przeczytałam na głos mojemu P. i śmiał się wraz ze mną. Wczoraj w tv leciała reklama z fryzjerką w tle, pani pasowała do tych słów, a P. odezwał się, że to wypisz wymaluj pani z Twojego opisu.
Dziękuję Ci moja droga K. za to, że poczułam jakąś niezwykłą więź, że przypomniałaś mi, że kobiety powinny ze sobą się trzymać, nie stanowić dla siebie wzajemnie rywalek. Rywalizacji, złośliwości mamy dość na co dzień wokół.
Moja droga K. dzięki za to, jak Patrzysz na świat.
Pozdrawiam Cię serdecznie i kto wie, może kiedyś przeczytasz ten list?
Pełna refleksji i zadumy po przeczytaniu Twoich słów,
Twoja M.


5.5 / 6.

„Nieoswojona ziemia”. Jhumpa Lahiri.

Wydana w Albatros. Wydawnictwo A. Kuryłowicz. Warszawa (2010).
Przełożyła Anna Kołyszko. Tytuł oryginału Unaccustomed Earth.

Ta przetłumaczona świetnie przez niestety, nie żyjącą już, panią tłumacz to kolejna przeze mnie czytana książka Jhumpy Lahiri i muszę powiedzieć, że trafia ona na moją listę autorów lubianych czy wręcz ulubionych. Pisze świetnie i w dodatku w jej prozie odczuwam to, co lubię czyli jej własny rozwój. Nie wiem, jak w Polsce jej książki są wydawane, czy w chronologii ich pisania, wydaje mi się, że tak  i widać, że autorka nie spoczywa na laurach i wciąż jej proza staje się jeszcze lepsza.

Wcześniej czytałam jej "Tłumacza chorób", a potem "Imiennika", który tak mnie zachwycił.

Tym razem wracamy do opowiadań, formy, w której autorka czuje się tak samo dobrze jak w powieści. Książka dzieli się na dwie części. W pierwszej jest pięć nie łączących się ze sobą opowiadań, każde na odrębny temat. Druga część zatytułowana "Hema i Kaushik" to trzy opowiadania bądź właściwie trzy rozdziały niby to nie mające najpierw ze sobą nic wspólnego a szybko okazuje się, że łączą je postaci tytułowych bohaterów.

W dwóch poprzednich książkach autorki, jakie miałam okazję czytać, mocno skupiała się ona na kwestii emigracji, tożsamości kulturowej, poczucia przynależności do danego kraju, miejsca czyniąc swoimi bohaterami emigrantów z Indii osiadłych podobnie, jak sama Jhumpa Lahiri w Stanach Zjednoczonych. W tej książce bohaterowie są dziećmi pokolenia emigrantów, bardziej zamerykanizowane niż związane z Indiami. Kraj rodziców odwiedzają przy okazji wakacyjnych wypraw do dziadków najczęściej a często i wcale. I w tej książce autorka nie skupiła się na problemach emigranta muszącego odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W tej książce skupiła się na ludziach. Ludziach i ich problemach, szczęściach, radościach, smutkach, nowych możliwościach, poczuciu straty czy szczęścia. Na życiu po prostu.

W tych opowiadaniach ludzie dowiadują się dzięki zbiegom okoliczności lub planowanym wydarzeniom prawd o sobie samych, o swoich związkach ze starzejącymi się rodzicami, dorastającymi dziećmi, swoimi życiowymi partnerami. Stają wobec wyborów, których konsekwencje będą ponosić przez resztę życia. Kochają i nienawidzą, śmieją się i płaczą. Zostają zaskakiwani niemożnością wpływu na osoby bliskie i ich decyzjami,które bądź to są trafione bądź nie. Zdają sobie sprawę z własnych osiągnięć ale i porażek. Zatajają sekrety przed współmałżonkami ale i zostają niemile zaskoczeni tajemnicami innych swoich bliskich. Często uświadomiwszy sobie, jak niewiele wiedzą o zdawało by się bliskich im osobach.
Zyskują coś raz na zawsze albo tracą coś ważnego bezpowrotnie.
Dowiadują się o sobie prawd, których się nie spodziewali. Dojrzewają i rozwijają się ich relacje z innymi.
Bo tak naprawdę każdy z nas, każdy człowiek jest właśnie niczym innym jak taką nieoswojoną ziemią…

Ogromnie podobał mi się ten zbiór opowiadań, z których każde dało mi coś do myślenia, spowodowało rozmaite refleksje na różne tematy. Bardzo się cieszę, że ją przeczytałam i z niecierpliwością oczekuję więcej książek Jhumpy Lahiri na naszym rynku.

Moja ocena 6 / 6.

po czym poznać, że będzie burza?

Nie, nie korzystać z prognozy pogody, która nawiasem mówiąc burzy na noc nie zapowiadała. Wystarczyło wczoraj wieczorem wyjść na spacer. Pierwsze wygłodniałe i szukające zapasów krwi "na potem" komarzyska rzuciły się na nas już po wyjściu z domu. Spacer polegał na wykonywaniu ruchów opędzających się głównie. Ale kiedy trzy dopadły mnie jeszcze podczas jazdy windą do mieszkania (wskutek czego wróciłam do domu dziabnięta w szyję, palec od ręki i czoło, do tego stopnia, że miałam wrażenie sparaliżowania części czoła, czy tak czują się ofiary botoksu?? 🙂 ) stwierdziłam , że na sto procent będzie burzysko w nocy. Nie myliłam się. Po dwunastej burczało w tle, około pierwszej już przewalało się nad nami.

dwie rozśpiewane pocztówki…

…wczoraj do mnie dotarły. Pierwsza od Latającej_Pyzy, z Granady. Pamiętacie, jak ostatnio pisząc o kartce z Granady w Nikaragui stwierdziłam, że do tej pory owa nazwa kojarzyła mi się wyłącznie z Hiszpanią? Tak właśnie jest tym razem. Kartka prezentuje detal architektoniczny z niezwykłą fontanną tak charakterystyczną dla wnętrz muzułmańskich, jaka znajduje się w przecudnym cacku architektury, jakim jest właśnie La Alhambra. To jest cudeńko, które chciałabym kiedyś zobaczyć. Pyza pisze, że dla miłośników sztuki Islamu w tym mieście miejsc jest mnóstwo i sądzę, że ci, którzy w nim byli, potwierdzają to stwierdzenie. A dlaczego piszę o muzycznych pocztówkach? Wszak wszyscy zapewne znamy słynną "Granadę", która to pieśń faktycznie jest niezwykła i poruszająca.

Druga "muzyczna" kartka, to pamiątka ze słynnego właśnie chyba między innymi dzięki piosence "Na moście w Avignon" Awinionu z wizerunkiem najsłynniejszego chyba mostu, osławionego właśnie w tejże piosence, czyli Le Point Saint Benezet.
Przypominam chyba najsłynniejsze wykonanie tej piosenki w polskiej wersji oczywiście.

Za pamięć i kartki bardzo Wam dziękuję;)

„Tamtego lata na Sycylii”. Marlena de Blasi.

Wydana w Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożyła Magdalena Tulii. Tytuł oryginalny That summer in Sicily.

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie polecenie na Forum Książki ze strony osoby, z której zdaniem się liczę. Nie sięgnęłabym i ominęłaby mnie dobra lektura. Przyznaję się, że bałam się jakiegoś romansidła z modnym ostatnio w literaturze krajem w tle. Udało się tego uniknąć, ufff…

Podobał mi się język, którym pisana jest ta książka. Ładny, plastyczny, znakomity do opisu sytuacji niezwykłej, z którą zetknęła się autorka i jej mąż podczas swojej podróży w celu napisaniu artykułu, które to zadanie zdało się być niewykonalne. A sytuacja ta to trafienie jakby do przedpokoju Raju, świata, w którym ludzie żyją w jakiejś pozbawionej zła i brzydoty miejscu, w którym współpracują ze sobą i pomagają sobie. W którym rodzi się blisko ludzi i umiera z ludźmi, nie w cichej sali szpitala, o porze rannej, kiedy koło umierającego nie stoi nawet pielęgniarka.

Opis owej posiadłości nazwanej Villa Donnafugata, której właścicielką jest tajemnicza Tosca kojarzyło mi się niezwykle z filmem "Ukryte pragnienia", w którym może zdarzyć się wszystko. Było ono miejscem niejednych zdarzeń a w książce stanie się miejscem, w którym Marlena zostanie wprowadzona w świat niezwykłych tajemnic, sekretów, wręcz magii. Magii wspólnoty kobiet, które nie są dla siebie rywalkami a stają się często jedynymi podporami. Niezwykle silnie gra tam pierwiastek kobiecości, który nadaje mu owo poczucie magii i czegoś nie do końca uchwytnego mimo wyraźnych i realnych efektów wspólnego działania. Nie chodzi o to, że mężczyzn eliminuje się z tego świata. Po prostu, w tym miejscu Sycylii rola kobiet nie jest umniejszona, tu odnajdują się one na nowo w różnych sytuacjach i tu poznają swoją siłę i moc jak również świadomość, że umieją żyć bez mężczyzny.
Chou usłyszy opowieść Toski. Opowieść nacechowaną tak charakterystycznym dla Sycylii zachowaniem pewnych spraw dla siebie, przemilczeniem. Niemniej jednak już to, co usłyszy, stanie się przyczynkiem do powstania niezwykłej opowieści, którą to następnie możemy czytać w książce.
Owszem, ma ona pewne wady. Mnie samej wydaje się, że pierwsza jej połowa biegła jakoś bardziej wartko, była bardziej interesująca, gloryfikowała zarówno miejsce, do którego autorka trafia, jak i sposób życia tamże, ale ogólnie lektura mnie nie zawiodła.

Moja ocena to 4.5 / 6.

wszyscy jeżdżą nad polskie morze;)

…znad niego bowiem dzisiaj dotarły do mnie pocztówki.
Tym razem Krynica Morska ogólnie widok jak i pocztówka super, powiedzmy, ogólna, ale z akcentem piaskowo muszelkowym. Nie wiedziałam, że nad naszym morzem można kupić takie fajne pocztówki;) Pocztówka ma otwór, w którym zmieszczono plastikowe przezroczyste pudełeczko, w którym jest piasek i muszelki. Pewnie niekoniecznie takie, jakie można znaleźć nad naszym morzem, ale kartka naprawdę fajna i z pomysłem. Tak jak swego czasu pisałam, że "wszyscy jeżdżą do Barcelony" tak w tym lecie stwierdzam, że "wszyscy jeżdżą nad polskie morze". Chyba najwięcej kartek dostałam tego lata znad polskiego morza właśnie, inna sprawa, że w tym roku z pocztówkami powiedzmy nie tyle skromnie, co nie tak obficie, jak rok temu, kiedy chyba rekordowo dostałam kartek z wakacji od znajomych.

Dotarły też dwie kartki z…Chin od Obiezy_swiatki. Wiem od niej, że nie tylko Chiny zwiedziła i ciągle jeszcze zwiedza, a ponieważ nie chcę psuć Jej radości odkrywania na blogu, dokąd udało jej się trafić w sierpniu-nic więcej nie zdradzam. Poczytacie jak wróci i opisze i zapewne uraczy zarówno ciekawymi opowieściami jak i również ładnymi zdjęciami.
Na pierwszej kartce jest odnowione zdjęcie dawnej pary małżeńskiej, myślę, że na oko fotografia jest z początków dwudziestego wieku. Na drugiej pocztówce jest Pawilon Pięciu Smoków (cóż za przepiękna nazwa, angielska The Five-Dragon Pavilion), część kompleksu w Parku Beihai.
Trochę dawnej historii (ciekawe kim była para małżeńska i jak potoczyły się jej losy i jej potomków) i zdjęcie starej budowli w bardzo nowoczesnej grafice zrobione, kolorowe i nęcące do odwiedzenia. Niemniej jednak mnie akurat, o czym wiecie, Chiny do odwiedzenia nie kuszą nic a nic. Mam do nich zbyt mieszany stosunek, mam na myśli Chiny współczesne i taki jakiś dualistyczny stosunek, z jednej strony niechęć , z drugiej , zainteresowanie, które owocuje tym, że chętnie sięgam po książki dotyczące Chin współczesnych, z , co się powtórzę, naciskiem na czas Rewolucji Kulturalnej.

„Neapol, moja miłość”. Penelope Green.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Barbara Szyszko. Tytuł oryginalny See Naples and die.

"Neapol, moja miłość" to kontynuacja "Rzymskie dolce vita"
czyli opowieści o losach Australijki, która porzuciwszy rozwój osobisty i
karierę na Antypodach wybrała niepewny los emigrantki we Włoszech.

I tak, jak poprzednia część bardzo mi się podobała, tak ta trochę mniej. Prawdopodobnie ze względu na to, że autorka skupiła się w niej mniej (chociaż nie to, że wcale) na ludziach, opisie swoich doznań jako nowicjusza w danym mieście, zabytkach widzianych swoimi oczami itd a bardziej na samym problemie, jaki męczy owo miasto. A jest to ni mniej ni więcej a słynna kamorra, przestępczość zorganizowana. Podobno nie jest to to samo, co mafia i w ogóle temat to do rozwinięcia, ale słynna "Gomorra" wciąż przede mną do przeczytania a nie chcę się w recenzji na tym skupiać. Rozumiem nawet przesłanki autorki. Przenosząc się do miasta o niedobrej sławie, jednego z najmniej bezpiecznych w Europie a pewnie i na świecie, trudno jej było udawać, że temat nie istnieje. Na jej pochwałę dodam, że absolutnie nie pisze ona o problemie w jakiś bardzo ponury sposób. Nie. Powiedzmy, że żyjąc tam zauważa go, nie udaje, że on nie istnieje. Na pewno na jej odbiór wpływają opinie znajomych jej Włochów, którzy sami ostrzegali ją przed tym miastem bądź mieszkając w nim, żyjąc, "uczulali" ją na pewne aspekty życia w Neapolu. I jak mówię, autorce udało się uniknąć nadmiernego narzekania, przesady, ale po prostu nie udało się uniknąć tego, co jest problemem tegoż miasta, a mianowicie tematyki wspomnianej przeze mnie powyżej przestępczości zorganizowanej, która w tym przypadku , kontroluje praktycznie życie miasta i często owo życie, a zwłaszcza postęp paraliżuje.

Szczerze mówiąc, nie tego oczekiwałam po lekturze, więc tu się trochę zawiodłam.
Tym razem autorce udaje się już pracować w jej zawodzie, czyli jako reporterki, dziennikarki w jednej z agencji prasowej, co też nieco zmienia jej sytuację jako emigrantki. Przypominam, że w części pierwszej głównie kelnerowała ona, co też dostarczało zabawnych sytuacji i chyba więcej wbrew temu, co można pomyśleć, radości.
O dziwo, mimo tego, jak trudno mieszka się w Neapolu, Penelope Green zdaje się być z tegoż życia bardzo zadowolona, miasto trafia do niej i nieźle się ona w nim odnajduje, wręcz w nie wtapia, być może również za sprawą miłości jaką tam napotyka.
Na pewno doświadczenie życia tam uczy ją bycia twardą. Jak można bowiem przeczytać na stronach książki "Jeśli przeżyjesz w Neapolu, wszędzie dasz sobie radę."

Moja ocena książki 4 / 6.

burza…

…to słowo klucz tego lata. Właśnie przeszła kolejna. Lało nieźle.
Wczoraj udało się załatwić pewną sprawę u notariusza, to przynajmniej "do przodu". W nagrodę poszliśmy na pyszną wyżerkę do włoskiej restauracji. Niestety, nasza "lokalna" już prawie tydzień zamknięta na cztery spusty zupełnie bez powodu, to znaczy żadnej kartki i nie wiadomo, co i jak. Żaluzje antywłamaniowe zasunięte i nic. Poszliśmy więc do konkurencji, trudno. Mieliśmy średnią przyjemność spędzenia części posiłku przy jednym z celebrytów z kolejną jego żoną. Szczerze? Już dawno powinnam zmienić szkła. Niedowidzę, taka prawda;) gdybym widziała, że to oni to na pewno bym koło nich nie siadła. Nie wiedziałam, że to oni, bo on siedział tyłem, ona przodem do mnie i jej nie skojarzyłam początkowo. Gdyby nie to, że poznałam go po głosie a cały czas rozmawiał przez telefon i w końcu też się komuś tam przedstawił, w ogóle nie wiedziałabym, że oni to oni, bo zajęta byłam wybieraniem pysznych dań z menu a nie gapieniu się po ludziach wokół. Ona zaś patrzyła się na mnie w jakiś taki nieprzyjemny sposób (przynajmniej ja to tak odczułam), aż przez chwilę zastanawiałam się nad tym, żeby się przesiąść, żeby nie psuć sobie nastroju. Nie wiem, może myślała, że wyciągnę aparat i wyślę jej fotę na pudla. Nie mam takich pomysłów, wolę spędzić miło czas na rozmowie z własnym mężem. Na szczęście dość szybko poszli.
Podczas popołudniowego spaceru, kiedy wisiały nad nami ciężkie chmury i przygnębiający nastrój krążył nad głową, jakoś pierwszy raz poczułam wyraźnie, że jesień się zbliża, nie ma na to rady, jak to mam w zwyczaju mawiać. W powietrzu nie dość, że wisiał taki jakiś przygnębiający nastrój, to w dodatku taki jakiś chłodek się rządził. Oj, mówię Wam, czuję, że po tej dziwnej wiośnie i niezbyt fajnym lecie czeka nas mało przyjemna jesień, ale może się mylę i oby.