doczekałam się wreszcie…

…tej przesyłki od Obiezy_swiatki. Wczoraj w skrzynce zastałam bowiem awizo na przesyłkę wysłaną 28 maja. Powtórne oryginalne, bowiem nie było tego pierwszego. Napisałabym "nieważne", gdyby nie to, że nie, że właśnie, że ważne. Że wrócił się bałagan z pp, o którym na tym blogu pisałam nie raz i nie dwa (nawet chciał mnie jeden dziennikarz cytować w swoim artykule, o co się mnie uprzejmie spytał swego czasu), o na przykład tu. No więc wróciła się praktycznie sytuacja sprzed dwóch lat, kiedy nastąpiło apogeum bałaganu (chociaż nie wiem, czy mogę tak to określić, bowiem praktycznie sytuacja w miarę dobra była jedynie przez rok, więc nie wiem, czy takie coś może miewać apogeum, skoro wciąż jest kiepskie).
Tak czy siak, i tak się cieszę, że doszła przesyłka, którą odebrałam tego samego dnia, bo wiem, że jakbym zwlekała, to za chwilę ukochana instytucja odesłałaby ją do nadawcy. Tiaaa…
Doszły więc ciepłe skarpety na zimę (dzięki;) ale i tak mam nadzieję, że nie będzie trzeba z nich korzystać), jak również pocztówki z Trewiru, Clervaux i Luxemburga, za które również dziękuję.

wspomnienia dzieciństwa w filmie…

…jestem po obejrzeniu "Złotych czasów radia" Woody Allena, który to film bardzo mi się podobał. Pewnie widziałam go dawno temu, kiedy w TV puścili większość tych wcześniejszych filmów Woody’ego, ale nie pamiętałam, więc jakbym na nowo widziała. Film opowiedziany przez pryzmat wspomnień z dzieciństwa, o czasach właśnie dzieciństwa, przypadających na te lata, kiedy to radio było dla ludzi owym przysłowiowym "oknem na świat", kiedy gościło w każdym domu i kiedy to w jakiś sposób determinowało nawet plany dnia czy zamierzenia. Bardzo dobry kawałek ciepłego kina, wspomnieniowego. Przywołany w recenzjach przy tej okazji "Amarcord" Felliniego, który to jak wiedzą ci, którzy oglądali, również wspomnieniem jest i w jakiś sposób adoracją czasów najlepszych często w życiu człowieka, czyli dzieciństwa, wprowadził mnie w taki właśnie nastrój wspomnieniowy. I zastanawiam się, czy są inne tego typu filmy, właśnie z dzieciństwem w tle? W którym to, co się zdarzyło w przeszłości nie zawsze jest pewnie oddane wiernie a tak tylko, jak my wówczas to odebraliśmy i teraz przefiltrowaliśmy przez własne wspomnienia?
Jak komuś przychodzi jakiś tytuł do głowy, to proszę pisać.

zasypało kartkami…

Dwie jak mniemam ostatnie kartki z Włoch (Italii, jak lubi Matylda2000:) dotarły do mnie dziś od Dublinii. Dublinio, kłaniam się pięknie za fantastyczną pocztówkę z Verony, która przypomniała mi, jak piękne są te pierwsze, naiwne czasem dla innych porywy serca a także za kartkę ze Sieny,na której widać wieżę, na którą Dublinia się wdrapała. Dzielna dziewczyna! Tak a propos wieży, to wdrapywałam się za kolonijnych czasów na niejedną, ale w pamięci mnie i P. zapadła ta przy Kościele Mariackim w Gdańsku. Hu hu. Mocni ci, co się na nią wdrapią;)

Czara zrobiła mi niesamowitą niespodziankę podsyłając kartkę niezapowiedzianą , ze średniowiecznego miasta Le Mans. Odpowiadając na pytanie zawarte na pocztówce, tak Czaro, uwielbiam myślami przenosić się w dawne czasy. Moją ukochaną epoką jest, a jakże, Średniowiecze. Niemniej jednak lubię wszystkie "podróże w czasie", w dzieciństwie uwielbiałam książki nawiązujące do tamtych czasów, a mianowicie, "Godzinę pąsowej róży" i "Małgosia kontra Małgosia".Czaro, raz jeszcze dziękuję za niespodziankę.

Lilithin zaś przysłała mi słoneczko na kartce, które to, przyznaję, dziś szczególnie mi się przyda.

Dziewczyny dzięki za kartki, które w końcu dotarły. Obiezy_swiatko, czekam na Twoją przesyłkę. Jeszcze nadziei nie tracę, ale jak Ci pisałam, znowu nam się bałagan na poczcie zrobił. Zniknął solidny i fantastyczny listonosz, który nie przetrwał tu u nas nawet roku. To o nim napisałam pierwszą i jedyną POCHWAŁĘ do PP. I to był ostatni raz, kiedy napisałam pochwałę do tej instytucji. Skoro pochwała owocuje tym, że z rejonu znika uczciwy i solidny pracownik, który chodził PIĘĆ dni w tygodniu, a zamiast tego pojawiają się coraz to nowe postacie, które nie docierają tu często, to sorry zorro, dla mnie to jeden komunikat, jasny, czyli pisząc pochwałę, popełniłam błąd. Wyciągnę z tego wniosek, nieukochana instytucjo.

……

…skopał mnie dzisiaj los. Tak naprawdę i od serca. Czuję się, jakbym leżała i tylko osłaniała głowę, żeby nie uszkodził mi mózgu od swoich ciosów. A i tak czuję się, jakby uszkodził, takie głupoty przychodzą mi dziś do głowy. I takie głupoty gadam. Moja przyjaciółka mówi, że mam teraz do tego prawo. Chyba tak. Tak. Nie odzywam się, zamykam w sobie, nie mam chęci na rozmowy, na pisanie, na nic. I tylko powieki bolą mnie od płaczu. Prawdę mówią mądrzy ludzie, że w najważniejszych chwilach , momentach życia i tak zostajemy ze wszystkim sami. Nikt za nas nie podejmie decyzji. Nikt też nie będzie za nas cierpiał, czy przeżywał.

„Finalmusik”. Justo Navarro.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010).
Przełożyła Katarzyna Górna. Tytuł oryginalny Finalmusik.

Bardzo specyficznie napisana książka, niestety, mnie głównie wymęczyła i wprowadziła w lekką nawet irytację swoim klimatem.
Styl to opowieść narratora, który odnosi się wrażenie, że jak zaczął mówić, tak przestać nie może. Ten swoisty monolog zdaje się być narastającym słowotokiem, który jest pełen opisów nie do końca jasnych sytuacji, osób, które raz zdają się być znane monologującemu to fikcyjne, raz spotkane niedawno a za chwilę wspomina się o nich jak o osobach dawno nie widzianych.
Mnie ta narracja głównie wymęczyła.
Rozumiem, że była ona zamierzeniem autora, który (podobnie jak on sam zresztą) ze swojego bohatera uczynił tłumacza. Tłumacza, który zdaje się mieszać realność ze światem fikcji, którego tłumaczenia się podjął.
Klimat książki mnie osobiście wydał się zbyt przegadany i zbyt ciężki. Nie pomaga realistyczny opis sierpniowych duszących upalnych dni, w których dzieje się główna opowieść. Równie duszący i sprawiający wrażenie niepokoju jest klimat strachu, jaki oddany jest na wszystkich stronach książki, nad Rzymem roku 2004, kiedy dzieje się akcja, wisi groźba ze strony islamskich terrorystów. Radykalizm ze strony zarówno pogody, własnych wspomnień jak i islamistów, to wszystko składa się na duszący klimat książki, atmosferę strachu, niepewności i poczucie irytacji.
Wspomnienia bohatera dotyczą zarówno jego kochanki, która właśnie z nim zerwała kontakt, dawnej nauczycielki , pani profesor, jak również pół Polaka pół Niemca, który jak wydaje się tłumaczowi ma za sobą szpiegowską przeszłość. Równie dobrze jednak wszystko to, co wspomina on na temat tych ludzi zdać się może wymyśloną przez tłumacza obdarzonego bogatą wyobraźnią fikcją.
Jak sam on bowiem się przyznaje:

"Całe moje życie jest takim pomnażaniem historii zasłyszanych, przeczytanych, przetłumaczonych, wymyślonych. Moje poczucie nierealności jest dużo silniejsze niż moje poczucie rzeczywistości".

Niemniej jednak do mnie ta opowieść nie przemówiła najwyraźniej na tyle mocno abym dała się jej uwieść i w nią wciągnąć.
Moja ocena książki to 3.5 / 6.

„Dziewczyny z Portofino”. Grażyna Plebanek.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2005).

Stwierdzam fakt. Nie czytuję za wiele współczesnej prozy polskiej. I być może popełniam błąd. Na tę książkę skusiłam się, kiedy bodajże na Światowy Dzień Książki natrafiłam na promocję w sklepie internetowym i powiedziałam sobie , że może warto spróbować. I co? Efekt jest taki, że praktycznie cały wczorajszy wieczór i dzisiejsze przedpołudnie spędziłam z książką w ręku.
Jak dobrze natrafić na taką dobrą książkę wśród polskich autorów.

"Dziewczyny z Portofino" to opowieść o czterech koleżankach z podwórka, o Beacie, Agnieszce, Mani i Hance. Każda ma nieco inną sytuację domową. Jest wśród nich dziecko zaniedbywane przez rodziców, jest półsierota z bogatym ojcem, dziecko opozycjonisty i dziecko dorobkiewicza, sadysty, który za cel obrał sobie wyrwanie się w rodzinnej wioski.
Każda jest więc uwarunkowana przez inny dom a mimo to zaprzyjaźniają się one ze sobą i tak oto książka prowadzi nas przez ich życie począwszy od wieku lat dziesięciu aż do chwili, kiedy mają ponad dwadzieścia lat. Ich dzieciństwo przypada na środek lat siedemdziesiątych, lata nastoletnie przypadają na ponury Stan Wojenny, a młodość na budzący się po zastoju PRL-u tak prężnie rozwijający się nowy ustrój i wczesny polski kapitalizm.

To rewelacyjna opowieść snuta i spleciona z tak wielu przecież rozmaitych opowieści albo o którejś z nich albo o nich razem, od której nie można się oderwać.
Myślę, że rówieśnicy autorki jeszcze bardziej odbiorą tę książkę. Pamiętają przecież robienie "widoczków", wspólne strachy na opuszczonych hałdach, którymi straszyło się szczególnie dziewczynki, gry w gumę aż do skuchy itd itd.
To opowieść, a jakże, o sile kobiet, i o sile współpracy kobiet, która kształtuje się i rośnie w nich aż od bycia przez nie dzieckiem.
To opowieść słodko gorzka, jak życie. O pierwszych miłościach i zawodach. O niechcianych ciążach i trudnych wyborach. O dzieciach i o trudzie bycia rodzicem. O poplątanych losach, które łatwiej rozplątuje się w zaprzyjaźnionej grupie. To historia o dorastaniu i stawaniu się kobietą ze wszystkiego tego konsekwencjami.

Mnie się ta książka ogromnie spodobała i jestem baaardzo zadowolona, że po nią sięgnęłam.

Moja ocena to 6 / 6.

ewolucja…

…dzieje się na naszych oczach. Dawniej komary bzyczały, kiedy się przy człowieku kręciły. Co owocowało mordem osobników z mniejszym refleksem i uniknięciem ugryzienia. Niestety, od jakiegoś czasu, może od dwóch lat zauważyłam, że komary pojawiają się bezszelestnie, bez szmeru (a raczej bzyku). Dzisiejsze rzucały się na nas koszmarnie. Ja wróciłam z opuchniętą twarzą i wyglądem średnio nażartego chomika, udziabały mnie bowiem po dwóch stronach twarzy, można rzec, symetrycznie. P. podziabały równo po łapach. Ich wampirze zapędy zrozumiałam, kiedy wieczorem rozpętała się nad nami kolejna nawałnica. Pierwszą mieliśmy wczoraj, o podobnej mniej więcej porze. W pewnej chwili nie widzieliśmy już wiele patrząc od strony balkonu, taka była ściana wody. Dzisiaj było gorzej. Grzmiało i waliło równo, a woda waliła dalej. I pomyśleć, że przed burzą siedzieliśmy na balkonie, ja czytałam a P. prognozował, czy i kiedy burza nadejdzie. Już wydawało się, że burza nas ominie, skierowała się na Konstancin, ale zawróciło ją i zaczęło się. Okropność.
I pomyśleć, że przez pierwsze trzy lata, jak tu mieszkaliśmy nie było ani jednej burzy. Zapomniałam wtedy, jak takie coś wygląda. Zresztą, burze też ewoluują. Kiedyś to była po prostu burza, która nadciągała, postraszyła przez kwadrans, no, może dwadzieścia minut, i odchodziła. Te obecne nawałnice nie dość, że silniejsze, to jeszcze trwają o wiele dłużej.

Na gazecie widać na fotkach jak to mniej więcej było.

„Pożegnania”. „Okuribito”. Reż. Yojiro Takita

Film ten w roku 2009 otrzymał nagrodę Oskara dla filmu nieanglojęzycznego. I według mnie jak najbardziej słuszna to nagroda.
Nie jest to film o lekkiej tematyce, ale jak to najczęściej bywa w takich przypadkach skłaniający do przemyśleń i refleksji. I wzruszenia.
Główny bohater, Daigo Kobayashi traci pracę wiolonczelisty w rozwiązanej orkiestrze i wraz z żoną decyduje się na powrót w jego rodzinne strony. Co nieczęste, młodzi mają do dyspozycji dom tylko dla siebie bowiem matka mężczyzny nie żyje od dwóch lat a ojciec opuścił rodzinę bardzo dawno temu. Tak dawno, że dorosły już Daigo mający wciąż wielki żal do ojca nie pamięta nawet jego twarzy.

W rodzinnej miejscowości Daigo idzie na spotkanie w sprawie pracy. Która to wydawała mu się zupełnie inną posadą, niż ta, która się nią okaże. I która , co okaże się dla niego zaskakujące, po początkowym szoku wciągnie go i sprawi, że zacznie wykonywać ją z sercem i uczuciem.
A mowa jest o osobie, która przygotowuje ciała zmarłych na tę ostatnią ich ziemską drogę, w tym przypadku przygotowuje je do ceremonii kremacji.

Niestety, ludzie źle przyjmują nowe zajęcie, jakim młody człowiek zaczyna się parać. Staje się dla nich kimś "brudnym", kogo odrzucają i nie chcą utrzymywać z nim kontaktu.
Nawet jego własna żona, która początkowo nie wie, na czym polega prawdziwe zajęcie jej męża, stawia mu w pewnej chwili ultimatum.

To film, wbrew temu, co można myśleć, nie tylko o śmierci. To film o życiu i śmierci, które, co wiemy tak często przeplatają się ze sobą.

Daigo pozwala tym, którzy zostali żywi na ziemi, ujrzeć ich bliskich jako piękne osoby, które spokojnie przekraczają bramę, jak mówi staruszek pracujący przy kremacjach. Daigo pozwala im samym na wyciszenie emocji, uspokojenie się. W końcu to, co on robi dla zmarłych ważne jest przede wszystkim dla żywych.

To także film o sztuce wybaczania dawnych pretensji i żalu do kogoś. Żalu, który narastał wraz z upływem czasu i być może zmącił prawdziwy obraz osoby, który kiedyś miało się w pamięci.
Musimy pozwolić sobie na komfort pogrzebania nie tylko czyjegoś ciała, ale także wszelkiego zła, pretensji i tego wszystkiego, co psuło nasze relacje z daną osobą.

Mnie się on ogromnie podobał i polecam.
Moja ocena filmu to 6 / 6.