![]()
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Agnieszka Barbara Kwiatkowska.
Tytuł oryginału Every day in Tuscany.
Heh, trochę się zawiodłam. Sięgnęłam specjalnie, żeby się odprężyć, tym bardziej, że jak wiedzą ci, którzy dłużej czytają mój blog, akurat książki Frances Mayes te do tej pory u nas wydane mi się podobały a jakoś tak nie do końca się zachwycam. Odnoszę wrażenie, jakby autorka powoli zaczęła odcinać kupony od tego, co do tej pory spod jej pióra na temat jej życia w Toskanii wyszło. Z tym, że pewne rzeczy stają się już nieco powtarzalne i chyba nużą, przynajmniej mnie. A może to jakiś rodzaj przesytu, sama nie wiem. Z tym, że chyba też nie do końca, bo przecież "Rzymskie dolce vita" mi się podobało. Ale to chyba ze względu na postać autorki, która w jakiś sposób mnie zainteresowała, szczególnie jej chęć zmian a także niepoddawanie się przeciwnościom losu.
Może też łyżka dziegciu włożona przez Mayes w przysłowiową beczkę miodu też wpłynęła na mój odbiór książki. Mimo, że, co muszę przyznać, ta kobieta nigdy nie narzeka na nową, zastaną i przez wieki wypracowaną rzeczywistość,w której pomieszkuje przez około sześć miesięcy każdego roku, to tym razem odrobinę się poskarżyła. Muszę przyznać, że pisząc na temat bezpieczeństwa a raczej kwestii jego braku autorka skrytykowała raczej swoją "starą" ojczyznę, ale i w tej "nowej" miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, która zburzyła jej poczucie dotychczasowego spokoju. Tu chyba do głosu doszły jednak różnice kulturowe, a raczej sposób pojmowania demokracji przez osobę wychowaną w kraju jakby nie było, w którym to pojęcie się narodziło a Włochów. Mayes nauczona demokracji w Stanach wzięła udział w pewnym przedsięwzięciu, działanie z ankietą w pewnej sprawie, co spowodowało jak się okazało potem efekty negatywne w postaci ni mniej ni więcej a próby zastraszenia jej przy pomocy podrzucenia jej pod dom granatu. Pal sześć, że okazał się on nie stwarzający zagrożenia. Efekt przerażenia i poczucia utraty spokoju i bezpieczeństwa udało się komuś wywołać. Według mnie ciekawe jest natomiast to, co dzieje się potem, reakcje ludzi zarówno wtedy, kiedy Mayes usiłowała poprosić ludzi o podpisanie się w sprawie, o którą chciała walczyć jak i potem właśnie, po podrzuceniu jej i mężowi granatu. Niby wszystko jest OK, ludzie starają się ich pocieszyć, wesprzeć i niby sama autorka odczuwa całe wydarzenie jako to, które przypieczętowuje jej i męża "zagnieżdżenie się" w nowym miejscu, ale ja czytając odebrałam to zupełnie inaczej. Niech więc Mayes się cieszy dobrym samopoczuciem, w sumie co by jej dało stresowanie się? Ja jednak odbieram to odwrotnie niż ona. Mnie się wydaje, że cała ta sytuacja ukazała w bardzo jaskrawy sposób, jak jednak zawsze będą oni "obcy" w lokalnej społeczności. Niekoniecznie dlatego, że są wychowani w innej kulturze i jednak na pewne sprawy patrzą inaczej. Po prostu, nigdy nie uda się im się zintegrować w stu procentach.
No, ale może to i dobrze, że oprócz tego słodkiego autora przedstawia trochę gorzkich smaków, czyż w końcu nie jest tak, że i z tego i z tego składa się życie?
Tym, którzy oczekują od niej opisów smakowitych uczt w gronie przyjaciół na pewno tego w lekturze nie zabraknie, prócz wiele smakowicie brzmiących przepisów kulinarnych, jakie zamieściła w książce. Ponadto kuszące naśladownictwem opisy słodkiego nic nie robienia i po prostu cieszenia się życiem. Cieszenia się codziennością, co tak we Włochach fascynuje Frances Mayes i to urocze poczucie "nic nie muszenia" , którego ona Włochom zazdrości.
Niemniej jednak po moich odczuciach niepewności po lekturze dumam wciąż czy w ogóle rozważać zapoznanie się z dla odmiany kolejną częścią toskańskich opowieści innego autora tam żyjącego, a mianowicie Ferenca Mate i jego "Mądrośćią Toskanii" zapowiadaną przez to samo wydawnictwo już na szóstego lipca.
Jeszcze nie wiem.
A moja ocena książki recenzowanej to 4 / 6.
