„Czerwony rower”. Antonina Kozłowska.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2009).

Na wstępie, szkoda, że nie udało mi się znaleźć jakiejś porządnej informacji biograficznej na temat samej autorki. Albo nie umiem szukać, albo dostępna na portalu społecznościowym jest jedyna, jaką udało mi się znaleźć, szkoda. Na stronie wydawnictwa http://www.otwarte.eu udało mi się nawet znaleźć informację na temat bloga na blox, który prowadzi autorka, niestety, jest to blog dostępny dla wybranych, a więc mój "kontakt" z autorką ograniczy się jedynie do jej książki. Szkoda, chętnie zostawiłabym u niej na blogu komentarz po lekturze książki, uwielbiam bowiem "żywy" kontakt z autorem, szczególnie, kiedy książka mi się spodoba. Nie ma chyba nic bardziej miłego dla czytającego oczywiście, niż odzew ze strony autora, do którego pisze zadowolony czytelnik.

Po tym długim wstępie przechodzę do swojej opinii o samej książce "Czerwony rower".

Jak zapewne pamiętacie, bardzo niedawno czytałam "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanek, do której to jak słyszałam, niektórzy lubią porównywać "Czerwony rower".
Według mnie jest to niesłuszne. Owszem, Kozłowska pokusiła się o napisanie książki o czterech przyjaciółkach, których dzieciństwo przypadło na siermiężne lata późnego PRL-u, ale właściwie na tym według mnie podobieństwa się kończą. O ile Plebanek stworzyła jakby nie było budujący obraz czterech dziewczynek, z których wyrastają cztery niezależne i silne kobiety, zawsze jednak mogące na siebie wzajemnie liczyć i wspierające się, tak Kozłowska pozbawia nas złudzeń. Po pierwsze, to ona jasno daje nam do zrozumienia, że nie ma nic bardziej nieprzewidywalnego , jak dorastająca dziewczyna, nastolatka. I to właściwie w każdym czasie, bez względu na sytuację materialną i historyczną. Po drugie, pozbawia nas złudzeń co do wspólnoty owych dorastających dziewczyn stających się kobietami. Nie będą się one wspierały. Ich relacje mogą zdawać się im samym przyjaźnią, są jednak jakby nie było, nieustającą rywalizacją, w której w pewnej chwili zostają złamane wszystkie reguły i panuje zasada mówiąca, że "wszystkie chwyty dozwolone". Brzmi dość okropnie, ale niestety, myślę, że właściwie to Kozłowska trafniej zanalizowała dojrzewające dziewczyny.
Trochę przeszkadzał mi stereotyp, jak zastosowała autorka, a mianowicie przedstawienie postaci Beaty jako tej, której finansowo wiodło się najlepiej, którą stać było na najbardziej wypasione ubrania nabyte na ciuchach w Rembertowie, za to oczywiście zrazu więc ze spaczonym charakterem i najgorszej z całej grupy. Zresztą, kto wie. Może coś jest na rzeczy. Jak patrzę wstecz, to faktycznie te bogatsze dziewczyny z podstawówki patrzyły z góry na te mniej zamożne i stanowiły silną grupę, która rządziła. Może więc Kozłowska wcale tak znowuż się nie myli? Ot, do przemyślenia.
Podobał mi się element tajemnicy z przeszłości, zasupłanej niedobrej historii, którą rozsupłujemy z biegiem lektury wraz ze zdradzającą nam coraz więcej szczegółów autorką. Podobał mi się podwójnie, raz, że w jakiś sposób stanowił on element lekko kryminalny w tej obyczajowej jakby nie było historii, dwa, że dawał silnego kopa do przemyśleń na temat dorastania i tego, jak dobrym bądź złym człowiekiem można wtedy być.
Ogromnie spodobało mi się też stwierdzenie, jakie serwuje nam autorka na stronie 170, a mianowicie, żadna z bohaterek nie wróciłaby nigdy do okresu dojrzewania. To, jak opisuje ona życie człowieka w tym wieku, to, jak się wtedy czuje, jak źle jest być umiejscowionym w najniższym miejscu hierarchii  klasy i szkoły, jak szybko dorośli zapominają to, że ten wiek to nie tylko beztroska i słodkie chwile, ale i drwiny rówieśników, poczucie odrzucenia, z którym nie można sobie poradzić, jak również to potworne uczucie balansowania pomiędzy dzieckiem a dorosłym, które potrafi pchać do najgorszego. Jak również, jak wiele złego może się dziać, kiedy takim młodym człowiekiem kieruje lęk. I jak wiele zła można wyrządzić zarówno komuś jak i samemu sobie.

Co wspólne dla książek Kozłowskiej i Plebanek, to praktyczna nieobecność w życiu dorastających dziewczyn ich rodziców. Ich obecność ogranicza się do reagowania tylko i wyłącznie wtedy, kiedy na wywiadówce dowiedzieć się przyszło o gorszych ocenach pociechy i które to wieści powodują jedynie szlaban na wyjścia z koleżankami. Rodzice dziewczyn są im właściwie obcy a w świat wprowadzają z lepszym bądź gorszym skutkiem równolatki. Czy coś zmieniło się w obecnych czasach? Śmiem wątpić. A skutki są widoczne, tak sądzę.

Na zakończenie, co bardzo mi się jeszcze podobało w "Czerwonym rowerze" to fakt tytułów poszczególnych rozdziałów, które są na przemian tytułami od imion poszczególnych bohaterek książki jak tytułami największych przebojów tamtych lat, w których przyszło dorastać dziewczynom.
Aż prosiło się zrobić coś w rodzaju soundtracku i dołożyć płytę cd do książki z tymi właśnie piosenkami, które, jestem przekonana, niejednej czytelniczce przyniosłaby jakieś wspomnienia z jej własnych lat dojrzewania i stawania się kobietą.

Podsumowując, mnie się ta książka bardzo podobała, nie mogłam się od niej oderwać.
Moja zaś ocena jej to 5 / 6.