„Sherlock Holmes”. Reż. Guy Ritchie.

Sherlock Holmes w wersji zupełnie innej, niż możemy sobie wyobrazić. Ba, w wersji mocno awanturniczej. I wiecie co? Podoba mi się;) Podoba mi się , że Ritchie pokusił się o odbrązowienie nieco tej ikony, jaką stworzono z postaci (jakby nie było, wymyślonej przez Conan Doyle’a). Myślę, że w tym przypadku było sporo zarówno zwolenników takiego zabiegu, jak i przeciwników. Ja podejrzewałam się o niechęć, kiedy jakiś czas temu czytałam opinie na temat tego filmu ale miałam okazję skonfrontowania tychże opinii z tym, co zobaczyłam i co…podobało mi się ogromnie ku mojemu miłemu zaskoczeniu.
Trzeba przyznać, że role zarówno Holmesa (w niej Robert Downey Jr) jak i doktora Watsona (Jude Law) obsadzone świetnie i zagrane, oczywiście według mnie, rewelacyjnie. Holmes niewymuskany a wręcz przeciwnie , często jakby zbyt mocno wymięty i zarośnięty, za to jak zwykle piekielnie inteligentny, ale tu oprócz seksownego umysłu dochodzi jeszcze biegłość w sztukach walki, o czym bowiem często czytelnicy mogą nie pamiętać, ale Holmes uprawiał też boks.
Doktor Watson oddany, ale nie służalczy jak pies, co doceniam, bo w książkach często jakoś tak jego rolę postrzegałam, dający sobie zdecydowanie margines wolności i przyzwolenie na swoje własne życie osobiste.
Do tego intryga kryminalna z tajemną sektą i polityką w tle, ciekawe ujęcia, szczególnie scen walk, fajne ujęcia ponurego dziewiętnastowiecznego Londynu i mamy przepis na fajny film przygodowo-awanturniczy.
Co zawsze podkreślam, to moja opinia i naprawdę nie mam problemu z tym, że komuś się nie podobał, toteż nie zamierzam nikogo do filmu na siłę przekonywać, ja natomiast świetnie się na nim ubawiłam , co się mi obecnie zdecydowanie przydało, miałam bowiem chęć na coś odmóżdżającego, totalnie na luzie , nie zaś na kino moralnego niepokoju czy inne tego typu wynalazki.
Moja ocena to 5 / 6.

A tu link o jednym z dwóch najsłynniejszych detektywów.

„Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach”. Fabienne Verdier.



Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2007).
Przełożyła Krystyna Arustowicz. Tytuł oryginału Passagere du silence. Dix ans d’initiation en Chine.

Wydana w serii Terra Incognita co samo w sobie zapewnia dobrą lekturę „Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach” okazała się być lekturą interesującą dla mnie nie tylko ze względu na współczesne Chiny, w których dzieje się akcja książki (autorka trafia do Chin w roku 1983), ale również ze względu na samą postać nietuzinkowej na pewno osoby jaką jest artystka malarka, Fabienne Verdier. Szczęśliwcy mieszkający w Paryżu mieli okazję w zeszłym roku obejrzeć jedną z jej wystaw i powiem szczerze, że po lekturze tej książki faktycznie im tej możliwości zazdroszczę, bowiem chętnie uzupełniłabym swoje odczucia po lekturze o możliwość podziwiania jej twórczości właśnie.

Przyznam się, że sięgnęłam po książkę głównie ze względu na tematykę Chin w tle, możliwość poznania czyichś spostrzeżeń na temat nie pobytu tam turystycznego czy podróżniczego, ale dłuższego życia tamże. I nagle okazało się, że zainteresowała mnie sama postać autorki. Z książki bowiem wyłania się postać bardzo wrażliwej osoby, którą życie niestety, nie rozpieszcza, ale która upada i podnosi się wciąż i na nowo. Być może to charakterystyka prawdziwego artysty, który posiada ten niezwykły rodzaj wrażliwości pozwalający na postrzeganie świata w sposób jednak odmienny niż postrzega go reszta świata ale również w życie którego wpisane są wzloty i upadki.
Przyznaję, że największym plusem jest fakt nie przegadania autorki. Myślę, że dziesięć lat spędzonych w Chinach pozwoliło jej na zrozumienie jednego. Nie trzeba wyrzucać z siebie miliona słów, aby powiedzieć coś ważnego. Ja osobiście widzę właśnie na tym polu największe różnice między Wschodem i Zachodem, w którym przecież sama wzrastam. A mianowicie Wschód jest oszczędny w słowach i obrazach. Nie musi epatować nadmiarem aby oddać Istotę. Podejrzewam, że być może ostatnio dlatego nie ciągnie mnie do długich tekstów. Nie interesują mnie. Wolę oddanie czegoś w sposób być może dla niektórych lakoniczny.
Jak więc wspomniałam, bałam się, że autorka, jako artystka, być może będzie miała potrzebę obrzucenia mnie słowami a uniknęła tego. W jej wspomnieniach z pobytu w Chinach dostrzegłam umiar, spokój i wyciszenie. Nawet wtedy, kiedy pisała o okropnościach, jakich doświadczyła. Podejrzewam, że ów spokój, potrzebę ciszy nosiła ona w sobie od zawsze, skoro wybrała pobyt w tym miejscu w tak nieciekawych czasach i koszmarnych wręcz jak dla przeciętnej osoby warunkach. Pobyt w Chinach, możliwość poznania tamtejszej sztuki a przede wszystkim to, czym zajęła się przez te dziesięć lat a mianowicie zgłębianie sztuki kaligrafii na pewno podkreślił w niej cechy skromności, wyciszenia się, nie oczekiwania od życia nadmiaru. Z opisu w książce widać osobę, która nie wynosi się nad innych, szanuje każdego, jest otwarta na to, co inne,  umie dostosować się do najcięższych warunków, nie ma pretensji do świata o to czy owo. Jednym słowem , jak dla mnie obraz ciekawej osoby.
Podejrzewam, że niektórzy nie byliby w stanie jej zrozumieć. Pewne opisy są dość depresyjne, autorka sama zresztą parokrotnie podkreślała, że wpadała w stany depresyjne. Ja jednak nie odebrałam tego jako minus, muszę wręcz napisać, że zupełnie inaczej odbieram osoby , które umieją przyznać się do swoich gorszych chwil, dni, momentów, grzeszków. Nieufność moją od zawsze budziły tak zwane chodzące ideały. Trzymam się od takich z dala. Nie moja to bajka.

Autorka żyje obecnie we Francji, jak sama stwierdza, „Aby się lepiej skupić w sobie odizolowałam się od świata”.

Myślę, że to interesująca książka dla kogoś, kto chce poznać czyjeś spojrzenie na świat, ale również dla osób zainteresowanych sztuką jak i współczesnym światem.

Moja ocena to 5 / 6.