„Szwaczka”. Frances de Pontes Peebles.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010).
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska.
Tytuł oryginału The Seamstress.

Po paru książkowych nieudanych zbytnio lekturach bądź takich, których już nie będę próbowała (usiłowałam powrócić do "Hakawati" i poddaję się, nie dam rady, nie pojmuję zachwytu nad tą książką, dobrnęłam do połowy, zarzuciłam, próbowałam podjąć lekturę i nic , a szkoda mi czasu na coś, co zdecydowanie nie idzie) udało mi się wreszcie dobrać wspaniałą lekturę. Taką, która wciągnęła mnie zupełnie i która na chwilę pozwalała oderwać się od rzeczywistości.

O dziwo, nawet jej objętość mnie nie zniechęciła. A jak chyba już pisałam od pewnego czasu mam jakąś niechęć do dłuższych tekstów. Nie jestem w stanie skupić się na książce objętościowo ceglanej. "Szwaczka" ma ponad 600 stron, ale , co już podkreśliłam, o dziwo, nie stanowiło to dla mnie problemu. Tak mnie wciągnęła treść, że ani się obejrzałam a już ją kończyłam.

Akcja książki, co było dla mnie dodatkową zaletą, dzieje się w Brazylii. Co prawda nie tej najbardziej współczesnej a przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, ale zawsze to interesująca mnie Brazylia.

To opowieść z cyklu, które lubię, czyli opowieść o dwóch siostrach.
Co typowe dla tego typu opowieści, mających zupełnie różne charaktery i podejście do życia, ale połączonych silnym
uczuciem i więzią, której nie potrafi zniszczyć ani inny człowiek ani
zły los.

Owe dwie siostry mieszkają w brazylijskim interiorze, który staje się tłem dla początku historii, w której poznajemy je, wychowywane przez ciotkę, szwaczkę, która obie bratanice uczy właśnie tego fachu. Jedna z sióstr, Luzia, ma zniekształconą rękę po upadku w dzieciństwie. Jest tą "dziką", która robi to co chce i mówi to co myśli. Emilia jest nie tyle łagodniejsza, co raczej łatwiej przystosowuje się do rozmaitych sytuacji. Ma też jasny plan, chce wyrwać się z interioru i trafić kiedyś do miasta, w którym, jak wydaje jej się po lekturze kolorowych pism dla pań, wiedzie się zupełnie inne, lepsze życie. O tym, jak bardzo się myli, przekona się kiedy do owego miasta trafi za mężem z tak zwanego dobrego domu, który przywiezie ją do swego rodzinnego domu po zaginięciu jej siostry.
Luzia bowiem zostaje porwana przez przywódcę nie trzymających się prawa cangaceiros. Jastrząb uprowadza ją z rodzinnego domu, czym na zawsze zmienia jej życie i w jakiś sposób uświadamia jej to, co siedzi w mrokach duszy i głębi Luzii.
Życie żadnej z sióstr nie będzie lekkie. Los rozdzieli je i sprawi, że w pewnej chwili staną nawet w pewien sposób naprzeciw siebie. Niemniej jednak każda z nich instynktownie i przez wiele lat prowadzić będzie poszukiwania słabych nawet śladów informacji na temat "tej drugiej" i darzyć się będą wzajemnie uczuciem mimo ironii losu, który ironicznie je potraktował rozdzielając je.
To opowieść po części rodzinna, przygodowa, bowiem życie sióstr nie będzie nudne, ale też opowieść o skrywanych tajemnicach i błędach. Jak również o tym, że musimy brać na siebie konsekwencje własnych decyzji, czy nam się to podoba czy nie.

Muszę powiedzieć, że ogromnie podoba mi się okładka książki i pomysł "wyszycia" tytułu nicią (oczywiście graficzną, ale bardzo realistycznie wyglądającą) , co nawiązuje w sposób oczywisty do tytułu i tematyki książki.

Moja ocena to 5.5 / 6.

doczekałam się wreszcie…

…tej przesyłki od Obiezy_swiatki. Wczoraj w skrzynce zastałam bowiem awizo na przesyłkę wysłaną 28 maja. Powtórne oryginalne, bowiem nie było tego pierwszego. Napisałabym "nieważne", gdyby nie to, że nie, że właśnie, że ważne. Że wrócił się bałagan z pp, o którym na tym blogu pisałam nie raz i nie dwa (nawet chciał mnie jeden dziennikarz cytować w swoim artykule, o co się mnie uprzejmie spytał swego czasu), o na przykład tu. No więc wróciła się praktycznie sytuacja sprzed dwóch lat, kiedy nastąpiło apogeum bałaganu (chociaż nie wiem, czy mogę tak to określić, bowiem praktycznie sytuacja w miarę dobra była jedynie przez rok, więc nie wiem, czy takie coś może miewać apogeum, skoro wciąż jest kiepskie).
Tak czy siak, i tak się cieszę, że doszła przesyłka, którą odebrałam tego samego dnia, bo wiem, że jakbym zwlekała, to za chwilę ukochana instytucja odesłałaby ją do nadawcy. Tiaaa…
Doszły więc ciepłe skarpety na zimę (dzięki;) ale i tak mam nadzieję, że nie będzie trzeba z nich korzystać), jak również pocztówki z Trewiru, Clervaux i Luxemburga, za które również dziękuję.