…dzieje się na naszych oczach. Dawniej komary bzyczały, kiedy się przy człowieku kręciły. Co owocowało mordem osobników z mniejszym refleksem i uniknięciem ugryzienia. Niestety, od jakiegoś czasu, może od dwóch lat zauważyłam, że komary pojawiają się bezszelestnie, bez szmeru (a raczej bzyku). Dzisiejsze rzucały się na nas koszmarnie. Ja wróciłam z opuchniętą twarzą i wyglądem średnio nażartego chomika, udziabały mnie bowiem po dwóch stronach twarzy, można rzec, symetrycznie. P. podziabały równo po łapach. Ich wampirze zapędy zrozumiałam, kiedy wieczorem rozpętała się nad nami kolejna nawałnica. Pierwszą mieliśmy wczoraj, o podobnej mniej więcej porze. W pewnej chwili nie widzieliśmy już wiele patrząc od strony balkonu, taka była ściana wody. Dzisiaj było gorzej. Grzmiało i waliło równo, a woda waliła dalej. I pomyśleć, że przed burzą siedzieliśmy na balkonie, ja czytałam a P. prognozował, czy i kiedy burza nadejdzie. Już wydawało się, że burza nas ominie, skierowała się na Konstancin, ale zawróciło ją i zaczęło się. Okropność.
I pomyśleć, że przez pierwsze trzy lata, jak tu mieszkaliśmy nie było ani jednej burzy. Zapomniałam wtedy, jak takie coś wygląda. Zresztą, burze też ewoluują. Kiedyś to była po prostu burza, która nadciągała, postraszyła przez kwadrans, no, może dwadzieścia minut, i odchodziła. Te obecne nawałnice nie dość, że silniejsze, to jeszcze trwają o wiele dłużej.
