filmowo

Przypomniałam sobie o stronie

http://www.iplex.pl/

(niestety, z tego co się orientuję jest dostępna tylko dla osób z terytorium Polski), na której można oglądać wiele filmów bez jakichkolwiek opłat i tak oto w niedawnym czasie obejrzałam trzy zupełnie inne od siebie , różne a jednak interesujące mnie, filmy, jak "Lektor" w reżyserii Stephena Daldry, "Przyjeżdża orkiestra" w reżyserii Erana Kolirina i "Wycieczkowicze" w reżyserii Jiri’ego Vejdelek’a.
"Lektor" ciekawił mnie z tego względu, że przecież wrażenie zrobiła na mnie książka na podstawie której powstał film, o której pisałam w tym wpisie i byłam zainteresowana, jak też wyszła ekranizacja. Według mnie , bardzo przyzwoicie. Szczególnie świetna gra jednej z moich ulubionych autorek czyli Kate Winslet. Podobała mi się ta opowieść o pamiętaniu lub też nie tego, co zrobiliśmy w życiu. Ciekawe jest zestawienie byłej więźniarki obozu koncentracyjnego i jej zamazanie w pamięci tego, co złe robiła a to, jak zawsze pamiętał ją sam jej były kochanek, jak nie mógł zapomnieć jaki wpływ na niego i jego życie odcisnęła ta kobieta.

"Przyjeżdża orkiestra" to moim zdaniem jedna z tych "perełek" filmowych, które nigdy nie trafią do szerszego grona widzów, odbiorców, zapewne głównie z powodu nieposiadania przez twórców olbrzymiego budżetu, którą można przeznaczyć na promocję pokroju amerykańskich hiciorów. Zawsze jest mi trochę żal i tych twórców i samych filmów, obrazów, które ja wyłuskuję, jak zielony błyszczący groszek ze strąków i cieszę się ogromnie ich odbiorem.
Ten film dzieje się na jednym z osiedli żydowskich w Izraelu. Zadupiu, jak wprost określa je jeden z zamieszkujących je Żydów. Zadupiu, na które trafia Aleksandryjska Orkiestra Reprezentacyjna Policji. Trafia, nie łudźmy się zupełnie przypadkiem. Nie, żeby jej członkowie nieśli kaganek oświaty czy mieli misję łączenia dwóch historycznie niekoniecznie uwielbiających się narodów, nie nie. Orkiestra trafia tam na skutek pomyłki i pięknych oczu pewnej pani na lotnisku. I aby dotrwać do rana, kiedy ktoś ich z owego zadupia zabierze, musi spędzić tam noc ugoszczona przez lokalnych mieszkańców.
Wiem, wiem, jakich zarzutów można spodziewać się ze strony niektórych krytyków filmowych. Film jest naiwny, być może nawet przesłodzony, bowiem owi lokalni mieszkańcy zamiast sprać na kwaśne jabłko przedstawicieli nacji, z którą ich władze się nie lubią, goszczą ich może nie chlebem i solą, ale solidnym posiłkiem, noclegiem, możliwością rozmowy. Mnie się ten film spodobał właśnie dlatego, że reżyser mając do wyboru dwie drogi, podkreślenie różnic, barier i odwrotnie, pokazanie podobieństw między ludźmi, postawił na to drugie. Owszem, poznajemy prawdę znaną nam, nie, żeby nagle ktoś odsłonił przed nami nieznane fakty, ale jest to przedstawione w ciepły, pozytywny sposób. Ludzie, pod każdą szerokością geograficzną jak świat światem pragną tych samych rzeczy. Chcą być kochani, chcą kogoś kochać, chcą się realizować w życiu czy pracy, chcą mieć przyjaciół i dzieci. Chcą mieć swoje miejsce na ziemi i czyż nie jest tak?, potwornie boją się samotności!
Niejedna osoba ma swój własny , niedokończony koncert, tak, jak miał to jeden z bohaterów.

"Wycieczkowicze" to kolejna ekranizacja, tym razem książki Czecha, o którym zwykłam mawiać, że jego proza jest nierówna. A mówię tu o książce, którą opisywałam tu właśnie. Zabawne, prawie równo rok temu. I tym razem uważam, że ekranizacja całkiem udana, może jakieś jedno czy dwa potknięcia, ale jak na to, jak szalona to była proza , uważam, że jej sfilmowanie udało się reżyserowi całkiem całkiem. Szczególnie podobała mi się gra Anny Polivkovej, nawiasem mówiąc, tak podobnej do koleżanki z przeszłości, że właściwie uznałam, że to ona ją zagrała.
Spora dawka czeskiego humoru, który lubię, widoki kurortu i beztroski wakacyjnej, to złożyło się na przyjemne patrzadło na czas letni właśnie.

Moje oceny filmów są takie:

"Lektor" 5 / 6.

"Przyjeżdża orkiestra" 5.5 / 6.

"Wycieczkowicze" 5 / 6.

I na zakończenie tego wpisu, bo czyż większość koncertów nie kończy się właśnie w ten sposób?

>

„Nadepnęłam na węża”. Hiromi Kawakami.

Wydana w Wydawnictwie Karakter. Kraków (2010).
Z japońskiego przełożyła Barbara Słomka.
Tytułu oryginału Hebi o fumu.

Coś zupełnie nowego w prozie japońskiej wydane przez wydawnictwo, które też dla mnie jest nowością. Trudno było nie skusić się na coś z Japonii, co dodatkowo, spodobało się a to, nie muszę dodawać-cieszy.

"Nadepnęłam na węża" autorstwa Hiromi Kawakami to zbiór trzech niezwykłych opowiadań. Niezwykłych, bo przesiąkniętych magicznym wręcz klimatem, trochę jakby fantasy, trochę magii, trochę niedopowiedzenia. Gęsty to klimat, taki, w którym wydaja nam się, że sami poruszamy się aż wśród czytanych słów i opowieści a mimo to zachowana jest owa niezwykła wstrzemięźliwość Wschodu, którą ostatnio się zachwycałam. Czy to możliwe? Ależ tak. Myślę, że jest to wynik zarówno samego stylu autorki jak również bardzo dobrego tłumaczenia pani tłumacz, która posługując się ładną polszczyzną oddała oniryczny, przepełniony metaforami klimat książki.

Lubię książki, w których jest właśnie wszystko możliwe, w której coś co opisuje autorka zdawać się może być czymś zupełnie innym w jakiejś innej rzeczywistości, w jakimś innym magicznym świecie. I tak naprawdę w pewnej chwili nie wydaje się nam niemożliwe to, że po nadepnięciu na węża główna bohaterka znajduje owego węża u siebie w domu przemienionego w kobietę a na noc wracającego do postaci węża. Rozmawiającego z nią, szykującego jej smakowite kolacje po jej przyjściu z pracy i twierdzącego, że jej jej własną matką, co jest oczywistą nieprawdą. Nigdy nie nadepnęliście na węża? Nigdy nie wrócił się on do was aby kusić do zmian?

W drugim opowiadaniu autorce udaje się stworzyć niezwykły klimat poczucia odchodzenia, straty, która może być zarówno śmiercią kogoś jak i również po prostu niezwykłym zbiegiem okoliczności i po prostu znikaniem danej osoby w sposób niewyjaśniony.

Trzecie opowiadanie, najdłuższe w książce, to najbardziej przesiąknięta oniryzmem opowieść o trafieniu przez bohatera do jakiegoś innego świata, pełnego sprzeczności , niemożliwości, a jednocześnie, co czujemy, wcale nie niemożliwego do zaistnienia, jakby podskórnego. Każdy z nas może mieć taki własny oniryczny świat. Czasem poznajemy go podczas snu, kiedy możemy do niego chociaż na chwilę wstąpić. Niektórzy dążą do niego stosując inne sposoby.

Język opowiadań zdał mi się niezwykle plastyczny, wręcz marzyłoby się poznać jakiś ciekawy obraz na podstawie słów, ale jak to ze słowami i ich ekranizacją bywa, mogłoby nastąpić stracenie tego czegoś nie do końca dającego się określić, nazwać i utrata tego niezwykłego klimatu, jaki towarzyszy właśnie opowieściom.

Moja ocena książki to 5 / 6.

„Codzienność w Toskanii”. Frances Mayes.


Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Agnieszka Barbara Kwiatkowska.
Tytuł oryginału Every day in Tuscany.

Heh, trochę się zawiodłam. Sięgnęłam specjalnie, żeby się odprężyć, tym bardziej, że jak wiedzą ci, którzy dłużej czytają mój blog, akurat książki Frances Mayes te do tej pory u nas wydane mi się podobały a jakoś tak nie do końca się zachwycam. Odnoszę wrażenie, jakby autorka powoli zaczęła odcinać kupony od tego, co do tej pory spod jej pióra na temat jej życia w Toskanii wyszło. Z tym, że pewne rzeczy stają się już nieco powtarzalne i chyba nużą, przynajmniej mnie. A może to jakiś rodzaj przesytu, sama nie wiem. Z tym, że chyba też nie do końca, bo przecież "Rzymskie dolce vita" mi się podobało. Ale to chyba ze względu na postać autorki, która w jakiś sposób mnie zainteresowała, szczególnie jej chęć zmian a także niepoddawanie się przeciwnościom losu.

Może też łyżka dziegciu włożona przez Mayes w przysłowiową beczkę miodu też wpłynęła na mój odbiór książki. Mimo, że, co muszę przyznać, ta kobieta nigdy nie narzeka na nową, zastaną i przez wieki wypracowaną rzeczywistość,w której pomieszkuje przez około sześć miesięcy każdego roku, to tym razem odrobinę się poskarżyła. Muszę przyznać, że pisząc na temat bezpieczeństwa a raczej kwestii jego braku autorka skrytykowała raczej swoją "starą" ojczyznę, ale i w tej "nowej" miała miejsce nieprzyjemna sytuacja, która zburzyła jej poczucie dotychczasowego spokoju. Tu chyba do głosu doszły jednak różnice kulturowe, a raczej sposób pojmowania demokracji przez osobę wychowaną w kraju jakby nie było, w którym to pojęcie się narodziło a Włochów. Mayes nauczona demokracji w Stanach wzięła udział w pewnym przedsięwzięciu, działanie z ankietą w pewnej sprawie, co spowodowało jak się okazało potem efekty negatywne w postaci ni mniej ni więcej a próby zastraszenia jej przy pomocy podrzucenia jej pod dom granatu. Pal sześć, że okazał się on nie stwarzający zagrożenia. Efekt przerażenia i poczucia utraty spokoju i bezpieczeństwa udało się komuś wywołać. Według mnie ciekawe jest natomiast to, co dzieje się potem, reakcje ludzi zarówno wtedy, kiedy Mayes usiłowała poprosić ludzi o podpisanie się w sprawie, o którą chciała walczyć jak i potem właśnie, po podrzuceniu jej i mężowi granatu. Niby wszystko jest OK, ludzie starają się ich pocieszyć, wesprzeć i niby sama autorka odczuwa całe wydarzenie jako to, które przypieczętowuje jej i męża "zagnieżdżenie się" w nowym miejscu, ale ja czytając odebrałam to zupełnie inaczej. Niech więc Mayes się cieszy dobrym samopoczuciem, w sumie co by jej dało stresowanie się? Ja jednak odbieram to odwrotnie niż ona. Mnie się wydaje, że cała ta sytuacja ukazała w bardzo jaskrawy sposób, jak jednak zawsze będą oni "obcy" w lokalnej społeczności. Niekoniecznie dlatego, że są wychowani w innej kulturze i jednak na pewne sprawy patrzą inaczej. Po prostu, nigdy nie uda się im się zintegrować w stu procentach.
No, ale może to i dobrze, że oprócz tego słodkiego autora przedstawia trochę gorzkich smaków, czyż w końcu nie jest tak, że i z tego i z tego składa się życie?
Tym, którzy oczekują od niej opisów smakowitych uczt w gronie przyjaciół na pewno tego w lekturze nie zabraknie, prócz wiele smakowicie brzmiących przepisów kulinarnych, jakie zamieściła w książce. Ponadto kuszące naśladownictwem opisy słodkiego nic nie robienia i po prostu cieszenia się życiem. Cieszenia się codziennością, co tak we Włochach fascynuje Frances Mayes i to urocze poczucie "nic nie muszenia" , którego ona Włochom zazdrości.
Niemniej jednak po moich odczuciach niepewności po lekturze dumam wciąż czy w ogóle rozważać zapoznanie się z dla odmiany kolejną częścią toskańskich opowieści innego autora tam żyjącego, a mianowicie Ferenca Mate i jego "Mądrośćią Toskanii" zapowiadaną przez to samo wydawnictwo już na szóstego lipca.
Jeszcze nie wiem.

A moja ocena książki recenzowanej to 4 / 6.

Stambuł, zięba…

…ciepłe życzenia. Takie to oto kartki wczoraj w skrzynce się znalazły. Od przyjaciółki z dalekiego kraju życzenia na poprawę nastroju. Miły gest bardzo.
Od Una invitada kartka z ni mniej ni więcej a z ziębą w fotogenicznym ujęciu podczas trelu;) autorstwa znanych Kłosowskich nadana z Białowieży. Bardzo dziękuję za pamięć i cieszę się, że miałaś okazję wybrać się z ornitologiem na podglądanie poranne ptaków, co samo w sobie musi być doświadczeniem niezwykle miłym (poza porą wstania, hehe;)).
No i Hagia Sofia, kartka oczywiście ze Stambułu wysłana, podejrzewam, od kogo, ale stu procent pewności nie mam, ale i tak dziękuję baaardzo;)
Z Turcji właściwie nie mam za wiele pocztówek, parę chyba, o ile dobrze pamiętam, już nie mówię o Stambule właśnie, ale nawet z kurortów nie mam, widać znajomi akurat ten kierunek omijają.
Za pamięć i kartki jak zwykle pięknie Wam dziękuję.

„Czerwony rower”. Antonina Kozłowska.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2009).

Na wstępie, szkoda, że nie udało mi się znaleźć jakiejś porządnej informacji biograficznej na temat samej autorki. Albo nie umiem szukać, albo dostępna na portalu społecznościowym jest jedyna, jaką udało mi się znaleźć, szkoda. Na stronie wydawnictwa http://www.otwarte.eu udało mi się nawet znaleźć informację na temat bloga na blox, który prowadzi autorka, niestety, jest to blog dostępny dla wybranych, a więc mój "kontakt" z autorką ograniczy się jedynie do jej książki. Szkoda, chętnie zostawiłabym u niej na blogu komentarz po lekturze książki, uwielbiam bowiem "żywy" kontakt z autorem, szczególnie, kiedy książka mi się spodoba. Nie ma chyba nic bardziej miłego dla czytającego oczywiście, niż odzew ze strony autora, do którego pisze zadowolony czytelnik.

Po tym długim wstępie przechodzę do swojej opinii o samej książce "Czerwony rower".

Jak zapewne pamiętacie, bardzo niedawno czytałam "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanek, do której to jak słyszałam, niektórzy lubią porównywać "Czerwony rower".
Według mnie jest to niesłuszne. Owszem, Kozłowska pokusiła się o napisanie książki o czterech przyjaciółkach, których dzieciństwo przypadło na siermiężne lata późnego PRL-u, ale właściwie na tym według mnie podobieństwa się kończą. O ile Plebanek stworzyła jakby nie było budujący obraz czterech dziewczynek, z których wyrastają cztery niezależne i silne kobiety, zawsze jednak mogące na siebie wzajemnie liczyć i wspierające się, tak Kozłowska pozbawia nas złudzeń. Po pierwsze, to ona jasno daje nam do zrozumienia, że nie ma nic bardziej nieprzewidywalnego , jak dorastająca dziewczyna, nastolatka. I to właściwie w każdym czasie, bez względu na sytuację materialną i historyczną. Po drugie, pozbawia nas złudzeń co do wspólnoty owych dorastających dziewczyn stających się kobietami. Nie będą się one wspierały. Ich relacje mogą zdawać się im samym przyjaźnią, są jednak jakby nie było, nieustającą rywalizacją, w której w pewnej chwili zostają złamane wszystkie reguły i panuje zasada mówiąca, że "wszystkie chwyty dozwolone". Brzmi dość okropnie, ale niestety, myślę, że właściwie to Kozłowska trafniej zanalizowała dojrzewające dziewczyny.
Trochę przeszkadzał mi stereotyp, jak zastosowała autorka, a mianowicie przedstawienie postaci Beaty jako tej, której finansowo wiodło się najlepiej, którą stać było na najbardziej wypasione ubrania nabyte na ciuchach w Rembertowie, za to oczywiście zrazu więc ze spaczonym charakterem i najgorszej z całej grupy. Zresztą, kto wie. Może coś jest na rzeczy. Jak patrzę wstecz, to faktycznie te bogatsze dziewczyny z podstawówki patrzyły z góry na te mniej zamożne i stanowiły silną grupę, która rządziła. Może więc Kozłowska wcale tak znowuż się nie myli? Ot, do przemyślenia.
Podobał mi się element tajemnicy z przeszłości, zasupłanej niedobrej historii, którą rozsupłujemy z biegiem lektury wraz ze zdradzającą nam coraz więcej szczegółów autorką. Podobał mi się podwójnie, raz, że w jakiś sposób stanowił on element lekko kryminalny w tej obyczajowej jakby nie było historii, dwa, że dawał silnego kopa do przemyśleń na temat dorastania i tego, jak dobrym bądź złym człowiekiem można wtedy być.
Ogromnie spodobało mi się też stwierdzenie, jakie serwuje nam autorka na stronie 170, a mianowicie, żadna z bohaterek nie wróciłaby nigdy do okresu dojrzewania. To, jak opisuje ona życie człowieka w tym wieku, to, jak się wtedy czuje, jak źle jest być umiejscowionym w najniższym miejscu hierarchii  klasy i szkoły, jak szybko dorośli zapominają to, że ten wiek to nie tylko beztroska i słodkie chwile, ale i drwiny rówieśników, poczucie odrzucenia, z którym nie można sobie poradzić, jak również to potworne uczucie balansowania pomiędzy dzieckiem a dorosłym, które potrafi pchać do najgorszego. Jak również, jak wiele złego może się dziać, kiedy takim młodym człowiekiem kieruje lęk. I jak wiele zła można wyrządzić zarówno komuś jak i samemu sobie.

Co wspólne dla książek Kozłowskiej i Plebanek, to praktyczna nieobecność w życiu dorastających dziewczyn ich rodziców. Ich obecność ogranicza się do reagowania tylko i wyłącznie wtedy, kiedy na wywiadówce dowiedzieć się przyszło o gorszych ocenach pociechy i które to wieści powodują jedynie szlaban na wyjścia z koleżankami. Rodzice dziewczyn są im właściwie obcy a w świat wprowadzają z lepszym bądź gorszym skutkiem równolatki. Czy coś zmieniło się w obecnych czasach? Śmiem wątpić. A skutki są widoczne, tak sądzę.

Na zakończenie, co bardzo mi się jeszcze podobało w "Czerwonym rowerze" to fakt tytułów poszczególnych rozdziałów, które są na przemian tytułami od imion poszczególnych bohaterek książki jak tytułami największych przebojów tamtych lat, w których przyszło dorastać dziewczynom.
Aż prosiło się zrobić coś w rodzaju soundtracku i dołożyć płytę cd do książki z tymi właśnie piosenkami, które, jestem przekonana, niejednej czytelniczce przyniosłaby jakieś wspomnienia z jej własnych lat dojrzewania i stawania się kobietą.

Podsumowując, mnie się ta książka bardzo podobała, nie mogłam się od niej oderwać.
Moja zaś ocena jej to 5 / 6.

„Sherlock Holmes”. Reż. Guy Ritchie.

Sherlock Holmes w wersji zupełnie innej, niż możemy sobie wyobrazić. Ba, w wersji mocno awanturniczej. I wiecie co? Podoba mi się;) Podoba mi się , że Ritchie pokusił się o odbrązowienie nieco tej ikony, jaką stworzono z postaci (jakby nie było, wymyślonej przez Conan Doyle’a). Myślę, że w tym przypadku było sporo zarówno zwolenników takiego zabiegu, jak i przeciwników. Ja podejrzewałam się o niechęć, kiedy jakiś czas temu czytałam opinie na temat tego filmu ale miałam okazję skonfrontowania tychże opinii z tym, co zobaczyłam i co…podobało mi się ogromnie ku mojemu miłemu zaskoczeniu.
Trzeba przyznać, że role zarówno Holmesa (w niej Robert Downey Jr) jak i doktora Watsona (Jude Law) obsadzone świetnie i zagrane, oczywiście według mnie, rewelacyjnie. Holmes niewymuskany a wręcz przeciwnie , często jakby zbyt mocno wymięty i zarośnięty, za to jak zwykle piekielnie inteligentny, ale tu oprócz seksownego umysłu dochodzi jeszcze biegłość w sztukach walki, o czym bowiem często czytelnicy mogą nie pamiętać, ale Holmes uprawiał też boks.
Doktor Watson oddany, ale nie służalczy jak pies, co doceniam, bo w książkach często jakoś tak jego rolę postrzegałam, dający sobie zdecydowanie margines wolności i przyzwolenie na swoje własne życie osobiste.
Do tego intryga kryminalna z tajemną sektą i polityką w tle, ciekawe ujęcia, szczególnie scen walk, fajne ujęcia ponurego dziewiętnastowiecznego Londynu i mamy przepis na fajny film przygodowo-awanturniczy.
Co zawsze podkreślam, to moja opinia i naprawdę nie mam problemu z tym, że komuś się nie podobał, toteż nie zamierzam nikogo do filmu na siłę przekonywać, ja natomiast świetnie się na nim ubawiłam , co się mi obecnie zdecydowanie przydało, miałam bowiem chęć na coś odmóżdżającego, totalnie na luzie , nie zaś na kino moralnego niepokoju czy inne tego typu wynalazki.
Moja ocena to 5 / 6.

A tu link o jednym z dwóch najsłynniejszych detektywów.

„Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach”. Fabienne Verdier.



Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2007).
Przełożyła Krystyna Arustowicz. Tytuł oryginału Passagere du silence. Dix ans d’initiation en Chine.

Wydana w serii Terra Incognita co samo w sobie zapewnia dobrą lekturę „Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach” okazała się być lekturą interesującą dla mnie nie tylko ze względu na współczesne Chiny, w których dzieje się akcja książki (autorka trafia do Chin w roku 1983), ale również ze względu na samą postać nietuzinkowej na pewno osoby jaką jest artystka malarka, Fabienne Verdier. Szczęśliwcy mieszkający w Paryżu mieli okazję w zeszłym roku obejrzeć jedną z jej wystaw i powiem szczerze, że po lekturze tej książki faktycznie im tej możliwości zazdroszczę, bowiem chętnie uzupełniłabym swoje odczucia po lekturze o możliwość podziwiania jej twórczości właśnie.

Przyznam się, że sięgnęłam po książkę głównie ze względu na tematykę Chin w tle, możliwość poznania czyichś spostrzeżeń na temat nie pobytu tam turystycznego czy podróżniczego, ale dłuższego życia tamże. I nagle okazało się, że zainteresowała mnie sama postać autorki. Z książki bowiem wyłania się postać bardzo wrażliwej osoby, którą życie niestety, nie rozpieszcza, ale która upada i podnosi się wciąż i na nowo. Być może to charakterystyka prawdziwego artysty, który posiada ten niezwykły rodzaj wrażliwości pozwalający na postrzeganie świata w sposób jednak odmienny niż postrzega go reszta świata ale również w życie którego wpisane są wzloty i upadki.
Przyznaję, że największym plusem jest fakt nie przegadania autorki. Myślę, że dziesięć lat spędzonych w Chinach pozwoliło jej na zrozumienie jednego. Nie trzeba wyrzucać z siebie miliona słów, aby powiedzieć coś ważnego. Ja osobiście widzę właśnie na tym polu największe różnice między Wschodem i Zachodem, w którym przecież sama wzrastam. A mianowicie Wschód jest oszczędny w słowach i obrazach. Nie musi epatować nadmiarem aby oddać Istotę. Podejrzewam, że być może ostatnio dlatego nie ciągnie mnie do długich tekstów. Nie interesują mnie. Wolę oddanie czegoś w sposób być może dla niektórych lakoniczny.
Jak więc wspomniałam, bałam się, że autorka, jako artystka, być może będzie miała potrzebę obrzucenia mnie słowami a uniknęła tego. W jej wspomnieniach z pobytu w Chinach dostrzegłam umiar, spokój i wyciszenie. Nawet wtedy, kiedy pisała o okropnościach, jakich doświadczyła. Podejrzewam, że ów spokój, potrzebę ciszy nosiła ona w sobie od zawsze, skoro wybrała pobyt w tym miejscu w tak nieciekawych czasach i koszmarnych wręcz jak dla przeciętnej osoby warunkach. Pobyt w Chinach, możliwość poznania tamtejszej sztuki a przede wszystkim to, czym zajęła się przez te dziesięć lat a mianowicie zgłębianie sztuki kaligrafii na pewno podkreślił w niej cechy skromności, wyciszenia się, nie oczekiwania od życia nadmiaru. Z opisu w książce widać osobę, która nie wynosi się nad innych, szanuje każdego, jest otwarta na to, co inne,  umie dostosować się do najcięższych warunków, nie ma pretensji do świata o to czy owo. Jednym słowem , jak dla mnie obraz ciekawej osoby.
Podejrzewam, że niektórzy nie byliby w stanie jej zrozumieć. Pewne opisy są dość depresyjne, autorka sama zresztą parokrotnie podkreślała, że wpadała w stany depresyjne. Ja jednak nie odebrałam tego jako minus, muszę wręcz napisać, że zupełnie inaczej odbieram osoby , które umieją przyznać się do swoich gorszych chwil, dni, momentów, grzeszków. Nieufność moją od zawsze budziły tak zwane chodzące ideały. Trzymam się od takich z dala. Nie moja to bajka.

Autorka żyje obecnie we Francji, jak sama stwierdza, „Aby się lepiej skupić w sobie odizolowałam się od świata”.

Myślę, że to interesująca książka dla kogoś, kto chce poznać czyjeś spojrzenie na świat, ale również dla osób zainteresowanych sztuką jak i współczesnym światem.

Moja ocena to 5 / 6.

„Szwaczka”. Frances de Pontes Peebles.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010).
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska.
Tytuł oryginału The Seamstress.

Po paru książkowych nieudanych zbytnio lekturach bądź takich, których już nie będę próbowała (usiłowałam powrócić do "Hakawati" i poddaję się, nie dam rady, nie pojmuję zachwytu nad tą książką, dobrnęłam do połowy, zarzuciłam, próbowałam podjąć lekturę i nic , a szkoda mi czasu na coś, co zdecydowanie nie idzie) udało mi się wreszcie dobrać wspaniałą lekturę. Taką, która wciągnęła mnie zupełnie i która na chwilę pozwalała oderwać się od rzeczywistości.

O dziwo, nawet jej objętość mnie nie zniechęciła. A jak chyba już pisałam od pewnego czasu mam jakąś niechęć do dłuższych tekstów. Nie jestem w stanie skupić się na książce objętościowo ceglanej. "Szwaczka" ma ponad 600 stron, ale , co już podkreśliłam, o dziwo, nie stanowiło to dla mnie problemu. Tak mnie wciągnęła treść, że ani się obejrzałam a już ją kończyłam.

Akcja książki, co było dla mnie dodatkową zaletą, dzieje się w Brazylii. Co prawda nie tej najbardziej współczesnej a przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, ale zawsze to interesująca mnie Brazylia.

To opowieść z cyklu, które lubię, czyli opowieść o dwóch siostrach.
Co typowe dla tego typu opowieści, mających zupełnie różne charaktery i podejście do życia, ale połączonych silnym
uczuciem i więzią, której nie potrafi zniszczyć ani inny człowiek ani
zły los.

Owe dwie siostry mieszkają w brazylijskim interiorze, który staje się tłem dla początku historii, w której poznajemy je, wychowywane przez ciotkę, szwaczkę, która obie bratanice uczy właśnie tego fachu. Jedna z sióstr, Luzia, ma zniekształconą rękę po upadku w dzieciństwie. Jest tą "dziką", która robi to co chce i mówi to co myśli. Emilia jest nie tyle łagodniejsza, co raczej łatwiej przystosowuje się do rozmaitych sytuacji. Ma też jasny plan, chce wyrwać się z interioru i trafić kiedyś do miasta, w którym, jak wydaje jej się po lekturze kolorowych pism dla pań, wiedzie się zupełnie inne, lepsze życie. O tym, jak bardzo się myli, przekona się kiedy do owego miasta trafi za mężem z tak zwanego dobrego domu, który przywiezie ją do swego rodzinnego domu po zaginięciu jej siostry.
Luzia bowiem zostaje porwana przez przywódcę nie trzymających się prawa cangaceiros. Jastrząb uprowadza ją z rodzinnego domu, czym na zawsze zmienia jej życie i w jakiś sposób uświadamia jej to, co siedzi w mrokach duszy i głębi Luzii.
Życie żadnej z sióstr nie będzie lekkie. Los rozdzieli je i sprawi, że w pewnej chwili staną nawet w pewien sposób naprzeciw siebie. Niemniej jednak każda z nich instynktownie i przez wiele lat prowadzić będzie poszukiwania słabych nawet śladów informacji na temat "tej drugiej" i darzyć się będą wzajemnie uczuciem mimo ironii losu, który ironicznie je potraktował rozdzielając je.
To opowieść po części rodzinna, przygodowa, bowiem życie sióstr nie będzie nudne, ale też opowieść o skrywanych tajemnicach i błędach. Jak również o tym, że musimy brać na siebie konsekwencje własnych decyzji, czy nam się to podoba czy nie.

Muszę powiedzieć, że ogromnie podoba mi się okładka książki i pomysł "wyszycia" tytułu nicią (oczywiście graficzną, ale bardzo realistycznie wyglądającą) , co nawiązuje w sposób oczywisty do tytułu i tematyki książki.

Moja ocena to 5.5 / 6.