„Pod Zawianym Kaczorem”. Martha Grimes.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).
Przełożyła (z wielką brawurą i w świetnym stylu) Anna Jarzębowska.
Tytuł oryginalny The Dirty Duck.

Martha Grimes, to jedna z moich ulubionych autorek kryminałów. Amerykanka, która stworzyła wspaniały opis angielskiej prowincji. Prowincji, która co i rusz staje się areną dla zbrodni. Którą to z kolei rozwiązać na ogół przychodzi (już!) nadinspektorowi Jury wraz z jego przyjacielem, Melrose Plantem.

Tym razem mamy do czynienia z morderstwem amerykańskiej turystki, która zostaje zamordowana w mieście Szekspira, Stratford. Turystka brała udział w wycieczce zorganizowanej, jednak nie takiej, w której przewala się dziki tłum, a takiej, która kosztowała wielkie pieniądze, za to miała zapewnić poczucie komfortu i dyskrecji. I zapewne bezpieczeństwa. To ostatnie jednak niezbyt się udało, tym bardziej, że z towarzystwa wycieczkowiczów ginie jeden chłopak (uciekł jak sugerują niektórzy jego bliscy?), następnie zaś mord dosięga kolejne osoby. Na uczestników pada blady strach, niemniej jednak starają się dzielnie realizować kolejne punkty wyjazdu.

Jak zwykle u Marthy Grimes dobrze oddana jest prowincja angielska. Posyła ona też nawet lekkiego prztyczka w nos swoim współziomkom uśmiechając się do tak osławionych amerykańskich turystów (robi to jednak bez zbędnej złośliwości). Oczywiście jest jak zwykle u tej autorki specyficzne poczucie humoru, no i oczywiście ciekawa intryga kryminalna. Plus sporo literatury i zabawy z nią, jak chociażby specyficzne "literackie śledztwo" prowadzone przez jednego z bohaterów książki.
Myślę, że fani serii nie powinni być zawiedzeni.

Mnie się podobała i darowuję jej ocenę 5 / 6.

„Czerwone kwiatki”. Reż. Yuan Zhang.

Tytuł oryginalny Kan Shang Qu Hen Mei , ang. Little Red Flowers.

Na wstępie bardzo wielkie dzięki dla Judytty za to, że poleciła mi ten film. Ja jakoś nie zwróciłam na niego uwagi a to błąd, bowiem przegapiłabym dobry kawałek kina.

Po raz kolejny przekonuję się, że nie powinnam w ogóle zwracać uwagi na oceny na filmwebie dotyczących filmów, które mam zamiar obejrzeć, bowiem nijak się mają one do moich własnych odczuć po obejrzeniu tychże.

"Czerwone kwiatki" to niezwykła opowieść o samotności. I tak, jak w przypadku japońskiego filmu "A my idziemy", o którym pisałam niedawno stwierdziłam, że jest on na wskroś uniwersalny, tak muszę powiedzieć, że w przypadku "Czerwonych kwiatków" chętnie bym parę słów usłyszała od sinologa. Dotyczących kultury i sytuacji współczesnych Chin. Na przykład powstania przedszkoli z internatami, do których oddaje się czteroletnie dzieci i nie widuje się ich praktycznie miesiącami. Ja o nich czytałam, ale być może nie wszyscy interesują się tematyką Chin dnia dzisiejszego.

Film zaczyna się, gdy do przedszkola zostaje odprowadzony mały czteroletni chłopiec. Nie chce on tam trafiać, zdaje sobie bowiem sprawę z faktu, że oznacza to praktycznie rozdzielenie z rodzicami. Ci jednak raczej nie przejmują się jego odczuciami. Mogła bym myśleć, że być może uwarunkowana jest taka a nie inna decyzja ich sytuacją, że na przykład muszą wyjechać do innego miasta do pracy i po prostu nie mają z kim zostawić dziecka, gdyby nie fakt ujawniony w dalszej części filmu a mianowicie tego, że jest to raczej drogie przedszkole, uczęszcza tam bowiem dziecko wiceministra.
Tak czy inaczej mały bohater zostaje oddany do placówki, która go przeraża, czemu daje wyraz płacząc rozpaczliwie, co niespecjalnie rusza uczucia przedszkolnych opiekunek czy innych dzieci.
Zostaje wtłoczony do społeczności, w której na pewno nie liczy się indywidualizm a masa. W której nie ma miejsca na własne pragnienia, chęci. W której dzieci na rozkaz mają się myć, na rozkaz jeść, na rozkaz w szeregu siedzieć na nocnikach i w otoczeniu kolegów z grupy załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby. Nie ma możliwości wyjścia przed szereg, każdy bowiem przejaw niesubordynacji i indywidualizmu jest tępiony w zarodku.
Kiedy jest się grzecznym, panie przedszkolanki na specjalnej tablicy przyczepiają przy nazwisku dziecka czerwony, tytułowy kwiatek. Nasz mały bohater nie ma żadnych kwiatków. Taką płaci cenę za fakt nieumiejętności wbicia się w rząd robiących to samo i pod jedno dyktando rówieśników.

To film raczej smutny, ale bardzo dobry. Opowiada o smutku, jaki zawsze towarzyszy samotności i nieakceptowaniu kogoś przez grupę, społeczność. Opowiada o tym, jak bardzo można zniszczyć kogoś patrząc na niego jedynie przez pryzmat własnych przekonań, jak można zranić swoimi uprzedzeniami, jak nietolerancja nie służy nigdy i niczemu.

Przejmująca jest końcowa scena, kiedy dziecko kładzie się na kamieniu. Kiedy to możemy mieć skojarzenie z nagrobkiem. Czy mały chłopiec umiera naprawdę? Czy tylko umiera w nim beztroskie dziecko, które nie chciało dać się stłamsić innym? Czy umiera jakaś jego część? To pozostawiają nam autorzy filmu do własnych przemyśleń i zastanowienia…

Co jeszcze zasługuje na podkreślenie, to rewelacyjna gra małych aktorów. Wiarygodna i na wskroś przejmująca.
Film obecnie co jakiś czas leci na kanale Ale Kino! i polecam go tym, którzy mają ochotę na kino ambitne i dla wrażliwców.

Moja ocena filmu 5 / 6.

„Dzicy detektywi”. Roberto Bolano.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyli Tomasz Pindel, Nina Pluta.
Tytuł oryginału Los detectivos salvajes.

Książka objętościowo słuszna. Czyli z cyklu "książka cegła". Czy słusznie taka zacna objętościowo? Według mnie nie. Powiem , a raczej napiszę tak, zawiodłam się na niej nieco i zdała mi się mocno, jak ja to nazywam "przegadana". Nie nie, ja zdaję sobie sprawę z faktu, że gdzie indziej tak się tą barwnością języka, surrealizmem opowieści zachwycam u latynoskich autorów a z pewnością Roberto Bolano takowym właśnie autorem jest. Niemniej jednak muszę przyznać, że jak dla mnie, książka nic by nie straciła, gdyby była mniejsza objętościowo, za to treść na tym nie straciłaby nic a nic. Mnie w pewnej chwili mocno już ona znużyła. Podczas lektury jej przeszłam niejeden moment zwątpienia i przez chwilę w ogóle rozważałam odłożenie jej, jednak ciekawiło mnie zakończenie opowieści.
Książka, której akcja dzieje się zarówno w mieście Meksyk, jak i (w momencie opowiadań) na całym prawie świecie, bo i w Europie i w Afryce i w Izraelu,  składa się z trzech części. Pierwsza, niezbyt długa, to pamiętnik siedemnastolatka, Garcii Madero (przynajmniej tak wszyscy się do niego zwracają), który opisuje w nim w tak już chyba niemożliwy dla współczesnej młodzieży naiwnie pełen wiary w możliwości świata i siebie samego, swoje pierwsze chwile jako studenta, który rezygnuje z prawa na rzecz przyłączenia się do grypy literackiej, jak również, pewnie o wiele bardziej ważne dla niego, swoje pierwsze seksualne doświadczenia. Poznaje on grupę Bebechorealistów (cóż za nazwa!), która to grupa reaktywuje działania obecnej w latach dwudziestych grupy o tejże nazwie. Jednak w latach pięćdziesiątych nie jest łatwo stworzyć grupę literacką. Niby to jest wiele dobrej woli, niby to jest pasja tworzenia poezji, niezwykłej, jak na owe czasy i chęć wydawania pisma. Niby jest dwóch guru tejże literackiej grupyArturo Belano (ciekawy zbieg okoliczności? 🙂 z nazwiskiem samego autora) i Ulises Lima, poeci, wokół których grupa się jednoczy a którzy mają wspólną pasję , niemal detektywistyczną, odkrycia śladów poetki Cesarei  Tinajero, która intryguje ich prowadząc do granic obłędu. Ale pierwsza część kończy się dość szybko i urywa na spektakularnej ucieczce przed pewnym alfonsem.
Druga część książki jest najbardziej rozbudowana i składa się z "opowieści-zeznań" (my, jako czytelnicy w pewien sposób możemy poczuć się tytułowymi dzikimi detektywami). Opowieści, które pełne są tego tak charakterystycznego dla Latynosów surrealistycznego poczucia humoru. Absurdalne zdarzenia, czasem to łączące się z następną opowieścią kolejnej osoby, czasem zaś zupełnie od niej oderwane tworzą ciąg przedziwnych historii, na których albo ma się wrażenie, że płynie jak surfer na dobrej fali albo też potyka i niemal upada. W pewnej chwili ma się wrażenie, że owe opary absurdu całkowicie zamazują nam pogląd na to, co chcą nam owi ludzie opowiedzieć a jest to ni mniej ni więcej a rodzaj wspomnień dotyczących właśnie tych dwóch guru Bebechorealistów, Belano i Limy. Tak naprawdę dalsze losy po ucieczce przed alfonsem poznajemy z tych urywanych, zeznawanych jakby różnym ludziom, wspomnień. Wspomnień dających różny obraz obu mężczyzn, a to zdolnych poetów, a to wręcz pozbawionych wszelkiego talentu, a to wręcz handlarzy narkotyków, którzy z poezją nic wspólnego mieć nie mogli.
W tej części pomiędzy słowami zeznających odczytujemy jedno, literatura się kończy. Nie ma nadziei na to, że ktoś się nią chce parać, interesować, ba, pasjonować. Literatura czy to jako poezja czy proza miała swoje pięć minut, które się skończyło.Przechodzi poważny kryzys. Nie ma już ludzi chętnych do życia nią, do poświęcania jej swojego życia. Pytanie, czy chodzi o literaturę tylko iberoamerykańską czy każdą? I czy jest to (jak sądzę) tylko i wyłącznie odczucie, jakie w wypowiedziach serwuje nam sam autor?
"Dzicy detektywi" więc w sporej częsci dotykają problemów współczesnej literatury, opowieści bowiem ciągną się od lat siedemdziesiątych aż po współczesne nam dziewięćdziesiąte. O książkach wspomina się tam często i gęsto i o tych jak najbardziej autentycznych, powstałych, jak również chociażby o jedynym meksykańskim autorze, który otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, czyli o Octavio Paz.
W trzeciej części książki wracamy do pamiętnika siedemnastoletniego bohatera, do roku 1976, kiedy poznajemy fakty mające miejsce po ucieczce przed alfonsem i rozwiązanie zagadki, czy tak intrygująca Belano i Limę poetka Cesarea Tinajero naprawdę istniała.

Jak pisałam powyżej, dla mnie ta książka jest nieco zbyt długa i przegadana, co mnie osobiście zmęczyło. Natomiast podobały mi się myśli i refleksje na temat współczesnej literatury i jej losów.
Na koniec zdanie, które ogromnie mi się podoba i które jest, oczywiście według mnie, bardzo prawdziwe.


"Wiesz, (…), co jest najgorsze w literaturze? (…) że człowiek zaprzyjaźnia się z literatami. A przyjaźń, choć bezcenna, zabija krytycyzm".

Moja ocena książki to 4 / 6.

egzotycznie i ciepło…

…zrobiło mi się po ostatnich przesyłkach pocztówkowych. Na samym wstępie kartka z Mauritiusu, od znajomej. Złoty piaseczek, palma, leżaczki i lazurowe morze, hmmm;)

Następnie Turyn. Nasza znajoma wybrała się tam ostatnio aby podziwiać Całun Turyński. No i otrzymałam od niej pocztówkę zarówno z widokami z samego miasta, jak i upamiętniającą jej podziwianie Całunu właśnie.

Następnie, pewnie w ramach tego, o czym pisałam niedawno, że wszyscy jeżdżą do Barcelony otrzymałam kartkę z tegoż właśnie miasta. Tym razem zdjęć kilka, poglądowa, jak lubię.
Coś musi być na rzeczy z jedzeniem tamże, skoro już druga (po Madze-marze) osoba na kartce notuje swoje obserwacje smakosza właśnie. Tym razem zostały wspomniane "pyszne paelle z lokalnej kuchni". Zdecydowanie zrobiłam się głodna;)

Wczoraj zaś dotarła do mnie również Hiszpania, chociaż jej inna część, a mianowicie kartka z Majorki od Malej_mi, za którą pięknie dziękuję. Podoba mi się widok wewnętrznego dziedzińca czyjegoś domu. Wyłożony kamieniem, okna z okiennicami (otwartymi, a więc zdjęcie robione, jak mniemam nie w upały na pewno), po obu stronach drzwi i na pierwszym planie zdjęcia ceramiczne porządne donice z mnóstwem zieloności rosnącej pięknie. Na dalszym tle widać nawet rosnącą różową bugenwillę, kwiat, który zawsze kojarzy mi się z krajami śródziemnomorskimi.

Wszystkim wysyłającym za kartki baaardzo dziękuję;) Cieszę się, że macie takie udane podróże, które owocują powiększaniem się mojego zbioru pocztówek.

„Ptaki Polski”. Redaktor prowadzący Marek Szokalski.

Album wydany w Carta Blanca, Grupie Wydawniczej PWN. Wydanie drugie. Warszawa (2009).

Ten album został przez nas nabyty zupełnie przypadkowo, kiedy P. udał się po odbiór książki , którą polecał na swoim blogu Krogulec, o , w tym wpisie, a mianowicie po "Ptasie ostoje" (wydane zresztą w tym samym miejscu). Oczekując na wydanie przesyłki przeglądał półki, zauważył, wziął i już nie oddał (ale zapłacił;)).
No i przyniósł mi do domu i wiadomo, co wczoraj przeglądałam przez cały wieczór czytając P. co smakowitsze kawałki? No, wiadomo;)
To album, w którym przedstawiono (cóż za niespodzianka) ptaki żyjące na terenie naszego kraju. Zostały one pogrupowane, co logiczne , na te żyjące w miastach, na łąkach i polach, w lasach itd.
Każdy rozdział opatrzony jest krótkim opisem zawierającym ciekawe informacje , a potem są fotografie ptaków i zdawałoby się krótkie opisy do każdego zdjęcia. Ale co to za opisy! Są przepełnione nie dość, że solidną wiedzą, to aż buchającą ze słów pasją i miłością do ptaków. Ujęcia ptaków są niezwykłe, często szalenie zabawne, często aż nie wierzy się, że udało się autorom zdjęć złapać "ten" moment (chwila chwały ale i czasem powód do załamania każdego fotografującego, kiedy się go przegapi).
Rozmawiając ostatnio z Krogulcem podsumowaliśmy, że wcale nie jesteśmy jakimiś nadmiernymi miłośnikami egzotycznych ptaków. Owszem, one są piękne, wystrojone w barwne piórka, ale są daleko. Albo w ZOO.
A te nasze, żyjące wśród nas, często może nie odznaczające się jakimiś niezwykłymi ubarwieniami, ale są przecież tuż koło nas. Budzą nas swoim śpiewem, umilają wieczory na działkach czy spacery po osiedlu. Często są wręcz na wpół oswojone, co stanowi, że nie boją się nas ludzi (i starajmy się nie zmieniać tego faktu). Są naszymi braćmi mniejszymi, jak nazywał je Święty Franciszek.

Album "Ptaki polski" jest niezwykle interesujący. Grupa autorów pod prowadzeniem pana Szokalskiego zrobiła naprawdę kawał dobrej roboty.
Nie jest to książka służąca rozpoznaniu kolejnego gatunku, nie ma podanych szczegółowych informacji, natomiast jest wspaniałym uzupełnieniem "ptasiej biblioteki" każdego maniaka ptaków i podglądania tychże stworzeń. Zdjęcia są w nim wspaniałe.
Przy jego lekturze dobra zabawa i często wręcz śmiech , radość -zapewniona.


Moja ocena książki 6 /6.

…bo trzeba umieć słuchać, z cyklu dialogi i nie tylko…

dialog numer jeden, miejsce akcji osiedlowa apteka.
Pan, który wszedł rozmawia najwyraźniej z drugą połową i dopytuje się "Jak mówiłaś? Łojowa?". Ja zasłuchuję się, bo jako żywo, nie mam pojęcia, co też łojowego pan może chcieć nabyć w aptece a łój kojarzy mi się z reklamą Mumio dla Plusa, kiedy to była mowa o świecy łojowej. Pan poinstruowany przez połowicę podchodzi do okienka i prosi "Jałowy pojemniczek na mocz poproszę".

dialog numer dwa, miejsce akcji kolejka do dermatologa. Ja czekam, bo wciąż walczę z alergią. Na miejscu są takie jakieś lampy, wyglądają jak lampy w solarce, ale to raczej nie to samo, sama bowiem solarka stanowi IMO przeciwieństwo dbania o zdrową skórę. Pan, podchodzi do pani wydającej okularki (czyli ciągle coś w deseń tej solarki, hmmm) i radośnie oznajmia "Przyszedłem się trochę napromieniować". Aż się prosiło stwierdzić, że kto wie, czy na dłuższą metę nie taniej wybrać się na wycieczkę do Zony.

dialog numer trzy, miejsce akcji niedaleko naszego domu. Ja czekam na P., który poszedł po coś do domu. Nieopodal mnie na spacerze jest chłopaczek na oko jedenastoletni z psem tej rasy.
Pies jest młody, nie bardzo chce się słuchać swojego pana i w pewnej chwili a jest po burzy i trawa nasiąknięta jest deszczem rzuca się gwałtownie w trawę na plecki i wszorowywuje ją w siebie jak mniemam częściowo z barwnikiem. Młody właściciel ze stoickim spokojem zwraca się do swego pupila "Haroldzie, proszę cię, nie wygłupiaj się".

dialog numer cztery, miejsce akcji ciąg dzisiejszego spaceru (tego po burzy). Ja mijam kolejną osobę, co do której mam jakieś niejasne wrażenie, że "ja go skądś znam" (chodzi Wam czasem takie wrażenie po głowie?). Przy kolejnej osobie chcę powiedzieć do P. , że być może to jakaś jednostka chorobowa:) Skarżącym się tonem odzywam się "Wiesz, co, dziwne, już kolejna osoba, która mnie mija a ja mam wrażenie, że ją znam, to chyba jakiś…" (szukam słowa a w tym czasie P. wpada mi w zdanie)
i odzywa się "…syndrom Facebooka"…

Kurtyna.

niedawno…

…"odkryliśmy" sklepik w okolicy z przysmakami z…Grecji. No, to wiadomo, czym się ostatnio rozpieszczam. Baklava bardzo udana, jak również ciemne oliwki, które bardzo lubię i coś, co uwielbiam wręcz, czyli pasta z ciemnych oliwek, do chleba, pycha!
Wczorajszy spacer do lasu zaowocował wreszcie obejrzeniem ptaka, którego usłyszałam w zeszłym tygodniu , a mianowicie ortolana. Bardzo jestem z tego spotkania zadowolona.:) Słyszałam go, wiedziałam, że to nie trznadel, ale zobaczyć go nie mogliśmy, wczoraj się wreszcie udało. Ha!
Nie odzywała się za to wilga, którą tuż w okolicy ortolana udało nam się słyszeć dwa dni temu. Dwie wilgi zresztą nawoływały, być może uznały, że póki się da, zmieniają miejsce zamieszkania, nie mam pojęcia.
Dziś w nocy miałam śmieszny sen. Śniło mi się, że wraz z Judyttą poszłyśmy do księgarni Świata Książki i wybierałyśmy książki. U mnie ten sen zapewne po wpisie na forum książkowym, gdzie ktoś polecał książkę, nad którą się nawet zastanawiałam a w rezultacie zrezygnowałam. Księgarnia w moim śnie wyglądała zupełnie inaczej, niż ta w rzeczywistości, pamiętam, że Judytta odkryła, że jest jakaś promocja, trzy książki w cenie jednej (fajna taka promocja by była), ja się zorientowałam, że nie wybrałam jeszcze jednej książki, więc znowu ruszyłam na poszukiwania.
Nie pierwszy raz śni mi się sen o książkach, księgarni, wybieraniu, kupowaniu, ale to akurat dla mnie nie jest dziwne.

„Zalotnica niebieska”. Magdalena Samozwaniec.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).

Dawno temu dostałam tę książkę od mojej Mamy. I prawie natychmiast stała się ona jedną z moich ukochanych książek, zaczytanych aż do wypadania kartek…Podobnie, jak "Maria i Magdalena" tej samej autorki i traktująca na ten sam temat. Świat Książki wznowił "Zalotnicę niebieską" i dlatego z radością skorzystałam z możliwości nabycia nowej, całej , bez wypadających kartek książki, a okraszonej dodatkowo, co dla mnie jest wielkim plusem, zdjęciami i rysunkami z archiwum autorki. Szkoda tylko, że zdjęć tak mało, no, ale zawsze coś.

Bardzo byłam ciekawa, jak odbiorę po latach tę książkę, niegdyś wyczytaną na wszystkie strony. Minęło wiele lat i oto znowu sięgnęłam po opowieść o Siostrze. Siostrze Magdaleny Samozwaniec z domu Kossak, która opowiada o jednej z moich ulubionych poetek, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Jak wspomniałam, opowieść, dłuższa i jeszcze bardziej przez to smakowita snuta jest w "Marii i Magdalenie" , którą mam nadzieję, że Świat Książki lub inne wydawnictwo wznowi również,bo na to ogromnie czekam.

A jak wypadł powrót do książki po latach? Pozytywnie. Po raz kolejny zadumałam się nad siłą i współpracą sióstr. W tym przypadku czasem aż zastanawiającej, bo związek łączący Marię i Magdalenę czasem zdawał mi się aż nadmiernie silny. W dzisiejszych czasach, feministycznych i wyemancypowanych obie panie podejrzewam, że nie założyłyby rodzin. W tamtych czasach rolą kobiety nie było spełnianie się zawodowe, kariera, realizowanie się, a rola żona i matki. Siostry jednak nie do końca zdawały się w tym odnajdować. Owszem, założyły rodziny, ale odnoszę wrażenie, że najbliższe były tylko sobie wzajemnie. Obie nie znoszące dzieci (Magdalena mimo to była matką, ale co z jej córką zwaną Reksią? nie jestem w stanie odnaleźć na jej temat żadnych informacji w internecie, może ktoś może mnie wspomóc wiedzą na temat córki), bardziej zajęte sztuką, niż życiem realnym, przyziemnym, a przy tym odgadujące wzajemne myśli bez słów.
Nie jestem wielką fanką biografii (chociaż czytałam parę naprawdę udanych), ale tę lubię, mimo, że dostrzegam słabość autorki a mianowicie bałwochwalcze wręcz uwielbienie jakim darzy siostrę. Bałwochwalcze, ignorujące wady, którymi na pewno obdarzona była Lilka, jak po domowemu nazywa ją Magdalena.
Pamiętam, jak czytając poprzednio tę książkę zazdrościłam poetce, że miała w postaci siostry takiego wiernego miłośnika i osobę obdarzającą ją aż takim uczuciem.
Teraz już może mniej zazdroszczę aczkolwiek miło jest mieć świadomość, że są rodzeństwa, które aż tak się kochają (chociaż z boku może to być może kogoś wręcz śmieszyć). Magdalena propagowała poezję siostry po śmierci Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej a i jej biograficzne książki na pewno przyczyniły się do rozpropagowania postaci poetki.
W "Zalotnicy niebieskiej" oprócz opowieści, wspomnień snutych przez Magdalenę dodane są zarówno wiersze Marii, jak i fragmenty jej bogatej i smakowitej korespondencji z rodziną, szczególnie wielbioną przez poetkę mamą. Korespondencja ta jest tak wspaniała, widać w niej zupełnie inne oblicze tej eterycznej zdawałoby się , wiotkiej i podatnej niemal na wiatr osoby. Z listów przenika obraz pełnej poczucia humoru postaci, która kochała do niemożliwości nie, nie tylko swoich partnerów życiowych, a właśnie swoją rodzinę, rodziców, brata, siostrę.
Już kilkakrotnie , co Wiecie, wspominałam, jak uwielbiam słowo pisane pod postacią listów właśnie. Sama prowadzę dość ożywioną korespondencję listową, która sprawia mi wiele, wiele radości i cieszę się, że rodzina Marii zostawiła jej listy, chociaż nie ukrywam, że takie publikacje cudzej korespondencji zawsze sprawia, że czuję się lekko nieswojo, bo nie jestem przekonana, że w 100% powinno się ją ujawniać (mimo, że wiele nam przekazuje na temat danej osoby czy epoki, w której bohater żył).

Widzę pewne wady owej biografii, chociażby owo bezkrytyczne postrzeganie obrazu siostry autorki, ale za to ciepło, za miłość, jaką darzy ona nie tylko siostrę, ale i rodzinę, którą opisuje w barwny, żywy sposób, za smaczek tamtych, przedwojennych czasów krakowskich głównie daję jej ocenę 6 / 6.

„Slumdog. Milioner z ulicy”. Reż. Danny Boyle.

Tytuł oryginalny Slumdog Millionaire.

Film, który widzieli już chyba wszyscy a ja dopiero niedawno.
I nie żałuję. Nie będę odnosić się do komentarzy, które wyczytałam na temat tegoż filmu, ponieważ właściwie jedyne, co mogłabym powiedzieć, to to, że niektórzy szukają chyba dziury w całym.
Owszem, nie jest to kino na megawybitnym poziomie. Spełnia jednak oczekiwania przynajmniej części tych, którzy go oglądali a mianowicie, na pewno zapewnia kawałek ciekawego kina.
Mnie osobiście zainteresowało przedstawienie Indii wreszcie nie jako barwnego kawałka Raju, z pięknymi miejscami na Goa, pachnącymi przyprawami, które aż kręcą w nosie jak to ma miejsce chociażby w jednym z moich ulubionych filmów, czyli "Monsunowym Weselu", a kraju, w którym oprócz dobrego dzieje się też wiele złego. Od razu do kontrujących moje zdanie. Wiem, że w Polsce również dzieje się wiele niedobrego. Natomiast uważam, że to dobrze, że film przedstawił te Indie, których nie chce się pokazywać w kolorowych, mających zwabić do odwiedzenia kraju, turystów.
Na swój sposób podobało mi się też, jak odpowiedzi na pytania zadawane w legendarnym teleturnieju "Milionerzy" znajdował bohater filmu, czyli Jamal a mianowicie znajdował je we własnych wspomnieniach. Niestety, nie najlepszych, bo dotyczących jego smutnego , przygnębiającego dzieciństwa w slumsach i to jest ta gorsza strona poprawności jego odpowiedzi.

OK, miłość, która pokona przeszkody, która zakończy się happy endem jest trochę jak z tak oklepanego już Bollywood, ale powiem , że mnie się ten film podobał , chociaż pokazuje życie takie, jakie jest, bez słodu, bez cukru i lukru. Dobra. Z happy endem. I to jedyne, do czego mogę się "przyczepić". Bo żyjąc na świecie tyle lat, ile żyję wiem jedno, happy endy zdarzają się głównie w filmach i książkach. Pewnie dlatego tak chętnie po nie sięgam:)

Dla mnie pewnym dyskomfortem jest wiedza na temat dzieci grających w filmie dziecięcych bohaterów. Dzieci faktycznie ze slumsów Indii, których życie, niestety, nie zakończy się zapewne happy endem. Zawleczono je do kapiących złotem wypasionych hoteli na rozdanie Oskarów, którymi obsypano ów film, aby po chwili sławy i chwały sytuacja wróciła do takiej, jaka była. Czyli żadnej. Beznadziejnej.
Bardzo mi szkoda, że zapraszający do gry w filmie dzieci twórców nie stać było na pomysł stworzenia na przykład fundacji, która umożliwiłaby dziecięcym aktorom kształcenie się. Informacje, które płynęły na temat tych dzieci nie są optymistyczne. Wiem, można mi zarzucić, że takich, jak one dzieci jest o wiele, wiele więcej. Dlaczego one miałyby dostać od losu coś więcej? Nie wiem. Może dlatego, że z chwilą, kiedy zostały wybrane do filmu , ktoś w jakiś sposób zrobił im jednak nadzieję na lepsze jutro? Wiem, zdaję sobie sprawę z faktu, że nie da się pomóc wszystkim dzieciom, ale jakoś "uwiera" mnie fakt, że (sięgając po "Małego Księcia") ktoś w pewien sposób "oswoił" te dzieci aby po chwili zniszczyć ich nadzieje.

Niemniej jednak sam film oceniam na 5 / 6.

„Pieśń wróbli.” Reż. Majid Majidi.

Tytuł oryginalny Avaze gonjeshk-ha (ang. Song of Sparrows).

Kino irańskie jest w sumie dla mnie dość dalekie i obce i chyba zupełnie niesłusznie.
Ostatnio zupełnie przypadkowo udało nam się obejrzeć "Pieśń wróbli", który to film nam obojgu spodobał się ogromnie.
Jest to kino z cyklu kino spokojne, ciche, bez akcji, która aż wiruje. Nie. To film o życiu. O życiu człowieka, który ma na utrzymaniu rodzinę składającą się z małżonków i trójki dzieci. Z których to jedna córka, najstarsza, ma problem ze słuchem i nosi aparat słuchowy. Rzecz o tyle ważna, że to jej popsucie popchnie żyjącego do tej pory i pracującego na farmie strusi bohatera do wielkiego miasta, jakim jest Teheran. Bohater filmu pewnego dnia ma pecha, jeden ze strusi ucieka z farmy, a on zostaje zwolniony z pracy. Ponieważ córka ma niefart, że zostaje zniszczony jej aparat słuchowy, jej ojciec siada na swój motor i udaje się do miasta, aby naprawić aparat słuchowy córki, która za jakiś czas ma do zdania ważne szkolne egzaminy.
W mieście zaś okazuje się, że zupełnie przypadkowo udaje mu się zdobyć nowe źródło dochodu, jakim staje się bycie taksówkarzem motorowym, jakbym to sobie nazwała. Jak się okazuje, niejeden taki porusza się po ulicach Teheranu, a więc nie jest to nic dziwnego.
I niby wydawałoby się, że życie ojca rodziny zmieniło się nawet na lepsze, bo przecież zyskał nowe, lepiej płatne źródło utrzymania, ale…nie jest tak lekko. Mamy zestawienie dotychczasowego życia bohatera filmu z nowym życiem miejskim. Życia prostego, ale uczciwego, może dla niektórych naiwnego, ale czystego, bez podstępów, bez zdrady, bez zakłamania, bez tego, co niszczy człowieka od środka z życiem w pośpiechu, z życiem, w którym liczy się zysk, pieniądze, w którym wiele osób może oszukać, chociaż nie wydawały się one być nieuczciwymi.

W filmie niezwykle istotnym elementem według mnie jest woda. Woda widziana oczami Muzułmanina, jako ta, która oczyszcza, ale czyż nie postrzegana w całym innym szeregu kultur jako element oczyszczenia właśnie? Ta, która zmyć może z nas zło, nasze grzechy, przewinienia?
Film nie kończy się spektakularnym happy endem. Film jednak według mnie daje nadzieję na to, że bohater zorientowawszy się w tym, jak miasto go niszczy, postanowi jednak zmienić swoje postępowanie i skierować swoje kroki na pewniejszą, znaną już drogę.
Mnie się ogromnie podobał.
Moja ocena filmu 5 / 6.