„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Mary Ann Shaffer i Annie Barrows.



Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).

Przełożyła Joanna Puchalska.
Tytuł oryginału The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society.

Jak pisałam nieco wcześniej, jedna z cieplejszych i pozytywnych książek, jakie czytałam niedawno. Owszem, ktoś może mi zarzucić zachwyt nad taką bajką dla dorosłych. A proszę bardzo , można sobie zarzucać, generalnie nie bardzo się tym przejmuję. Jak pisałam, na dany czas jak najbardziej potrzebuję opowieści optymistycznych, z dobrym zakończeniem. Nie musi być ambitnie, ma być tak, żebym się nie przybiła wewnętrznie. I to właśnie odczułam po lekturze tej książki.

Książki, która napisana jest tylko w formie listów pomiędzy jej bohaterami. Opowiada o Wielkiej Brytanii tuż po II Wojnie Światowej.

Pisarka Juliet ma niezwykłą okazję poznać pewne samorzutnie powstałe stowarzyszenie miłośników literatury. Owo stowarzyszenie powstało na okupowanej przez Niemców wyspie Guernsey, której mieszkańcy niejako zostali zmuszeni pewną życiową sytuacją do powstania owego, co zaowocowało niezwykle trwałymi przyjaźniami i faktycznym rozwojem pasji literackiej wśród jego uczestników.
Juliet pochodzi z Londynu, jednak niezwykłym zbiegiem okoliczności poznaje jednego z członków Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, co z kolei zaowocuje bogatą korespondencją między nią a członkami stowarzyszenia i nie tylko. Juliet będzie miała również okazję pojechać na wyspę Guernsey i znaleźć tam zarówno przyjaźń i nie tylko. Owszem, domyśliłam się tego i owego, ale…nie chcę za wiele zdradzać, a mnie samej to, że zgadłam nic nie przeszkadzało w lekturze.

Co mi się najbardziej podobało w książce? Miłość do książek właśnie, do literatury. Ciepło. Nadzieję, że można w każdej chwili życia znaleźć ludzi, którzy nas polubią, pokochają. Trochę, troszeczkę skojarzyła mi się ta książka z książką "Błogosławieni, którzy robią ser", pewnie dlatego, że też akcja jej działa się w nieco odosobnionym miejscu, w którym wszyscy sobie pomagali i wspierali się, jednak ta książka o wiele bardziej podoba mi się od tej o serze, taka prawda.

Tu historia osnuta jest wokół jednej osoby, której nie Juliet nie uda się poznać osobiście, Elisabeth, która na wyspie pozostawiła zarówno wielu przyjaciół, jak i ukochaną córeczkę.

Pewnie nie jest to książka dla tych, którzy poszukują mega ambitnej lektury. Nie, stwierdzam to z całą świadomością.
Jeśli jednak oczekujecie, że książka was pokrzepi, doda Wam optymizmu, spowoduje, że nie raz nie dwa zaśmiejecie się nad nią, a przy tym kochacie książki , to ta książka zdecydowanie jest dla Was.

Moja ocena książki 5 / 6.