„Lalki”. Reż. Tkeshi Kitano.

Do filmu podchodziłam dwa razy. Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego za pierwszym razem nie dokończyłam filmu. Być może wtedy nie był to jego czas. Być może…

Po raz kolejny zastanawiam się, na ile można oglądać filmy z miejsc tak różnych kulturowo jak ten właśnie bez jakichś tam znajomości kultury czy realiów. Przede wszystkim kultury, społeczności, obyczajowości. Moja refleksja znowu nasunęła się po przeczytaniu paru komentarzy w serwisie filmowym i przy niektórych dosłownie ręce mi opadły. Nie do końca rozumiem katujących się tych, którzy stwierdzając, że coś ich nudzi muszą. Muszą. Wytrwać. Może chodzi o kaskę wydaną na bilet? Nie mam pojęcia. Ja wiem jedno, mnie kino wschodnie zdecydowanie się podoba, przekazuje mi o sprawach uczuć bardzo , bardzo wiele, często czuję wiele spraw podobnie, co ciekawe, pochodząc z innego kręgu kulturowego i mając jednak nieco inne podejście do pewnych spraw, mając inny zasób zachowań i mając na uwadze, że zapewne co innego mnie dziwi, gorszy, denerwuje, śmieszy itd. A jednak , oglądając tego typu film mogę tylko go chłonąć i cieszyć się, że mogę podziwiać coś tak dobrego.

"Lalki" to opowieść o miłości. Tak naprawdę to trzy odrębne opowieści, jednak główna dotyczy pary jeszcze do niedawna, narzeczonych, z których to pary on okazał się słabszy i zerwał związek i zobowiązania w imię bezsensownych rad rodziców. Ona, po zerwaniu, popada w obłęd. Ma za sobą nieudaną próbę samobójczą, która mąci jej w głowie i dziewczyna ląduje w zakładzie.
On, zrywa kolejne zobowiązania i uciekając sprzed ołtarza wraca do niedoszłej żony a pierwszej narzeczonej, by odtąd wędrować z nią jako wyśmiewana przez dostojnych i tych czujących się lepiej statecznych mieszczan, po świecie, połączonych ze sobą zarówno fizycznie (sznur łączący parę) jak i na wieki psychicznie.

Są jeszcze dwie opowieści w tym filmie. Jedna dotyczy dawnego robotnika, który wybił się, został szefem yakuzy, i po latach przypomina sobie dawną miłość, która ongiś przynosiła mu co sobotę obiad na ich ulubioną ławkę w parku. Po latach okazuje się, że i park przetrwał i ta sama ławka i na niej zasiada również obgadywana przez ludzi starsza już pani, która od lat, jak wszyscy wiedzą, czeka na chłopca, który miał według niej powrócić do niej. Wiernie czeka. Nie doczeka się wyjawienia prawdy, niestety.

Jest też w końcu młoda piosenkarka pop, mająca od lat wielu fana, najwierniejszego z wiernych, który jest w stanie pozbawić się wzroku aby móc się do niej zbliżyć po jej wypadku.

Nikt, dosłownie nikt w tych opowieściach nie jest szczęśliwy. Porzucający kochankowie dostają swoją karę. Nieszczęśliwi wielbiciele muszą zdecydować się na krok radykalny aby dostąpić progu szczęścia. To zdanie Kitano na temat miłości. Ma do niego prawo. Ma prawo wierzyć, że miłość, aby nią być naprawdę, musi być zdeterminowana wyrzeczeniami, poświęceniami, dramatyzmem wręcz. Czy ja się z nim zgadzam? Ależ nie. Natomiast nie przeszkadza mi to w odbiorze filmu i zadumaniem się nad faktyczną istotą uczuć. Czy to miłości czy przyjaźni. Czy zawsze warto jest się poświęcać? Dane słowo jest jak najbardziej ważne, ale na ile, jeśli ktoś zdradził? Czy można wierzyć, że będzie umiał on powrócić i się zmienić? Czy uczucie ? Związek opierający się na wyrzutach sumienia ma sens i rację bytu? Nie jestem przekonana. Z drugiej strony być może ów porzucający narzeczoną bohater z najbardziej rozbudowanej opowieści po prostu zdał sobie sprawę z tego jaki popełnił błąd. Wydaje mi się, że reżyser pozostawia to do naszej własnej interpretacji , w jakiś sposób puszczając nawet oko do widza (scena z obrzucaniem się przez głównych bohaterów śnieżkami takim lekkim odprężeniem mi się wydała). To w końcu tylko aktorzy, którzy przed nami grają. Jak tytułowe lalki, które wspomniane są na samym początku filmu, kiedy mamy możliwość podziwiania fragmentu przedstawienia japońskiego lalkarskiego właśnie, aktorzy ogrywają przed nami sceny , które musimy zdawać sobie z tego sprawę, będąc tylko i wyłącznie grą, fikcją, mają jednak poruszyć coś w nas samych, spowodować, że zastanowimy się nad czymś w jakiś głębszy sposób.

Wydaje mi się, że Kitano w tym filmie chce przekazać nam jedno. Nagromadzenie dramatu, nieszczęść mówi nam jedno.
Miłość, pomimo, że tu jak najbardziej przedstawiona w związkach damsko-męskich, to jednak  w każdym jej wymiarze (między kobietą a mężczyzną, ale również szczera przyjaźń), to uczucie, z którego nie powinniśmy rezygnować. To uczucie, którego nie powinniśmy sami na własne życzenie, lub kaprys, niszczyć. Po latach bowiem może się okazać, że jest to jedyne, co mogliśmy mieć tak naprawdę, reszta to złuda, której daliśmy się omamić.

Dla pesymistów, można też uprzeć się, że reżyser chce przedstawić miłość, jako uczucie wyniszczające, chociaż ja się z tym zdaniem nie zgadzam.

Mnie się ten film bardzo podobał i cieszę się ogromnie, że dałam mu drugą szansę. Ale , że również wtedy nie zmusiłam się do dokończenia go. Zapewne bowiem nie otrzymałby on mojej oceny, jaką jest  6 / 6.