„Czerwone kwiatki”. Reż. Yuan Zhang.

Tytuł oryginalny Kan Shang Qu Hen Mei , ang. Little Red Flowers.

Na wstępie bardzo wielkie dzięki dla Judytty za to, że poleciła mi ten film. Ja jakoś nie zwróciłam na niego uwagi a to błąd, bowiem przegapiłabym dobry kawałek kina.

Po raz kolejny przekonuję się, że nie powinnam w ogóle zwracać uwagi na oceny na filmwebie dotyczących filmów, które mam zamiar obejrzeć, bowiem nijak się mają one do moich własnych odczuć po obejrzeniu tychże.

"Czerwone kwiatki" to niezwykła opowieść o samotności. I tak, jak w przypadku japońskiego filmu "A my idziemy", o którym pisałam niedawno stwierdziłam, że jest on na wskroś uniwersalny, tak muszę powiedzieć, że w przypadku "Czerwonych kwiatków" chętnie bym parę słów usłyszała od sinologa. Dotyczących kultury i sytuacji współczesnych Chin. Na przykład powstania przedszkoli z internatami, do których oddaje się czteroletnie dzieci i nie widuje się ich praktycznie miesiącami. Ja o nich czytałam, ale być może nie wszyscy interesują się tematyką Chin dnia dzisiejszego.

Film zaczyna się, gdy do przedszkola zostaje odprowadzony mały czteroletni chłopiec. Nie chce on tam trafiać, zdaje sobie bowiem sprawę z faktu, że oznacza to praktycznie rozdzielenie z rodzicami. Ci jednak raczej nie przejmują się jego odczuciami. Mogła bym myśleć, że być może uwarunkowana jest taka a nie inna decyzja ich sytuacją, że na przykład muszą wyjechać do innego miasta do pracy i po prostu nie mają z kim zostawić dziecka, gdyby nie fakt ujawniony w dalszej części filmu a mianowicie tego, że jest to raczej drogie przedszkole, uczęszcza tam bowiem dziecko wiceministra.
Tak czy inaczej mały bohater zostaje oddany do placówki, która go przeraża, czemu daje wyraz płacząc rozpaczliwie, co niespecjalnie rusza uczucia przedszkolnych opiekunek czy innych dzieci.
Zostaje wtłoczony do społeczności, w której na pewno nie liczy się indywidualizm a masa. W której nie ma miejsca na własne pragnienia, chęci. W której dzieci na rozkaz mają się myć, na rozkaz jeść, na rozkaz w szeregu siedzieć na nocnikach i w otoczeniu kolegów z grupy załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby. Nie ma możliwości wyjścia przed szereg, każdy bowiem przejaw niesubordynacji i indywidualizmu jest tępiony w zarodku.
Kiedy jest się grzecznym, panie przedszkolanki na specjalnej tablicy przyczepiają przy nazwisku dziecka czerwony, tytułowy kwiatek. Nasz mały bohater nie ma żadnych kwiatków. Taką płaci cenę za fakt nieumiejętności wbicia się w rząd robiących to samo i pod jedno dyktando rówieśników.

To film raczej smutny, ale bardzo dobry. Opowiada o smutku, jaki zawsze towarzyszy samotności i nieakceptowaniu kogoś przez grupę, społeczność. Opowiada o tym, jak bardzo można zniszczyć kogoś patrząc na niego jedynie przez pryzmat własnych przekonań, jak można zranić swoimi uprzedzeniami, jak nietolerancja nie służy nigdy i niczemu.

Przejmująca jest końcowa scena, kiedy dziecko kładzie się na kamieniu. Kiedy to możemy mieć skojarzenie z nagrobkiem. Czy mały chłopiec umiera naprawdę? Czy tylko umiera w nim beztroskie dziecko, które nie chciało dać się stłamsić innym? Czy umiera jakaś jego część? To pozostawiają nam autorzy filmu do własnych przemyśleń i zastanowienia…

Co jeszcze zasługuje na podkreślenie, to rewelacyjna gra małych aktorów. Wiarygodna i na wskroś przejmująca.
Film obecnie co jakiś czas leci na kanale Ale Kino! i polecam go tym, którzy mają ochotę na kino ambitne i dla wrażliwców.

Moja ocena filmu 5 / 6.

„Dzicy detektywi”. Roberto Bolano.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyli Tomasz Pindel, Nina Pluta.
Tytuł oryginału Los detectivos salvajes.

Książka objętościowo słuszna. Czyli z cyklu "książka cegła". Czy słusznie taka zacna objętościowo? Według mnie nie. Powiem , a raczej napiszę tak, zawiodłam się na niej nieco i zdała mi się mocno, jak ja to nazywam "przegadana". Nie nie, ja zdaję sobie sprawę z faktu, że gdzie indziej tak się tą barwnością języka, surrealizmem opowieści zachwycam u latynoskich autorów a z pewnością Roberto Bolano takowym właśnie autorem jest. Niemniej jednak muszę przyznać, że jak dla mnie, książka nic by nie straciła, gdyby była mniejsza objętościowo, za to treść na tym nie straciłaby nic a nic. Mnie w pewnej chwili mocno już ona znużyła. Podczas lektury jej przeszłam niejeden moment zwątpienia i przez chwilę w ogóle rozważałam odłożenie jej, jednak ciekawiło mnie zakończenie opowieści.
Książka, której akcja dzieje się zarówno w mieście Meksyk, jak i (w momencie opowiadań) na całym prawie świecie, bo i w Europie i w Afryce i w Izraelu,  składa się z trzech części. Pierwsza, niezbyt długa, to pamiętnik siedemnastolatka, Garcii Madero (przynajmniej tak wszyscy się do niego zwracają), który opisuje w nim w tak już chyba niemożliwy dla współczesnej młodzieży naiwnie pełen wiary w możliwości świata i siebie samego, swoje pierwsze chwile jako studenta, który rezygnuje z prawa na rzecz przyłączenia się do grypy literackiej, jak również, pewnie o wiele bardziej ważne dla niego, swoje pierwsze seksualne doświadczenia. Poznaje on grupę Bebechorealistów (cóż za nazwa!), która to grupa reaktywuje działania obecnej w latach dwudziestych grupy o tejże nazwie. Jednak w latach pięćdziesiątych nie jest łatwo stworzyć grupę literacką. Niby to jest wiele dobrej woli, niby to jest pasja tworzenia poezji, niezwykłej, jak na owe czasy i chęć wydawania pisma. Niby jest dwóch guru tejże literackiej grupyArturo Belano (ciekawy zbieg okoliczności? 🙂 z nazwiskiem samego autora) i Ulises Lima, poeci, wokół których grupa się jednoczy a którzy mają wspólną pasję , niemal detektywistyczną, odkrycia śladów poetki Cesarei  Tinajero, która intryguje ich prowadząc do granic obłędu. Ale pierwsza część kończy się dość szybko i urywa na spektakularnej ucieczce przed pewnym alfonsem.
Druga część książki jest najbardziej rozbudowana i składa się z "opowieści-zeznań" (my, jako czytelnicy w pewien sposób możemy poczuć się tytułowymi dzikimi detektywami). Opowieści, które pełne są tego tak charakterystycznego dla Latynosów surrealistycznego poczucia humoru. Absurdalne zdarzenia, czasem to łączące się z następną opowieścią kolejnej osoby, czasem zaś zupełnie od niej oderwane tworzą ciąg przedziwnych historii, na których albo ma się wrażenie, że płynie jak surfer na dobrej fali albo też potyka i niemal upada. W pewnej chwili ma się wrażenie, że owe opary absurdu całkowicie zamazują nam pogląd na to, co chcą nam owi ludzie opowiedzieć a jest to ni mniej ni więcej a rodzaj wspomnień dotyczących właśnie tych dwóch guru Bebechorealistów, Belano i Limy. Tak naprawdę dalsze losy po ucieczce przed alfonsem poznajemy z tych urywanych, zeznawanych jakby różnym ludziom, wspomnień. Wspomnień dających różny obraz obu mężczyzn, a to zdolnych poetów, a to wręcz pozbawionych wszelkiego talentu, a to wręcz handlarzy narkotyków, którzy z poezją nic wspólnego mieć nie mogli.
W tej części pomiędzy słowami zeznających odczytujemy jedno, literatura się kończy. Nie ma nadziei na to, że ktoś się nią chce parać, interesować, ba, pasjonować. Literatura czy to jako poezja czy proza miała swoje pięć minut, które się skończyło.Przechodzi poważny kryzys. Nie ma już ludzi chętnych do życia nią, do poświęcania jej swojego życia. Pytanie, czy chodzi o literaturę tylko iberoamerykańską czy każdą? I czy jest to (jak sądzę) tylko i wyłącznie odczucie, jakie w wypowiedziach serwuje nam sam autor?
"Dzicy detektywi" więc w sporej częsci dotykają problemów współczesnej literatury, opowieści bowiem ciągną się od lat siedemdziesiątych aż po współczesne nam dziewięćdziesiąte. O książkach wspomina się tam często i gęsto i o tych jak najbardziej autentycznych, powstałych, jak również chociażby o jedynym meksykańskim autorze, który otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, czyli o Octavio Paz.
W trzeciej części książki wracamy do pamiętnika siedemnastoletniego bohatera, do roku 1976, kiedy poznajemy fakty mające miejsce po ucieczce przed alfonsem i rozwiązanie zagadki, czy tak intrygująca Belano i Limę poetka Cesarea Tinajero naprawdę istniała.

Jak pisałam powyżej, dla mnie ta książka jest nieco zbyt długa i przegadana, co mnie osobiście zmęczyło. Natomiast podobały mi się myśli i refleksje na temat współczesnej literatury i jej losów.
Na koniec zdanie, które ogromnie mi się podoba i które jest, oczywiście według mnie, bardzo prawdziwe.


"Wiesz, (…), co jest najgorsze w literaturze? (…) że człowiek zaprzyjaźnia się z literatami. A przyjaźń, choć bezcenna, zabija krytycyzm".

Moja ocena książki to 4 / 6.