Tytuł oryginalny Slumdog Millionaire.
Film, który widzieli już chyba wszyscy a ja dopiero niedawno.
I nie żałuję. Nie będę odnosić się do komentarzy, które wyczytałam na temat tegoż filmu, ponieważ właściwie jedyne, co mogłabym powiedzieć, to to, że niektórzy szukają chyba dziury w całym.
Owszem, nie jest to kino na megawybitnym poziomie. Spełnia jednak oczekiwania przynajmniej części tych, którzy go oglądali a mianowicie, na pewno zapewnia kawałek ciekawego kina.
Mnie osobiście zainteresowało przedstawienie Indii wreszcie nie jako barwnego kawałka Raju, z pięknymi miejscami na Goa, pachnącymi przyprawami, które aż kręcą w nosie jak to ma miejsce chociażby w jednym z moich ulubionych filmów, czyli "Monsunowym Weselu", a kraju, w którym oprócz dobrego dzieje się też wiele złego. Od razu do kontrujących moje zdanie. Wiem, że w Polsce również dzieje się wiele niedobrego. Natomiast uważam, że to dobrze, że film przedstawił te Indie, których nie chce się pokazywać w kolorowych, mających zwabić do odwiedzenia kraju, turystów.
Na swój sposób podobało mi się też, jak odpowiedzi na pytania zadawane w legendarnym teleturnieju "Milionerzy" znajdował bohater filmu, czyli Jamal a mianowicie znajdował je we własnych wspomnieniach. Niestety, nie najlepszych, bo dotyczących jego smutnego , przygnębiającego dzieciństwa w slumsach i to jest ta gorsza strona poprawności jego odpowiedzi.
OK, miłość, która pokona przeszkody, która zakończy się happy endem jest trochę jak z tak oklepanego już Bollywood, ale powiem , że mnie się ten film podobał , chociaż pokazuje życie takie, jakie jest, bez słodu, bez cukru i lukru. Dobra. Z happy endem. I to jedyne, do czego mogę się "przyczepić". Bo żyjąc na świecie tyle lat, ile żyję wiem jedno, happy endy zdarzają się głównie w filmach i książkach. Pewnie dlatego tak chętnie po nie sięgam:)
Dla mnie pewnym dyskomfortem jest wiedza na temat dzieci grających w filmie dziecięcych bohaterów. Dzieci faktycznie ze slumsów Indii, których życie, niestety, nie zakończy się zapewne happy endem. Zawleczono je do kapiących złotem wypasionych hoteli na rozdanie Oskarów, którymi obsypano ów film, aby po chwili sławy i chwały sytuacja wróciła do takiej, jaka była. Czyli żadnej. Beznadziejnej.
Bardzo mi szkoda, że zapraszający do gry w filmie dzieci twórców nie stać było na pomysł stworzenia na przykład fundacji, która umożliwiłaby dziecięcym aktorom kształcenie się. Informacje, które płynęły na temat tych dzieci nie są optymistyczne. Wiem, można mi zarzucić, że takich, jak one dzieci jest o wiele, wiele więcej. Dlaczego one miałyby dostać od losu coś więcej? Nie wiem. Może dlatego, że z chwilą, kiedy zostały wybrane do filmu , ktoś w jakiś sposób zrobił im jednak nadzieję na lepsze jutro? Wiem, zdaję sobie sprawę z faktu, że nie da się pomóc wszystkim dzieciom, ale jakoś "uwiera" mnie fakt, że (sięgając po "Małego Księcia") ktoś w pewien sposób "oswoił" te dzieci aby po chwili zniszczyć ich nadzieje.
Niemniej jednak sam film oceniam na 5 / 6.
„Pieśń wróbli.” Reż. Majid Majidi.
Tytuł oryginalny Avaze gonjeshk-ha (ang. Song of Sparrows).
Kino irańskie jest w sumie dla mnie dość dalekie i obce i chyba zupełnie niesłusznie.
Ostatnio zupełnie przypadkowo udało nam się obejrzeć "Pieśń wróbli", który to film nam obojgu spodobał się ogromnie.
Jest to kino z cyklu kino spokojne, ciche, bez akcji, która aż wiruje. Nie. To film o życiu. O życiu człowieka, który ma na utrzymaniu rodzinę składającą się z małżonków i trójki dzieci. Z których to jedna córka, najstarsza, ma problem ze słuchem i nosi aparat słuchowy. Rzecz o tyle ważna, że to jej popsucie popchnie żyjącego do tej pory i pracującego na farmie strusi bohatera do wielkiego miasta, jakim jest Teheran. Bohater filmu pewnego dnia ma pecha, jeden ze strusi ucieka z farmy, a on zostaje zwolniony z pracy. Ponieważ córka ma niefart, że zostaje zniszczony jej aparat słuchowy, jej ojciec siada na swój motor i udaje się do miasta, aby naprawić aparat słuchowy córki, która za jakiś czas ma do zdania ważne szkolne egzaminy.
W mieście zaś okazuje się, że zupełnie przypadkowo udaje mu się zdobyć nowe źródło dochodu, jakim staje się bycie taksówkarzem motorowym, jakbym to sobie nazwała. Jak się okazuje, niejeden taki porusza się po ulicach Teheranu, a więc nie jest to nic dziwnego.
I niby wydawałoby się, że życie ojca rodziny zmieniło się nawet na lepsze, bo przecież zyskał nowe, lepiej płatne źródło utrzymania, ale…nie jest tak lekko. Mamy zestawienie dotychczasowego życia bohatera filmu z nowym życiem miejskim. Życia prostego, ale uczciwego, może dla niektórych naiwnego, ale czystego, bez podstępów, bez zdrady, bez zakłamania, bez tego, co niszczy człowieka od środka z życiem w pośpiechu, z życiem, w którym liczy się zysk, pieniądze, w którym wiele osób może oszukać, chociaż nie wydawały się one być nieuczciwymi.
W filmie niezwykle istotnym elementem według mnie jest woda. Woda widziana oczami Muzułmanina, jako ta, która oczyszcza, ale czyż nie postrzegana w całym innym szeregu kultur jako element oczyszczenia właśnie? Ta, która zmyć może z nas zło, nasze grzechy, przewinienia?
Film nie kończy się spektakularnym happy endem. Film jednak według mnie daje nadzieję na to, że bohater zorientowawszy się w tym, jak miasto go niszczy, postanowi jednak zmienić swoje postępowanie i skierować swoje kroki na pewniejszą, znaną już drogę.
Mnie się ogromnie podobał.
Moja ocena filmu 5 / 6.
