…osoby, które mają w pakiecie kablówki kanał Zone Europa mogą dziś o 20.00 film na podstawie książki Amelie Nothomb "Z pokorą i uniżeniem" o przedziwnym jak dla mnie tytule "Bojaźń i drżenie".
Książka mi się ogromnie podobała, śmiałam się nie raz i nie dwa,ciekawe czy film równie zabawny.
„Rzymskie dolce vita”. Penelope Green.
![]()
Wydana w Wydawnictwie Pruszyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Katarzyna Kasterka. Tytuł oryginału When in Rome.
Kolejna opowieść o osobie, która porzuciwszy swój dotychczasowy styl życia ruszyła po przygodę w nowe rejony świata. Tym razem, Australijka we Włoszech, w tej części jej opowieści konkretnie w Rzymie.
To na pewno książka z cyklu lżejszych, ale mnie się podobała. Lubię opowieści o tych, którzy nie boją się łapać za swoje marzenia i z dumania jedynie przekuwać je w realia.
Myślę też, że nie bez znaczenia był fakt, że autorka jest prawie moją równolatką, zdaje się, że tylko dwa lata starsza ode mnie, jest też , co fajne, tak, jak i ja, zodiakalną Rybą, ba, z tego, co wywnioskowałam (bo konkretów nie udało mi się znaleźć w necie) być może urodzoną w podobnym czasie, co ja.
Niech Was nie zmyli tytuł a raczej jego fragment "dolce vita".
Życie, jego tępo i bieg wydarzeń nie ma na pewno nic wspólnego z nicnierobieniem.
Penelope (nawiasem mówiąc, świetne imię) rozpoczyna swoje życie we Włoszech początkowo na kursie językowym a potem wynosi się do stolicy Włoch i tam zaczyna pracować.
Pewne komplikacje przy uzyskaniu papierów pozwalających na legalny pobyt sprawia, że , podobnie, jak wiele jej znajomych osób status jej pobytu jest niestety niejasny, co tu dużo kryć, nie przebywa ona tam i nie pracuje w stu procentach legalnie. Ale, jak mówię, nie jest to żadne zadziwienie a autorka pod koniec książki stara się wyprostować to, co niejasne, aby nie plątać się jeszcze bardziej , niż trzeba.
Książka napisana jest w pogodnym stylu. Autorka jest osobą, która zauważa zarówno plusy jak i minusy miejsca, nie gloryfikuje go nadmiernie, ale też woli skupiać się na właśnie plusach i zaletach a nie wadach.
Co ciekawe, osoba ta w Australii była na bardzo dobrym stanowisku. Tu, jest praktycznie skazana na degradację, bo mimo jej najszczerszych chęci nie jest łatwo znaleźć jej pracę, tym bardziej, że jest na etapie nauki języka. Niemniej jednak nie płacze, nie poddaje się. Mając w sobie zdaje się dziedziczną siłę i przebojowość podejmuje pracę w restauracjach i biurze pośredniczącym w wynajmie apartamentów, gdzie jest recepcjonistką.
Powoli, powoli, zaczyna wyrabiać sobie swój własny rytm życia w tym specyficznym mieście. Pilnie ćwiczy swój włoski i kiedy ma trochę wolnego czasu, rozgląda się za jakimś włoskim przystojniakiem. Jej życie uczuciowe, to w ogóle osobna opowieść. Trochę słodko, trochę gorzko, trochę zabawnie, a trochę katastrofa;) na szczęście Penelope nie załamuje rąk i przyjmuje to, co niesie jej los ze swoistym poczuciem humoru, za który ją polubiłam i nie ja na pewno jedna, bowiem w Rzymie udaje jej się nawiązać sporo znajomości.
Stara się ona kontynuować swój zawód dziennikarki, co również prowadzi ją do poznawania nieznanych często innym miejsc Włoch czy zakamarków Rzymu, do których trafia wiedziona ciekawością.
Penelope ma okazję spełnić swoje marzenie i pragnienie. I chociaż być może spotykała się na początku ze słowami krytyki (sama miałam okazję poznać osobę, która lekceważąco wyrażała się o Polkach pracujących w Wielkiej Brytanii na posadach kelnerek, rozumiem, że dla niektórych taka praca jest nie do pomyślenia dla ich delikatnych rączek) to idzie ona wytyczonym rytmem i widać wyraźnie, że realizuje swoje szczęście.
Jej trzydziestka, którą ma okazję przeżyć w Rzymie wyraźnie jej i czytelnikowi to uświadamia.
Chwytajmy więc nasze marzenia i realizujmy je, nawet jeśli komuś innemu zdać się one mogą śmieszne.
Wydawnictwo informuje o zamiarze wydania dwóch następnych książek autorki. Ja wiem, że po nie sięgnę bo bardzo mi się podobała część pierwsza.
Moja ocena książki 4.5 / 6.
„Kamieniarz”. Camilla Lackberg.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2010).
Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginału Stenhuggaren.
Kolejna po "Księżniczce z lodu" i "Kaznodziei" książka z cyklu opowieści o życiu młodego policjanta Patrika i Eriki , jego partnerki na prowincji Szwecji we Fjallbace.
Mimo słów krytyki, jakiej nie szczędzą tej autorce "znajomi" forumowicze z forum o kryminałach, ja wciąż się cieszę, że się z jej książkami zapoznałam. Mnie one pasują, podobają mi się te kryminały, nie tylko będące kryminałami, ale również po prostu powieściami z rysem obyczajowo społecznym.
Mamy więc motyw kryminalny, co oczywiście nie dziwi, ale również garstkę obserwacji na temat współczesnej Szwecji i poruszenie tematów aktualnych w dzisiejszych czasach, takich , jak pedofilia czy przemoc w rodzinie, który to wątek zresztą prowadzony jest przez autorkę od pierwszej jej książki, w której to siostra Eriki okazuje się być ofiarą przemocy domowej ze strony męża.
Książka opowiada o dwóch czasach, jedne to te współczesne, w których Erika i Patrik są rodzicami małej Mai i przyjdzie im się zetknąć ze zbrodnią u sąsiadów. Druga opowieść cofa się w czasie do lat dwudziestych, kiedy poznajemy wydarzenia mające swój straszny finał w czasach współczesnych.
Co mi się podobało nie z kryminalnego wątku, to opis zmagań młodych rodziców z nową rolą, w jakiej się znaleźli. Autorka na szczęście nie zaserwowała nam przesłodzonych widoczków macierzyństwa, które zdaje się być stąpaniem po płatkach róż, o nie. Erika zmaga się z poważnym pogorszeniem nastroju po urodzeniu się córeczki, bywają chwile, kiedy czuje się wręcz bezradna, a nielubiana i wiedząca oczywiście wszystko lepiej teściowa nie pomaga jej w nastroju.
Akcja zaczyna się w chwili, kiedy łowiący homary rybak wyławia z wody ciało dziewczynki. Okazuje się nią być Sara, córka sąsiadki i przyjaciółki Eriki. Szybko wychodzi na jaw, że dziecko nie utopiło się samo, ktoś zamordował dziewczynkę.
Z biegiem czasu okazuje się, że zagmatwana sytuacja wskazuje na to, że wiele osób mogło mieć jakiś motyw zbrodni i nie jest łatwo wytypować jedną konkretną osobę. Z drugiej strony aż trudno uwierzyć w to, że ktoś, kto popełnił tak straszną zbrodnię może żyć gdzieś blisko, nawet być może w naszym sąsiedztwie.
W zacisznych domkach, mieszkankach żyją sobie niby to zwykli ludzie, o których nie da się powiedzieć nic złego, są przecież uczciwi i przyzwoici. Za ciężkimi storami mającymi nadać wygląd przytulności dzieją się jednak ludzkie dramaty, które jak to zwykle bywa, nic odkrywczego nie napiszę, najbardziej zwykle uderzają w najsłabsze ogniwo rodziny.
Mnie się ta książka podobała i z niecierpliwością czekam na zapowiedzianą przez wydawnictwo kolejną, pod tytułem "Ofiara losu", która ma się ukazać we wrześniu tego roku.
Moja ocena 5 / 6.
Toskania…
…przepiękna na pocztówce oczywiście zagościła u mnie wczoraj;)
Koszmarny i trzymający wszystkich w garści jak szantażysta nie przymierzając wulkan islandzki o nie do wymówienia dla przeciętnego i nie mającego chęci łamać sobie języka człowieka nie przeszkodził i oto koleżanka Dublinia spędza tam swoje włoskie la dolce vita, co na pewno sądząc po tym, że na pocztówce widnieje zdjęcie z jednej z toskańskich winnic, która jest w miejscowości Castellina in Chianti.
Zważywszy na to, że Dublinia pisała kartkę po degustacji win muszę przyznać, że musi dziewczyna mieć mocną głowę albo może w euforii radości z pobytu w tak pięknym miejscu wino aż tak do głowy nie uderza. Tak czy inaczej jak najbardziej adres poprawnie zapisany został a i pozdrowienia odczytałam bez problemu;)
Muszę napisać to, co zostawiłam w komentarzach już u kilku osób ostatnio a mianowicie ogromnie się cieszę, że tak sobie jeździcie po świecie, ja bowiem dzięki pocztówkom a potem zdjęciom na Waszych blogach podróżuję sobie po pięknych miejscach nie ruszając się z kanapy we własnym domu;)
kanadyjskie bieliki amerykańskie
Niestety, te z Estonii ostatnio niedostępne, z racji bodajże, popsucia się kamery czy innego niefarta, w każdym razie ja chwilowo podziwiam te, z Kanady. Młody? młoda? urósł dosłownie w oczach, zresztą, wciąż rośnie aż miło.
Link do kamery bielików amerykańskich z Kanady.
„Brak wiadomości od Gurba”. Eduardo Mendoza.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków 2010.
Tłumaczyła (brawurowo, oklaski dla pani tłumacz;) Magdalena Tadel.
Tytuł oryginału Sin noticias de Gurb.
Jedna z najśmieszniejszych książek, jakie w ogóle czytałam. Cudeńko śmieszności;)) Dosłownie co chwila głośno się śmiałam. Mało tego, czytałam ją na głos P. , praktycznie prawie całą. Niestety, książka niewielka objętościowo (a ją właśnie chętnie czytałabym o co najmniej drugie tyle obszerniejszą).
Niektórzy zapewne pamiętają, że ja uwielbiam prozę Mendozy. Uwielbiam go za trylogię kryminalną, ale nie tylko. Uwielbiam go za promowanie Barcelony w swoich książkach, za przesycenie ich tym niesamowitym surrealistycznym poczuciem humoru, które powoduje, że zaśmiewam się głośno i niemal do łez.
W tej książce jest tego humoru naprawdę dużo i zdecydowanie kolejna to książka, którą mogę polecić tym, którzy w danej chwili szukają czegoś weselszego, czegoś, co oderwie od trosk i zmartwień, co spowoduje, że się człowiek uśmieje zdrowo.
"Brak wiadomości od Gurba" to prześmieszny pamiętnik pisany przez nieznanego nam z imienia kosmitę, który przybył na Planetę Ziemia swoim statkiem kosmicznym wraz ze swoim podwładnym Gurbem, który wypuścił się na wyprawę do miasta Barcelony obdarzony żeńską postacią i …słuch po nim zaginął. W pamiętniku nasz bohater opisuje swoje życie w nowym świecie, w wielkim mieście, ale również poszukiwania zaginionego w mieście Gurba.
Można by powiedzieć, że kosmita w wielkim mieście, to tak naprawdę każdy z nas, który trafia w nowe warunki, w których do tej pory nie mógł być i który musi się przystosować. W swój humorystyczny sposób Mendoza umie pokazać jego powolne przystosowywanie się do życia w Barcelonie. Nowy mieszkaniec Barcelony uczy się kupić mieszkanie, oporządzić je. Nabywa nowe meble, zapoznaje znajomych, wydaje pieniądze (nadmiernie), smakuje (nadmiernie;) ukochane churros i inne smakowitości i alkohole dostępne w barach i restauracjach.
Humor Mendozy jest tak specyficzny i tak wspaniale absurdalny, że po prostu trzeba samemu przeczytać książkę, bo mnie się chyba nie uda jakoś zebrać w sensowną całość wyjaśnień dlaczego ta książka jest tak zabawna, ale jest i baaardzo mi się podobała i baaaardzo ją polecam.
Moja ocena 6 / 6.
„Czarna lista”. Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010). Tłumaczyła Aleksandra Stronka.
Tytuł oryginału Czernyj spisok.
Najgorsza, jak dotąd, według mnie oczywiście, wydana u nas książka jednej z moich ulubionych autorek, Aleksandry Marininy.
Nie wiem, być może wynika to z tego, że w tej części pożegnaliśmy się z dotychczasową główną bohaterką książek Marininy, czyli Anastazją Kamieńską a zamiast niej bohaterem jest zupełnie inny policjant, Władisław Stasow.
Akcja zaczyna się interesująco, aby potem stracić sporo na animuszu (mimo popełniania kolejnych zbrodni). Według mnie autorka sama nieco pogubiła się w tym, co chciała napisać i jak dla mnie nie wyszło to zachwycająco.
Atmosfera wielkiego filmowego świata kapiącego przepychem i ociekającego śmiesznostkami i grzeszkami ludzi z tego typu środowiska zostaje zakłócona przez pierwszą zbrodnię, oto zostaje zamordowana mająca otrzymać główną nagrodę aktorka. I nie jest to jedyny trup. Można powiedzieć, że akcja dopiero się zaczęła.
Stasow nie ma ochoty brać udziału w śledztwie, jednak można powiedzieć, że sytuacja zmusi go do tego, potem zaś w grę wchodzić będą powody osobiste.
Jak wspomniałam na początku, mam wrażenie, że akcja działa się szybko i dynamicznie, aby zapętlić się w środku i oklapnąć jakoś na koniec.
Nie, mnie ta książka jakoś nie wciągnęła, nie zachwyciła i pierwszy to raz, kiedy Marinina otrzymała ode mnie taką notę a jest to 3.5 / 6.
Acha, i jeszcze uwaga. Na okładce polecany jest audiobook tej książki z BŁĘDEM w nazwisku autorki. Brrr…
„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. Mary Ann Shaffer i Annie Barrows.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożyła Joanna Puchalska.
Tytuł oryginału The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society.
Jak pisałam nieco wcześniej, jedna z cieplejszych i pozytywnych książek, jakie czytałam niedawno. Owszem, ktoś może mi zarzucić zachwyt nad taką bajką dla dorosłych. A proszę bardzo , można sobie zarzucać, generalnie nie bardzo się tym przejmuję. Jak pisałam, na dany czas jak najbardziej potrzebuję opowieści optymistycznych, z dobrym zakończeniem. Nie musi być ambitnie, ma być tak, żebym się nie przybiła wewnętrznie. I to właśnie odczułam po lekturze tej książki.
Książki, która napisana jest tylko w formie listów pomiędzy jej bohaterami. Opowiada o Wielkiej Brytanii tuż po II Wojnie Światowej.
Pisarka Juliet ma niezwykłą okazję poznać pewne samorzutnie powstałe stowarzyszenie miłośników literatury. Owo stowarzyszenie powstało na okupowanej przez Niemców wyspie Guernsey, której mieszkańcy niejako zostali zmuszeni pewną życiową sytuacją do powstania owego, co zaowocowało niezwykle trwałymi przyjaźniami i faktycznym rozwojem pasji literackiej wśród jego uczestników.
Juliet pochodzi z Londynu, jednak niezwykłym zbiegiem okoliczności poznaje jednego z członków Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, co z kolei zaowocuje bogatą korespondencją między nią a członkami stowarzyszenia i nie tylko. Juliet będzie miała również okazję pojechać na wyspę Guernsey i znaleźć tam zarówno przyjaźń i nie tylko. Owszem, domyśliłam się tego i owego, ale…nie chcę za wiele zdradzać, a mnie samej to, że zgadłam nic nie przeszkadzało w lekturze.
Co mi się najbardziej podobało w książce? Miłość do książek właśnie, do literatury. Ciepło. Nadzieję, że można w każdej chwili życia znaleźć ludzi, którzy nas polubią, pokochają. Trochę, troszeczkę skojarzyła mi się ta książka z książką "Błogosławieni, którzy robią ser", pewnie dlatego, że też akcja jej działa się w nieco odosobnionym miejscu, w którym wszyscy sobie pomagali i wspierali się, jednak ta książka o wiele bardziej podoba mi się od tej o serze, taka prawda.
Tu historia osnuta jest wokół jednej osoby, której nie Juliet nie uda się poznać osobiście, Elisabeth, która na wyspie pozostawiła zarówno wielu przyjaciół, jak i ukochaną córeczkę.
Pewnie nie jest to książka dla tych, którzy poszukują mega ambitnej lektury. Nie, stwierdzam to z całą świadomością.
Jeśli jednak oczekujecie, że książka was pokrzepi, doda Wam optymizmu, spowoduje, że nie raz nie dwa zaśmiejecie się nad nią, a przy tym kochacie książki , to ta książka zdecydowanie jest dla Was.
Moja ocena książki 5 / 6.
„Lalki”. Reż. Tkeshi Kitano.
Do filmu podchodziłam dwa razy. Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego za pierwszym razem nie dokończyłam filmu. Być może wtedy nie był to jego czas. Być może…
Po raz kolejny zastanawiam się, na ile można oglądać filmy z miejsc tak różnych kulturowo jak ten właśnie bez jakichś tam znajomości kultury czy realiów. Przede wszystkim kultury, społeczności, obyczajowości. Moja refleksja znowu nasunęła się po przeczytaniu paru komentarzy w serwisie filmowym i przy niektórych dosłownie ręce mi opadły. Nie do końca rozumiem katujących się tych, którzy stwierdzając, że coś ich nudzi muszą. Muszą. Wytrwać. Może chodzi o kaskę wydaną na bilet? Nie mam pojęcia. Ja wiem jedno, mnie kino wschodnie zdecydowanie się podoba, przekazuje mi o sprawach uczuć bardzo , bardzo wiele, często czuję wiele spraw podobnie, co ciekawe, pochodząc z innego kręgu kulturowego i mając jednak nieco inne podejście do pewnych spraw, mając inny zasób zachowań i mając na uwadze, że zapewne co innego mnie dziwi, gorszy, denerwuje, śmieszy itd. A jednak , oglądając tego typu film mogę tylko go chłonąć i cieszyć się, że mogę podziwiać coś tak dobrego.
"Lalki" to opowieść o miłości. Tak naprawdę to trzy odrębne opowieści, jednak główna dotyczy pary jeszcze do niedawna, narzeczonych, z których to pary on okazał się słabszy i zerwał związek i zobowiązania w imię bezsensownych rad rodziców. Ona, po zerwaniu, popada w obłęd. Ma za sobą nieudaną próbę samobójczą, która mąci jej w głowie i dziewczyna ląduje w zakładzie.
On, zrywa kolejne zobowiązania i uciekając sprzed ołtarza wraca do niedoszłej żony a pierwszej narzeczonej, by odtąd wędrować z nią jako wyśmiewana przez dostojnych i tych czujących się lepiej statecznych mieszczan, po świecie, połączonych ze sobą zarówno fizycznie (sznur łączący parę) jak i na wieki psychicznie.
Są jeszcze dwie opowieści w tym filmie. Jedna dotyczy dawnego robotnika, który wybił się, został szefem yakuzy, i po latach przypomina sobie dawną miłość, która ongiś przynosiła mu co sobotę obiad na ich ulubioną ławkę w parku. Po latach okazuje się, że i park przetrwał i ta sama ławka i na niej zasiada również obgadywana przez ludzi starsza już pani, która od lat, jak wszyscy wiedzą, czeka na chłopca, który miał według niej powrócić do niej. Wiernie czeka. Nie doczeka się wyjawienia prawdy, niestety.
Jest też w końcu młoda piosenkarka pop, mająca od lat wielu fana, najwierniejszego z wiernych, który jest w stanie pozbawić się wzroku aby móc się do niej zbliżyć po jej wypadku.
Wydaje mi się, że Kitano w tym filmie chce przekazać nam jedno. Nagromadzenie dramatu, nieszczęść mówi nam jedno.
Miłość, pomimo, że tu jak najbardziej przedstawiona w związkach damsko-męskich, to jednak w każdym jej wymiarze (między kobietą a mężczyzną, ale również szczera przyjaźń), to uczucie, z którego nie powinniśmy rezygnować. To uczucie, którego nie powinniśmy sami na własne życzenie, lub kaprys, niszczyć. Po latach bowiem może się okazać, że jest to jedyne, co mogliśmy mieć tak naprawdę, reszta to złuda, której daliśmy się omamić.
Dla pesymistów, można też uprzeć się, że reżyser chce przedstawić miłość, jako uczucie wyniszczające, chociaż ja się z tym zdaniem nie zgadzam.
Mnie się ten film bardzo podobał i cieszę się ogromnie, że dałam mu drugą szansę. Ale , że również wtedy nie zmusiłam się do dokończenia go. Zapewne bowiem nie otrzymałby on mojej oceny, jaką jest 6 / 6.
nie piszę…
…bo mam kocioł na głowie, różny taki. Nie ma o czym tu pisać. Tak czy siak, daję znać, że jestem;) tylko jakby mnie na blogu mniej.
Ale, muszę odnotować, wczoraj na polu stojąc zobaczyłam, jak ludzie nieopodal wgapiają się w coś w górze, spojrzałam i ja i była to czapla siwa lecąca…Dzisiaj coś jeszcze lepszego! Bocian. Czarny! Ha. Jak dla nas, to pierwsze spotkanie z tym osobnikiem. Chyba nawet podczas naszych wyjazdów na Mazury nie udało nam się go zobaczyć w naturze, chyba, że przelatywał a my myśleliśmy, że to zwykły, kto wie. W każdym razie niezwykłe ptasie spotkania.
Czytam teraz cudeńko literackie, książkę, którą dziewczyny poleciły na Forum Książka, która mi się potem śniła po nocach i którą wiedziałam, że muszę mieć. A jest to książka o świetnym tytule "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek", Mary Ann Shaffer i Annie Barrows. Daaaaaawno nie czytałam tak ciepłej, dobrej książki, z której biją niesamowicie ciepłe dobre emocje. Na mój obecny czas i nastrój i wszystko razem to to, co jest mi najbardziej potrzebne.
Zapomniałam napisać;) Doszła do mnie kartka z ulubionego Wiednia, z balkonami z fasady Hundertwasser Haus i przyjemna dla oka zakładka do książek z motywem artystycznym z pracy Klimta. Dziękuję za pamięć;)
