Joanna Nicklasson-Młynarska, Mikael Backman „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi”.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2010). Przekład Dominika Górecka.
Tytuł oryginału Ett nytt liv vid vagens ande. Om mat, manniskor och konsten att kopa hus i Grekland.

No, dałam, dałam to do literatury obcej, mimo, że współautorką jest Polka. Ale książka jakby nie było, jednak napisana nie po polsku, o czym świadczy tłumaczenie.
No i styl, taki jakiś oszczędny.Dosyć konkretny. Taki szwedzki.
Ojej, dość długi wstęp a to dlatego, że…rozczarowałam się tą książką. No, rozczarowałam i już. Niestety, początkowo myślałam, że wreszcie doczekałam się książki autorstwa Polki, która mieszkała tu u nas, w Polsce jak najbardziej i to tu podjęła decyzję o zmianie życia, a nie za granicą , jak to było w przypadku współautorki i to z Polski wyniosła się do Grecji. Po drugie, sami wiecie, jak wielbię Grecję i wszystko, co z nią związane, a więc logiczne było, że zastrzygłam uchem, jak tylko usłyszałam książka o życiu, zaczęciu nowego życia w Grecji. Nie dość, że książka jest z tego nurtu, który tak lubię, czyli właśnie opis zaczęcia nowego życia, w nowym kraju, co ważne, to jeszcze dotyczy mojej ukochanej Grecji. Czego mi więcej było potrzeba aby się na nią skusić? No i skusiłam się.
Nie, nie powiem, że książka jest zła. Ale i nie rzuciła mnie na kolana. A powinna. Powinna sprawić, że po jej przeczytaniu powinnam rozszlochać się i postawić P. pod ścianą obrzucając go argumentami, że szczęście w życiu da mi natychmiastowa (najlepiej jeszcze przed długim weekendem) wyprowadzka do Grecji;) Nic takiego nie miało miejsca (podejrzewam, że P. raczej się cieszy;).
Hmmmmmm…czytając czynię sobie swoim ołówkiem w kratkę (dzięki Obiezy_swiatko) notatki w notesie (dzięki Chihiro). I jak je sobie przeglądam wychodzi na to, że w sumie więcej wypisałam negatywów, niż pozytywów. Pozytywne jest jak dla mnie w sumie jedynie to, że autorzy książki zdecydowali się na ruch wyniesienia się z zimnej, ciemnej bez słońca , przygnębiającej Szwecji (która to będąc dla nich obojga drugą ojczyzną nie zdaje się być przez nich chyba tak do końca wspaniale postrzegana) do cudownej Grecji.
Jednak , co mi się ogromnie podobało w większości książek dotyczących takich zmian, autorzy ich,  opisując nowe realia zdają się robić jedno. Akceptują nowe miejsce w całości. Nie, nie mówię, że autorzy nie akceptują Grecji, ani miejsca, wioski Sigri dokąd się wynieśli wyjeżdżając na Wyspę Lesbos. Ale w bardzo wielu miejscach czułam się nieco, jakbym czytała polskie fora turystyczne. Niestety. Po pierwsze, szczerze? Irytowała mnie ogromnie niechęć do Niemców wykupujących miejsca w Grecji. A dlaczego? A dlatego, że skoro ktoś te miejsca wykupuje, to logiczne jest jak dla mnie , że jakby nie było, ale ktoś im te miejsca sprzedaje. Nie ja, nie Ty, no więc może Grecy, prawda? Tak, ktoś sprzedaje te w ruinie najczęściej będące lub kosztujące ciężkie pieniądze domostwa. I jeszcze raz zadam pytanie, szczerze? Gdybym miała te pieniądze, jakie mają niektórzy Niemcy, kupiłabym sobie może i całą wyspę, jeśli tylko tak by się dało. A tak! A tak, to brakowało mi jeszcze dobitnego stwierdzenia, że Niemcy są głośni, piją zbyt dużo piwa i puszczają głośne bąki.
Opis turystów na stronie 83 i 84 w ogóle mnie zirytował. Rozumiem, że miało być śmiesznie. Wyszło, jak wspomniałam, jak na większości polskich for dotyczących turystyki, gdzie szczytem zabawności jest podkreślenie, jak śmieszne jest noszenie skarpet do sandałów. Może moja szczerość zdać się komuś zbytnia, ale ja chyba już zakończyłam ten etap w swoim życiu, gdzie tego typu spostrzeżenia są dla mnie najważniejsze. Wolę chyba skupiać się podczas wyjazdów na czymś innym…tak myślę.

Chyba dlatego tak mnie to rozdrażniło, bo do tej pory autorzy tego typu książek swoje nowe życie traktują z wielkim przymrużeniem oka. Biorą je ze wszystkim "za" ale również i "przeciw" czyli jak ktoś wynosi się w miejsce, gdzie wykupowane są nieruchomości, to potem go to nie dziwi. Jeśli spotykają tam swoich dawnych krajan, którzy rozbawiają faktem poszukiwania swoich posiłków narodowych podczas wyjazdu, to się z tego najwyżej śmieją w duchu a nie dzielą tym na łamach swoich wspomnień.Pewnie dlatego brzmią baaardzo optymistycznie.  Raczej skupiają się na ludziach, którzy ich otaczają, na serdeczności, jaką się im okazuje, akceptują, tolerują fakt, że miejsce, gdzie się wynieśli stało się mniej czy bardziej popularne pod kątem turystyki. Myślę, że stosują maksymalne poczucie akceptacji tego, gdzie zapuszczają swoje korzenie na nowo i to stanowi , dlaczego tak mnie te książki pociągają.

Bardzo mi przykro, że ta recenzja moja dzisiaj taka bardziej negatywna, niż pozytywna. Podkreślę to, co jest zaznaczone w opisie mojego bloga, a co mnie wydaje się być oczywiste, czyli fakt, że to są jedynie moje osobiste odczucia po lekturze, totalnie subiektywne. Być może ktoś inny znajdzie w tej książce to, czego szukał i być może się nią bardziej zachwyci.
Powiem co mnie najbardziej zachwyciło w książce, a mianowicie cudowne i nastrojowe ilustracje (akwarele?) autorstwa Andrzeja Płoskiego. Są wspaniałe i oddają ducha Grecji.

Moja ocena książki 3.5 / 6.