Film, który możecie obejrzeć jutro (25 kwietnia 2010) na kanale Ale Kino! o godzinie 17.50 pod zagadkowym tytułem "A my idziemy" podczas , gdy na filmwebie figuruje on pod tytułem "Ciągle na chodzie" (ang. "Still walking"). Tym, którzy lubią filmy bez szaleńczej akcji, raczej sięgającej w głąb nas samych, powinien się spodobać. Dla miłośników tego, co z Japonii, to zapewne pozycja "obowiązkowa". Piszę zapewne, bo sama mimo fascynacji tym krajem, nie wszystkim co stamtąd się zachwycam. Ten film jednak bardzo mi się spodobał, co przewidziała niemal proroczo;) Chihiro, która ten film widziała znacznie wcześniej, niż ja i o nim pisała, o w tym wpisie.
Przed emisją filmu wystąpił oprócz pana prowadzącego słynny japonista Lipszyc, muszę jednak powiedzieć, że mimo mojego szacunku do tego znawcy kraju kwitnącej wiśni, jak dla mnie owo wystąpienie nie było obowiązkowe. W filmie oczywiście były elementy typowo japońskie, ale jednak, nic na to nie poradzę, ów film jest na wskroś uniwersalny. Tak naprawdę mógłby powstać pod każdą szerokością geograficzną na kuli ziemskiej. Wszędzie tam, gdzie ludzie (znam takich osobiście) sami już mocno dorośli i mający własne dzieci, często w większej niż jedno, ilości, dostają alergii na myśl o odwiedzinach w domu rodzinnym. Którzy wiedzą, że po wizycie u rodziców, którzy zmiażdżą ich psychicznie w dwie godziny, "odchorowywać" będą taką wizytę przez długi, długi czas.
Wspomniałam o owej uniwersalności filmu. Owszem, w Japonii oczekuje się, że najstarszy syn najczęściej przejmie interes czy biuro ojca, ale…jak dla mnie faworyzowanie jednego z rodzeństwa występuje dokładnie na całym świecie, bez względu na to, czy owo rodzeństwo zostało powite w Japonii, Ameryce, Polsce czy Australii. Owszem, sama będąc jedynaczką, mogę sobie tylko o tym gdybać, jednak po prostu miałam przyjaciół i znajomych mających rodzeństwo i praktycznie większość z nich potwierdzała fakt, że są siostry czy bracia bardziej faworyzowani.
W filmie poznajemy rodzinę japońską. W domu rodziców spotykają się żyjąca siostra wraz z mężem i dwójką dzieci i żyjący brat z żoną i przybranym synem (ożenił się on bowiem z wdową co nie do końca podoba się jego matce). Spotykają się przy okazji kolejnej bolesnej (najbardziej, szczerze mówiąc dla rodziców) rocznicy tragicznej śmierci najstarszego z rodzeństwa, brata, który ratując życie koledze, sam utopił się w morzu.
Niby to spotkanie rodzinne, można by oczekiwać, że będzie miło, przyjemnie, rodzinnie, nic bardziej mylnego. Wiele jest oczekiwań, wiele przewidywań tego, co będzie miało miejsce. Wiele jest też skrywanych pretensji, tajemnic, sekretów, których nie wyjawia się rodzicom (po co, skoro od dawna są to jedynie obcy własnym dzieciom ludzie?).
Film nie oszczędza. Nie obiecuje poprawy rodzinnego klimatu. Nikt tu ani nie zrobi karczemnej awantury, oczyszczającej atmosferę, ale również nie rzuci się nikomu w ramiona z intencją przebaczenia i zapomnienia żalów, które mamy w stosunku do innych. Nikt tu nie spełni swoich marzeń aby poprawić kontakty z tymi, z którymi się powinno. Cóż, jak dla mnie to właśnie ogromnie życiowe, niestety, ale ogromnie, ogromnie prawdziwe.
Film niesie ze sobą jedno przesłanie, mamy w sobie samych o wiele więcej z rodziców, nawet tych, których wydaje nam się, że nie lubimy, nie szanujemy i nie kochamy, niż nam się samym zdaje. I chyba tylko my sami jesteśmy w stanie wymyślić sposób na to, jak dać sobie z tym faktem radę. Jak sobie z tym poradzić. I jak nie popełniać (jest taka nadzieja, musimy w to wierzyć) błędów naszych rodziców.
Ogromnie polecam. Moja ocena to 6 / 6.
