Autor filmu zwrócił się o prośbę, możliwość sfilmowania życia poza murami tego największego klasztoru Kartuzów we Francji i usłyszał odmowę. Może za dziesięć, trzynaście lat, jak mu powiedzieli. Szesnaście lat potem sami zwrócili się do niego. Jak określił reżyser, byli już gotowi. Jak dla mnie to podsumowanie filmu jest jednocześnie smakowitym podsumowaniem tego, o czym opowiada film. O niespieszności życia w zakonie. O nie biegu. O nie pośpiechu. O nie tłumie. Celowo tak to niezgrabnie formułuję.
Film ten przydał mi się zdecydowanie obecnie, kiedy to na zewnątrz klimaty jakie są. Czyli powrót do normy. A mój nastrój jest taki, że zdecydowanie potrzebowałam wyciszenia i refleksji. Które w seansie otrzymałam.
Film trwa długo, ponad dwie godziny i zawiodą się ci, którzy miłują kino akcji. Mało tego, tak naprawdę nawet ci, którzy oczekują po prostu aby wiele się działo, aby akcja była w miarę wartka mogą odczuć zawód. Film bowiem to owoc rocznego rejestrowania na taśmie życia mnichów w zakonie. Słów pada tu niewiele, chociaż nieco wbrew tytułowi nie panuje w nim jedynie cisza, nie nie. Niemniej jednak więcej tu milczenia niż słów. Słowa padają w nielicznych rozmowach (czasem wręcz ploteczkach jak ta dotycząca tego, jak wygląda życie w innych klasztorach), drobnych wyjaśnieniach co do reguły klasztoru, jak również wyśpiewywane w psalmach.
Ach, no i oczywiście podczas zabawy z mieszkającymi w klasztorze wraz z braćmi kotami.
Bałam się przed seansem, że w filmie zobaczę właściwie głównie aspekt duchowy życia za murami. Oczywiście nie zdziwiło by mnie to, trudno spodziewać się czegoś innego po sfilmowaniu życia w tak konkretnym miejscu. Niemniej jednak wielkim plusem, jak dla mnie jest przedstawienie zwykłego życia, zwykłych czynności towarzyszącym mieszkaniu w takim miejscu. Są też oczywiście modły, msze, śpiewy psalmów, ale jest też sianie ziół, przygotowywanie pożywnych postnych posiłków, jest reperowanie buta, czy spacery po okolicy jak również wizyta rodziny.
Słów, jak mówię, niewiele, ale jak dla mnie to nie jest minusem. Z przyjemnością napawałam swoje oczy obrazami życia w miejscu jak dla mnie bardzo "egzotycznym". Nastrój jakoś się poprawiał, kiedy widziałam, że ludzie potrafią znaleźć szczęście i radość nie tylko w wirze, tłumie, zamieszaniu, gwarze, często natrętnym hałasie, ale właśnie w atmosferze medytacji, rozmodlenia, ale i również wykonując zwyczajne czynności.
Jak mówię, na mnie ten film podziałał wręcz kojąco. Tego mi było trzeba. Gdzieś po drodze kołatało się wspomnienie innego filmu poniekąd dotykającego życia mnichów, a myślę o "Wiosna, lato, jesień, zima i …wiosna".
Z innych refleksji, przychodzą mi też pytania zupełnie innej natury. Czym tak naprawdę jest powołanie. Aby odciąć się tak bardzo od życia tu i teraz trzeba chyba naprawdę już je odczuwać. Ale też pytanie przewrotne, jaki procent ludzi tam żyjących właśnie je odczuwa. Czy nie ma tam naprawdę nikogo, kto tego typu życia nie potraktował jako jedynie ucieczkę od życia i odpowiedzialności poza murami klasztoru?
Wiele pytań, jakie się nasuwają, ale i poczucie spokoju, jaki mnie ogarnął. Spokoju, jaki jest podsumowany tym zdaniem, które z pamięci przytoczyłam na początku. Jednym słowem, czasem warto jest i na coś czekać i na coś dłużej się przygotować. Warto.
Moja ocena filmu 6 / 6.
