„Julie&Julia”. Reż. Nora Ephron.

Chciałam, bardzo chciałam zalinkować Wam refleksje na temat filmu autorstwa mojej prywatnej guru of filmów, Pani Spacer_biedronki, ale od kilkudziesięciu minut dłubię, niby wiem, co mam w google wrzucać a nijak nie chce wyskoczyć oprócz jakiejś kopii;(
Szkoda, bo fajna recenzja. No nic, trudno.
Dobra, jestem uparta, to w ten link klikajcie.

Teraz powinnam wyjść na kwadrans spaceru (niekoniecznie biedronki;) aby ukoić zniszczone wojowaniem z bloxem, googlem i netem ogólnie nerwy;)

Zamiast tego jednak napiszę swoje własne parę słów na temat tegoż filmu. Otóż, zastanawiałam się, jak uda się go przełożyć na język obrazów. Jednak, jakby nie było książka jest bardzo specyficzna. To nie jest tylko opowieść o podjęciu wyzwania, jakim jest przegotowanie wszystkich przepisów z książki o kuchni francuskiej autorstwa Julii Child przez nieco (nieco?:) sfrustrowaną trzydziestolatkę Julie. To przede wszystkim blog, pamiętnik, i jak tu przełożyć pamiętnik na obraz? Pewnie czasem się da, ale czasem to ryzykowne. Moim zdaniem w tym przypadku udało się i powiodło się.. Nie, nie jest to jakieś filmowe arcydzieło, ale moim zdaniem plasuje się na półce wyższej niż niższej, mnie przynajmniej pasowało zdecydowanie.

Film opowiada zarówno o czasach nam współczesnych, w których to Julie podejmuje się swojego indywidualnego wyzwania , zakłada blog i opisuje na nim wojowanie z przepisami Julii Child, ale również cofamy się do lat pięćdziesiątych , w których poznajemy właśnie ową guru kuchenną, Julię Child , która wraz z mężem trafia do Paryża, w którym się nieco nudzi. Podobnie, jak jej następczyni jest bezdzietna, nie zanosi się aby stan ten się zmienił, a nie bardzo pasuje jej bycie tylko kurą domową. Chce czegoś więcej. I ona sama czyni sobie swoje wyzwanie i zaczyna wgłębiać się we francuską sztukę kulinarną. I z tego wyzwania, podobnie jak dla Julie, urodzi się coś więcej. Nie tylko zrealizowanie pasji, ale również książka, która ukaże się potem w Stanach Zjednoczonych ale również i program w telewizji, w którym będzie się ona również realizować.

Muszę powiedzieć, że mnie podobała się gra obu pań, zarówno Maryl w roli egzaltowanej nieco Julii Child jest rewelacyjna, jak my Amy Adams, która wcieliła się w rolę Julie, przytłamszonej i przygnębionej narastającymi problemami dnia codziennego.

Dla mnie zarówno książka, o której pisałam Wam tu, o w tym linku jak i film jest rewelacyjna a mianowicie z jednego powodu. Te obie kobiety, mimo tego, co je różni na pewno łączy jedno. Robią coś z pasją ale i, co jest według mnie super, robią coś nie dla kogokolwiek innego, jak tylko dla siebie samych. Promują zdrowy egoizm, który pomaga na pewno w chwilach trudnych i przynoszących zwątpienie.

Mnie się podobał i polecam.
Moja ocena filmu 4.5 / 6.