„Rewers”. Reż. Borys Lankosz.

Podczas Świąt obejrzeliśmy film "Rewers". Słyszałam o nim wcześniej same zachwyty a ponieważ współczesne kino polskie (mówię tu raczej o tak zwanych komediach romantycznych) mnie zupełnie nie kusi tym bardziej zainteresował mnie ten tytuł, o którym wcześniej słyszałam i gdzieniegdzie czytałam. Niemniej jednak nie na tyle dużo, abym znała akcję filmu a to dobrze, bo jednak to lepiej.
Muszę powiedzieć, że mimo, że film mi się podobał, nie stwierdziłabym na pewno, że mnie zachwycił. Co mi się bardzo podobało, to gra postaci kobiecych, na pierwszym miejscu rola Agaty Buzek w roli Sabiny-rewelacja, muszę powiedzieć, również Janda w roli matki Sabiny i Anna Polony w roli babci są świetne.
Role męskie , to ciekawe, jakby stanowiły wyblakłe tło dla silnych i wyrazistych ról kobiet w tym filmie. Jakby nie z tą samą siłą i mocą zagrane, tak mi się wydaje, szczególnie główna rola amanta Sabiny, Bronka, którego grał Marcin Dorociński. Dobrze zagrane, ale przy Sabinie wypada według mnie dość blado.
Myślę, że nastawiłam się na więcej a otrzymałam przyzwoite kino, ale bez niewiarygodnych fajerwerków.
Co mi się jeszcze podobało, to fakt, że film mimo, że dzieje się w latach pięćdziesiątych, to nie jest przedstawiona megamartyrologicznie. Ufff. Ucieszyłam się, że mogłam po prostu popatrzeć na kryminał tak naprawdę dziejący się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku (jak to brzmi, co?:).
Akcja filmu dzieje się niedługo przed śmiercią Stalina. Na razie jednak Stalin żyje sobie w najlepsze a zamordyzm w kraju trwa. Jednak ludzie starają się żyć jak to się mówi "pomimo wszystko". Starają się mieć pracę, na przykład, jak Sabina, w Wydawnictwie Literackim, starają się zakładać rodziny itd.
Mimo to, za niektórymi z nich wciąż ciągnie się jeśli nie arystokratyczne to co najmniej inteligenckie pochodzenie. Gorzej, jeśli jak w przypadku rodziny Sabiny , przodkowie byli okropnymi wyzyskiwaczami czyli na przykład posiadali kamienice czy aptekę.
Akurat wchodzi prawo o reglamentacji złota. Jak wiedzą niektórzy, za PRL złota mieć obywatel nie mógł. Mnie to zawsze ciekawiło, bo akurat za granicą wschodnią u naszych ówczesnych braci (haha, układy mieliśmy faktycznie iście rodzinne;) owej reglamentacji złota nijak nie było, co widać było po braciach i siostrach zza owej granicy, którzy wręcz okapywali złotem, ale to inna sprawa. Rodzina Sabiny ma pecha, bowiem posiada złoty dolar amerykański z demaskującym ich jako wrogie siły ówczesnego socjalistycznego narodu napisem "wolność":) Pech, jak pech, Sabince zdaje się, że wie, gdzie najlepiej skryć będzie ową monetę.
Matka Sabiny próbuję ją nieudolnie swatać bowiem córa przekroczyła wiek w tamtych czasach niemal matuzalemowy czyli co by nie mówić, przekroczyła trzydziestkę. A tu nie widać na horyzoncie kandydata na męża i ojca.
Do czasu, kiedy w życiu Sabiny pojawi się wybawiciel z pewnej dramatycznej sytuacji, Bronisław. Mężczyzna przystojny, który (ależ szczęście!) zaczyna regularne zaloty w stosunku do Sabiny. Można powiedzieć brzemienne w skutkach;)
Więcej nie zdradzę.
Po raz kolejny natomiast pochwalę Agatę Buzek, która według mnie zagrała świetnie Sabinę, kobietę niby to bezradną i nieśmiałą, ale kiedy trzeba umiejącą wykazać się siłą i determinacją.
Trochę, trochę w tle w pewnej chwili przebrzmiał mi "Volver", ci, co oglądali wiedzą, o co mi chodzi.
Podsumowując, film ze świetną scenografią i klimatem lat pięćdziesiątych i dobrymi rolami kobiecymi, zdecydowanie można obejrzeć, bo dobry, ale nie jakaś niezwykła rewelacja według mnie, oczywiście.
Moja ocena filmu 4 / 6.

„Suma naszych dni”. Isabel Allende.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010).
Przełożyła Marta Jordan. Tytuł oryginalny La suma de los dias.

Wreszcie mogę podzielić się z Wami swoimi wrażeniami na jej temat;) Recenzja czekała, bo umówiłam się z Panem z Wydawnictwa, że ukaże się w początku kwietnia, jako, że sama książka zostanie wydana o ile się nie mylę w okolicach 20 kwietnia. Tak więc wciąż macie na co czekać;) Mnie udało się otrzymać egzemplarz recenzencki, który dosłownie połknęłam!

Dawno żadna książka aż tak nie „skotłowała” mi myśli i duszy. Ale to dobrze. Taka właśnie jest literatura. Taka powinna być. Spowodować gonitwę myśli, refleksje, jakieś nasze własne spostrzeżenia. Przy niej, powiedziałam do P. „Wiesz, jak ja się cieszę, że mam książki. To jest moje życie”.
Nie wiem, czy znacie i lubicie Allende. Ja „odkryłam” ją sama dość dawno, kiedy ukazywały się pierwsze na naszym rynku jej książki i zachwyciłam się jej książkami. Jest dokładnie taka, jaka powinna być autorka latynoska, dosadna, prowokująca,  dosłowna a jednocześnie powodująca, że zastanawiamy się, czy to, co czytamy mogło by się wydarzyć, czy nie. Jej książki to rodzaj prozy jaki lubię, taki, który prywatnie określam takim, który można kroić tyle jest na nim warstw i lukru ale i gorzkich smaków. Jak w życiu, jest słodko i gorzko. A do tego nieprzewidywalnie.

„Suma naszych dni” to opowieść autorki do jej zmarłej córki, Pauli o tym, co działo się w rodzinie Pauli i Isabel po śmierci Pauli. Kto czytał „Paulę” Allende wie, że książka to bardzo trudna. Opowiada o wielkiej miłości matki do córki, spędzeniu ostatnich miesięcy umierania córki pod opieką matki, jak również jest to jedna z tych książek, do których wie się, że się nie wróci aby nie sięgnąć dna rozpaczy, która udziela się podczas lektury.

„Suma naszych dni” jest pogodniejsza, bo to nic innego, jak snucie rodzinnych opowieści. A któż  z nas ich nie lubi? Zresztą nie wiem, może są tacy, którzy za tym nie przepadają. Ja wręcz odwrotnie. I czytając tę książkę odnosiłam wrażenie, że usiadłam przy jakimś dobrym napoju i smakowitym daniu wraz z Allende, która to właśnie snuje rodzinne opowieści, historie, w których przeplata się miłość i namiętność, ból, smutek i gorycz, poczucie krzywdy i ale i wdzięczności do losu za to, co się ma. Jest tu też miejsce na opowieść o wielkiej sile kobiet (tak mi to trochę Almodovarem „zapachniało”), o sile „plemienia” jak nazywa autorka rodzinę, którą stara się trzymać często aż przesadnie (według mnie ale to zdaje się norma dla rodzin latynoskich) obok siebie.
Jest tu mowa o tym, jak kobiety są w stanie wspomagać się w najtrudniejszych chwilach i o tym, jak odkrywają, że czują się szczęśliwe także ze swoimi mężczyznami, w których mogą również znaleźć wielkie oparcie. Czujemy się pokrzepieni odkrywając w słowach autorki, że na szczęście życie składa się nie tylko z samych sukcesów , ale i z porażek. Tak, pokrzepieni, bo odkrywamy, że innym też nie zawsze wiedzie się, jak po maśle. Że życie autorki też składa się z niepowodzeń,o których ona sama nie waha się mówić. To taka swoista „spowiedź”, z tym, że szeptana wprost do ucha Pauli, córki, którą kocha ona wciąż tak samo i po śmierci której ból nie jest mniejszy ani trochę, z tym, że można po prostu z nim żyć. I cieszyć się tym życiem, z tym, że z poczuciem nieodwracalnej straty.

Świetnie odmalowany jest czas żałoby, tej najtrudniejszej bo zaraz po śmierci córki i w latach następnych. Myślę, że ci, którzy nie umieją się do końca podnieść po śmierci kogoś bliskiego zrozumieją dzięki autorce, że nie tylko im się to przydarzyło. Nie chcę sugerować , że autorka zatopiła się w smutku i żałobie i nie powróciła do życia i świata żyjących, nie. Ale ona nie usiłuje, co często się zdarza, żyć i pokazywać światu, że „nic się nie stało”. Nie, ona nosi w sobie wciąż pamięć córki i myślę, że dzięki temu również jest tak silna, a z opowieści wynika, że życie nie zawsze zarówno ją i jej bliskich rozpieszczało.

Dałam się porwać niezwykłym opowieściom o tak naprawdę życiu po prostu autorki. Jak zwykle dałam się porwać tym historiom, po trochu odnajdując w nich jakieś podobieństwa do historii z własnego życia. Muszę też powiedzieć, że bywały chwile, kiedy uroniłam łzy wzruszenia doznając osobistego katharsis.

Ogromnie mi się ta książka podobała i cieszę się, że mogłam ją przeczytać. Polecam wszystkim tym, którzy lubią rodzinne opowieści, opowieści o życiu, tym, którzy lubią słuchać, słuchać, słuchać.

Na stronach wydawnictwa przeczytałam, że tłumaczka książki miała okazję na zaproszenie samej autorki spędzić z Allende miesiąc w otoczeniu jej rodziny a co za tym idzie, osób, o których pisała autorka. Napiszę krótko "zazdroszczę!!" 😉

Moja ocena książki 5.5 / 6.