„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu.” Haruki Murakami.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010).
Przełożył z angielskiego Jędrzej Polak.
Tytuł oryginału japońskiego Hashiru koto-ni tsuite kataru toki-ni boku-no kataru koto.
Tytuł przekładu angielskiego What I talk About When I Talk About Running. A Memoir.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że moim ulubionym autorem jest Haruki Murakami. Proszę mnie nie pytać, za co. Odpowiem lakonicznie. Za całokształt. I za to, jaki jest, a raczej, co tworzy w swoich książkach. Za to, o czym pisałam już niejeden raz, a mianowicie , że często czytając jego książki mam wrażenie, jakby wyjmował z mojej głowy daną myśl i formułował ją na kartach swojej powieści.
Dlatego też wiadomo było, że jego najnowsza książka wydana (nareszcie!!) u nas zainteresuje mnie.
A mowa oczywiście o "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Ciekawa jest interpretacja tytułu, pomysł na niego zaczerpnął bowiem z książki wielbionego przez siebie autora, o czym pisze na końcu swojej książki.

Muszę uprzedzić tych, którzy czekali na kolejną prozę czy opowiadania Haruki Murakamiego, że nie jest to to, do czego nas dotąd przyzwyczajono. Książka bowiem jest jego refleksje, snucie opowieści o tym, co czuje on podczas tego, kiedy biega. Nie wiem, na ile znacie jego biografię, podejrzewam, że nie wszyscy wiedzą, że Murakami biega. Od ćwierćwieku. I to intensywnie. Bierze udział w maratonach, a próbuje też swoich sił w triatlonie, chociaż to bieg, szczególnie maratońskie dystanse, są tym, co najbardziej go zajmuje w sporcie.

Napiszę szczerze, a powielę to, co przeczytałam w opinii jednej z blogowiczki mnie odwiedzającej, która pisała o tym do mnie w emailu, że to, co pisze Murakami w swojej książce o życiu, jego obserwacje, refleksje, zajmują ogromnie, ale niestety, pozostałe części, czyli to, co dotyczy biegu i wszystkiego co wokół znużyło mnie trochę. No, nie ukrywam , mnie osobiście nieco wynudziło. Nie, nie, nie mam nic przeciwko bieganiu! Sama uwielbiam spacer (ale nie takie wleczenie się noga za nogą, a dość intensywny, od razu mówię BEZ KIJKÓW:), ale rozumiem, że nie każdego to musi fascynować. To, że mnie dodaje to siły, radości życia, sprawia, że czuję się o wiele, wiele lepiej, to wielkie szczęście. Jednak zdaję sobie sprawę, że są osoby, które niewiele takie coś obchodzi. I nie mam do nich o to pretensji.
Cieszę się jednak, że przeczytałam tę książkę, bo po pierwsze, poznałam to, co sprawia radość ulubionemu autorowi, poznałam w jakiś sposób jego samego, jak również mogłam wynotować sobie kilka jego myśli, refleksji, które mi się spodobały.
Co najważniejsze płynie z tych rozmyślań o bieganiu, to to, co niby powinno być jasne, ale czy zawsze jest? A mianowicie fakt, że nie trzeba w czymś osiągać poziomu mistrza świata. Ale warto jest, jeśli mamy coś, co nas cieszy, co sprawia, że czekamy na to coś z niecierpliwością. To coś dodaje kolorytu naszemu życiu. Dla jednego będzie to coś stricte intelektualnego, dla innego wysiłek fizyczny, który pobudzi jego endorfiny i sprawi, że ktoś poczuje w sobie jeszcze więcej entuzjazmu i szczęścia i siły.

Jak dla mnie Murakami w jakiś sposób porównuje bieganie , szczególnie to długodystansowe do pisania. Mówię tu oczywiście o jego pisaniu zawodowym. Jako autora. Też nie zawsze jest tak, że od razu przynosi to owoce, też bywa, że dopiero kolejne uczestnictwo przynosi wymierny zysk czy to w postaci uznania jako autora czy to już po prostu zysk finansowy. No i, co jest niezaprzeczalną prawdą, podczas treningu biegu i pisania czegoś nowego zawsze jest się samemu. W takich chwilach nie musisz  z nikim rywalizować. Jeśli już, to jeśli rywalizujesz, to sam ze sobą, stawiając sobie pytanie, na ile sam jesteś w stanie pokonać własne słabości i stać się lepszym…Jak sam Murakami wyszczególnił, w literaturze, pisaniu najważniejsze są talent, koncentracja i wytrzymałość.

Jeśli chodzi o bieganie, to mnie najbardziej ujęły jego wspomnienia dotyczące osób, które regularnie spotykał on podczas swoich treningów. Ujęło mnie to, bowiem wiem, co ma on na myśli. Podczas naszych spacerów również spotykamy z czasem te same osoby. Poznajemy się i w jakiś sposób stajemy się sobie "bliscy". Czasem wymienimy uśmiech, czasem skinienie głową.

Jeśli zaś chodzi o pisanie, to absolutnym cudem są słowa Murakamiego na stronie 105 książki, dotyczące wypytywania go o styl życia i pisanie, jakie spotyka go ze strony nie obcokrajowców a jego własnych krajan.

Cytuję "Nie pytają mnie o to obcokrajowcy, ale najczęściej mieszkańcy Japonii, dla których pisanie powieści jest niezdrowym zajęciem. Sądzą, że oddają się temu jacyś degeneraci, którzy źle się prowadzą właśnie po to, by pisać. Panuje powszechne mniemanie , że wiodąc niezdrowy tryb życia, pisarz oddala się od pospolitości i uzyskuje swoistą czystość, która ma wartość artystyczną. Ta koncepcja kształtowała się przez długi czas. Filmy i seriale powtarzają ten stereotyp-czy mówiąc mniej pejoratywnie, legendę- o postaci artysty.
W zasadzie zgadzam się z poglądem, że pisanie powieści jest niezdrowym zajęciem. Kiedy zabieramy się za pisanie książki, kiedy używamy pisma do tworzenia opowieści, na powierzchnię wypływa-czy nam się to podoba, czy nie-jakaś toksyna zalegająca głęboko we wszystkich istotach ludzkich. "

i na stronie 106:

"Działalność artystyczna ma w sobie od samego początku niezdrowe i aspołeczne elementy".

I za tę szczerość i prawdziwość, ale nie silenie się na przeintelektualizowanie tak uwielbiam Haruki Murakami.

Moja ocena książki, to 4.5 / 6.

zmarła Pani Stefania Grodzieńska.

Obdarzona wielkim poczuciem humoru, elegancka kobieta, której książka "Nie ma z czego się śmiać" spowodowała u mnie wiele salw śmiechu, o czym pisałam w tym wpisie, a jej teoria bratnich dusz, z którą się zgadzam w stu procentach zapadła w serce…
Odchodzą ciekawi, interesujący, kulturalni ludzie. Wielka szkoda.
Notka z gazety.

Joanna Nicklasson-Młynarska, Mikael Backman „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi”.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2010). Przekład Dominika Górecka.
Tytuł oryginału Ett nytt liv vid vagens ande. Om mat, manniskor och konsten att kopa hus i Grekland.

No, dałam, dałam to do literatury obcej, mimo, że współautorką jest Polka. Ale książka jakby nie było, jednak napisana nie po polsku, o czym świadczy tłumaczenie.
No i styl, taki jakiś oszczędny.Dosyć konkretny. Taki szwedzki.
Ojej, dość długi wstęp a to dlatego, że…rozczarowałam się tą książką. No, rozczarowałam i już. Niestety, początkowo myślałam, że wreszcie doczekałam się książki autorstwa Polki, która mieszkała tu u nas, w Polsce jak najbardziej i to tu podjęła decyzję o zmianie życia, a nie za granicą , jak to było w przypadku współautorki i to z Polski wyniosła się do Grecji. Po drugie, sami wiecie, jak wielbię Grecję i wszystko, co z nią związane, a więc logiczne było, że zastrzygłam uchem, jak tylko usłyszałam książka o życiu, zaczęciu nowego życia w Grecji. Nie dość, że książka jest z tego nurtu, który tak lubię, czyli właśnie opis zaczęcia nowego życia, w nowym kraju, co ważne, to jeszcze dotyczy mojej ukochanej Grecji. Czego mi więcej było potrzeba aby się na nią skusić? No i skusiłam się.
Nie, nie powiem, że książka jest zła. Ale i nie rzuciła mnie na kolana. A powinna. Powinna sprawić, że po jej przeczytaniu powinnam rozszlochać się i postawić P. pod ścianą obrzucając go argumentami, że szczęście w życiu da mi natychmiastowa (najlepiej jeszcze przed długim weekendem) wyprowadzka do Grecji;) Nic takiego nie miało miejsca (podejrzewam, że P. raczej się cieszy;).
Hmmmmmm…czytając czynię sobie swoim ołówkiem w kratkę (dzięki Obiezy_swiatko) notatki w notesie (dzięki Chihiro). I jak je sobie przeglądam wychodzi na to, że w sumie więcej wypisałam negatywów, niż pozytywów. Pozytywne jest jak dla mnie w sumie jedynie to, że autorzy książki zdecydowali się na ruch wyniesienia się z zimnej, ciemnej bez słońca , przygnębiającej Szwecji (która to będąc dla nich obojga drugą ojczyzną nie zdaje się być przez nich chyba tak do końca wspaniale postrzegana) do cudownej Grecji.
Jednak , co mi się ogromnie podobało w większości książek dotyczących takich zmian, autorzy ich,  opisując nowe realia zdają się robić jedno. Akceptują nowe miejsce w całości. Nie, nie mówię, że autorzy nie akceptują Grecji, ani miejsca, wioski Sigri dokąd się wynieśli wyjeżdżając na Wyspę Lesbos. Ale w bardzo wielu miejscach czułam się nieco, jakbym czytała polskie fora turystyczne. Niestety. Po pierwsze, szczerze? Irytowała mnie ogromnie niechęć do Niemców wykupujących miejsca w Grecji. A dlaczego? A dlatego, że skoro ktoś te miejsca wykupuje, to logiczne jest jak dla mnie , że jakby nie było, ale ktoś im te miejsca sprzedaje. Nie ja, nie Ty, no więc może Grecy, prawda? Tak, ktoś sprzedaje te w ruinie najczęściej będące lub kosztujące ciężkie pieniądze domostwa. I jeszcze raz zadam pytanie, szczerze? Gdybym miała te pieniądze, jakie mają niektórzy Niemcy, kupiłabym sobie może i całą wyspę, jeśli tylko tak by się dało. A tak! A tak, to brakowało mi jeszcze dobitnego stwierdzenia, że Niemcy są głośni, piją zbyt dużo piwa i puszczają głośne bąki.
Opis turystów na stronie 83 i 84 w ogóle mnie zirytował. Rozumiem, że miało być śmiesznie. Wyszło, jak wspomniałam, jak na większości polskich for dotyczących turystyki, gdzie szczytem zabawności jest podkreślenie, jak śmieszne jest noszenie skarpet do sandałów. Może moja szczerość zdać się komuś zbytnia, ale ja chyba już zakończyłam ten etap w swoim życiu, gdzie tego typu spostrzeżenia są dla mnie najważniejsze. Wolę chyba skupiać się podczas wyjazdów na czymś innym…tak myślę.

Chyba dlatego tak mnie to rozdrażniło, bo do tej pory autorzy tego typu książek swoje nowe życie traktują z wielkim przymrużeniem oka. Biorą je ze wszystkim "za" ale również i "przeciw" czyli jak ktoś wynosi się w miejsce, gdzie wykupowane są nieruchomości, to potem go to nie dziwi. Jeśli spotykają tam swoich dawnych krajan, którzy rozbawiają faktem poszukiwania swoich posiłków narodowych podczas wyjazdu, to się z tego najwyżej śmieją w duchu a nie dzielą tym na łamach swoich wspomnień.Pewnie dlatego brzmią baaardzo optymistycznie.  Raczej skupiają się na ludziach, którzy ich otaczają, na serdeczności, jaką się im okazuje, akceptują, tolerują fakt, że miejsce, gdzie się wynieśli stało się mniej czy bardziej popularne pod kątem turystyki. Myślę, że stosują maksymalne poczucie akceptacji tego, gdzie zapuszczają swoje korzenie na nowo i to stanowi , dlaczego tak mnie te książki pociągają.

Bardzo mi przykro, że ta recenzja moja dzisiaj taka bardziej negatywna, niż pozytywna. Podkreślę to, co jest zaznaczone w opisie mojego bloga, a co mnie wydaje się być oczywiste, czyli fakt, że to są jedynie moje osobiste odczucia po lekturze, totalnie subiektywne. Być może ktoś inny znajdzie w tej książce to, czego szukał i być może się nią bardziej zachwyci.
Powiem co mnie najbardziej zachwyciło w książce, a mianowicie cudowne i nastrojowe ilustracje (akwarele?) autorstwa Andrzeja Płoskiego. Są wspaniałe i oddają ducha Grecji.

Moja ocena książki 3.5 / 6.

„Kwiat cieplarniany i 9 roślin wzbudzających pożądanie”. Margot Berwin.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010). Przełożyła Katarzyna Bieńkowska.
Tytuł oryginalny Hothouse Flower and the Nine Plants of Desire.

Tytuł tej książki dosłownie mnie zauroczył. Rośliny w tle ale i sama jego budowa, hmmm, od razu miałam chęć czytać.
Może to dlatego, że sama tak lubię rośliny i wierzę, że i one mają swoje charaktery, przyzwyczajenia. Są takie, które odwdzięczają się człowiekowi za każdą rzecz, jaką przy nich zrobimy, ale są i kapryśne, wiecznie obrażone, które łaskawie raz na jakiś czas wydzielają opiekunowi (nie szafowałabym określeniem "właściciel", to jak z kotami, one rządzą człowiekiem nie człowiek nimi;) jakiś prezent a to w postaci podrośnięcia, które cieszy a to w postaci wypuszczenia nowego liścia a to nawet co się często dokumentuje w postaci zdjęć zakwitnięciem!

Książka opowiada o młodej pracującej w branży reklamowej kobiecie, która nazywa się sama nieco jak kwiat, Lila Nova i właśnie jest po rozwodzie. Zaczyna nowe życie w małym mieszkanku, które zdaje się jej na tyle nieprzytulne, że chce ożywić je w pewien sposób nabywając roślinę, która doda życia mieszkanku.
W krótkim czasie poznaje dwóch intrygujących ją mężczyzn. Jeden skradnie jej chwilowo serce i co najgorsze, rozum, drugi poprowadzi ją nową drogą, jakiej Lila do tej pory nie wypróbowała w swoim życiu. Drogą realizacji tego, o czym często tylko się mówi "co by się chciało" ale nie realizuje się tego, gdyż człowieka paraliżuje jakiś nieznany strach przed spełnieniem pragnień z głębi serca.
Ów dwóch mężczyzn łączy z Lilą jedno, rośliny. Ten, który skradł jej serce, to sprzedawca roślin, który sprzedał jej pierwszy okaz, David Exley.  Ten zaś, który pozwoli jej spojrzeć na jej życie w nowy sposób, który ukazał Lili jej własne przywary, błędy, jakie popełniała i który umożliwił jej niezwykłą podróż w głąb meksykańskich lasów deszczowych to właściciel niezwykłej pralni samoobsługowej, Armand, który to również opowiada jej o dziewięciu niezwykłych roślinach, wzbudzających pożądanie, których posiadanie sprawi, że ich właściciel zdobyć może również majątek, władzę, magię, wiedzę, przygodę, wolność, nieśmiertelność, seks i miłość, czyli podobno to, czego ludzie pragną najbardziej (kompletnie się nie zgadzam z tą listą, zabrakło mi chociażby zdrowia czy przyjaźni na niej).
Lila w pewnej chwili robi błąd, który kosztuje wysoką cenę jej nowego przyjaciela, Armanda, który to jako zadośćuczynienie prosi ją o pomoc w odzyskaniu roślin, które zostały mu skradzione. Lila zostawia swoje dotychczasowe życie i rusza do Meksyku, aby tam znaleźć dziewięć niezwykłych roślin. A także zdobyć nowe doświadczenia i doświadczyć niezwykłych przygód, za którymi kiedyś tak tęskniła.

Mnie najbardziej podobała się nie sama fabuła może, a stworzenie niezwykłego świata, a z roślin równorzędnych ludziom partnerów, o których trzeba się troszczyć, zabiegać o ich względy, które również czymś nam obdarowują. I mimo, że autorka opisywała rośliny mające niezwykłe właściwości i dające niezwykłe często wrażenia (ale wciąż do dostania u nas, jak chociażby konwalie) to wszyscy właściciele kwiatów i roślin na pewno wiedzą, co mam na myśli. Rośliny mają z nami niezwykłą więź, potrafią stworzyć klimat naszego domu, potrafią kochać i nie lubić, za miłość, jaką im dajemy, odwdzięczają się często po stokroć.

Moja ocena tej oryginalnej książki to 4 / 6.

„Aruitemo Aruitemo”. Reż. Hirokazu Koreeda.

Film, który możecie obejrzeć jutro (25 kwietnia 2010) na kanale Ale Kino! o godzinie 17.50 pod zagadkowym tytułem "A my idziemy" podczas , gdy na filmwebie figuruje on pod tytułem "Ciągle na chodzie" (ang. "Still walking"). Tym, którzy lubią filmy bez szaleńczej akcji, raczej sięgającej w głąb nas samych, powinien się spodobać. Dla miłośników tego, co z Japonii, to zapewne pozycja "obowiązkowa". Piszę zapewne, bo sama mimo fascynacji tym krajem, nie wszystkim co stamtąd się zachwycam. Ten film jednak bardzo mi się spodobał, co przewidziała niemal proroczo;) Chihiro, która ten film widziała znacznie wcześniej, niż ja i o nim pisała, o w tym wpisie.

Przed emisją filmu wystąpił oprócz pana prowadzącego słynny japonista Lipszyc, muszę jednak powiedzieć, że mimo mojego szacunku do tego znawcy kraju kwitnącej wiśni, jak dla mnie owo wystąpienie nie było obowiązkowe. W filmie oczywiście były elementy typowo japońskie, ale jednak, nic na to nie poradzę, ów film jest na wskroś uniwersalny. Tak naprawdę mógłby powstać pod każdą szerokością geograficzną na kuli ziemskiej. Wszędzie tam, gdzie ludzie (znam takich osobiście) sami już mocno dorośli i mający własne dzieci, często w większej niż jedno, ilości, dostają alergii na myśl o odwiedzinach w domu rodzinnym. Którzy wiedzą, że po wizycie u rodziców, którzy zmiażdżą ich psychicznie w dwie godziny, "odchorowywać" będą taką wizytę przez długi, długi czas.

Nie chcę przerażać obecnych młodych rodziców, którym wydaje się, że są najlepsi w świecie. Niestety jednak, sądząc po tym, jaka ilość filmów powstaje na świecie, ile książek popełnia się na temat chorych relacji rodzinnych , nie można mieć złudzeń. Jest gorzej, niż można przypuszczać. Rodzina, ta jak mawiają, podstawowa komórka społeczna często czyni komuś (o ironio!) więcej szkody niż pożytku. Powoduje traumy na całe obolałe życie dorosłego człowieka. I czyni to, co interesujące, obywając się bez molestowania, bicia, przemocy fizycznej. Jest jednak przemoc psychiczna, szkoda, jaką wyrządzają rodzice własnym dzieciom. Podejrzewam, że często nie zdając sobie z tego do końca sprawy.
Wspomniałam o owej uniwersalności filmu. Owszem, w Japonii oczekuje się, że najstarszy syn najczęściej przejmie interes czy biuro ojca, ale…jak dla mnie faworyzowanie jednego z rodzeństwa występuje dokładnie na całym świecie, bez względu na to, czy owo rodzeństwo zostało powite w Japonii, Ameryce, Polsce czy Australii. Owszem, sama będąc jedynaczką, mogę sobie tylko o tym gdybać, jednak po prostu miałam przyjaciół i znajomych mających rodzeństwo i praktycznie większość z nich potwierdzała fakt, że są siostry czy bracia bardziej faworyzowani.

W filmie poznajemy rodzinę japońską. W domu rodziców spotykają się żyjąca siostra wraz z mężem i dwójką dzieci i żyjący brat z żoną i przybranym synem (ożenił się on bowiem z wdową co nie do końca podoba się jego matce). Spotykają się przy okazji kolejnej bolesnej (najbardziej, szczerze mówiąc dla rodziców) rocznicy tragicznej śmierci najstarszego z rodzeństwa, brata, który ratując życie koledze, sam utopił się w morzu.
Niby to spotkanie rodzinne, można by oczekiwać, że będzie miło, przyjemnie, rodzinnie, nic bardziej mylnego. Wiele jest oczekiwań, wiele przewidywań tego, co będzie miało miejsce. Wiele jest też skrywanych pretensji, tajemnic, sekretów, których nie wyjawia się rodzicom (po co, skoro od dawna są to jedynie obcy własnym dzieciom ludzie?).
Film nie oszczędza. Nie obiecuje poprawy rodzinnego klimatu. Nikt tu ani nie zrobi karczemnej awantury, oczyszczającej atmosferę, ale również nie rzuci się nikomu w ramiona z intencją przebaczenia i zapomnienia żalów, które mamy w stosunku do innych. Nikt tu nie spełni swoich marzeń aby poprawić kontakty z tymi, z którymi się powinno. Cóż, jak dla mnie to właśnie ogromnie życiowe, niestety, ale ogromnie, ogromnie prawdziwe.

Film niesie ze sobą jedno przesłanie, mamy w sobie samych o wiele więcej z rodziców, nawet tych, których wydaje nam się, że nie lubimy, nie szanujemy i nie kochamy, niż nam się samym zdaje. I chyba tylko my sami jesteśmy w stanie wymyślić sposób na to, jak dać sobie z tym faktem radę. Jak sobie z tym poradzić. I jak nie popełniać (jest taka nadzieja, musimy w to wierzyć) błędów naszych rodziców.

Ogromnie polecam. Moja ocena to 6 / 6.

sezon…

…na rozmaitości ogłaszam za otwarty. Tak, trafiającym do mnie z pytaniem "czy kwitną już magnolie?" odpowiadam, że tak, kwitną. W Ogrodzie Botanicznym nie widziałam w tym roku, bo mam ostatnio alergię na tłum i to wielką, a wiem, że w OB w czasie kwitnienia przewalają się koszmarne ilości podziwiających, ale mam taką "prywatną" magnolię, czyjąś w ogrodzie przydomowym, którą podziwiam sobie na spacerze i tak, ona już kwitnie i pachnie wręcz obłędnie. I wygląda pięknie.

Ogłaszam też rozpoczęcie sezonu szparagowego. Na razie jeszcze są dość drogie, ale nieważne, nie kupimy sobie czegoś innego, będziemy się rozpieszczać szparagami, które bardzo oboje lubimy.

Mniam;)

nie pozostaję…

…obojętna na to, co się dzieje. Nic na to nie poradzę. Jako  nadwrażliwiec dwie ostatnie noce miałam prawdziwe koszmary. Co interesujące, kiedy działo się, co się działo aż tak intensywnie mi się nie śniło (chociaż miałam jeden sen z cyklu koszmarnych), ale przedwczoraj śnił mi się rząd trumien, tych, które przyleciały w ostatnim tygodniu z Rosji aby stanąć na Wojskowym Okęciu i by najbliżsi mogli w ten straszny sposób "pożegnać" tych, których mieli witać. Dziś za to śniło mi się, że ktoś , kogo znałam (jak to w snach bywa, pojęcia nie mam o kogo chodziło) organizował okrągłą rocznicę wydarzeń katyńskich, ale nie chodziło o te, które przyniosły ze sobą taką tragedię, a w śnie chodziło o pięćdziesiątą rocznicę…
Myślę,że ten sen o trumnach to dlatego, że wciąż myślę o tych niezidentyfikowanych szczątkach , które wciąż tkwią w Rosji (być może w ziemi? dziś na Gazecie wyczytałam, że polska strona zwróciła się z prośbą o usunięcie warstwy ziemi, na którą spadł samolot). Ja na tych, którzy wciąż mają wrócić ciągle czekam.
Taka refleksja, dwie ostatnie wielkie lotnicze katastrofy naszej floty powietrznej miały miejsce na terytorium polskim, ta pod samym niemal Okęciem, w której 30 lat temu zginęła Anna Jantar i ta w Lesie Kabackim. Tym razem nasi obywatele stracili życie poza granicami. Ich bliscy wciąż na nich czekają. Chociażby na to, aby złożyć Ich Ciała do grobów, ale tu, na naszej polskiej ziemi…
Budzę się ostatnio w nocy i myśli kotłują się po głowie różne.