„Oko Księżyca”. Anonim.

ł

Wydana w Wydawnictwie "Świat Książki", (2010). Z angielskiego przełożył Nemo.

Ta książka została mi przekazana do recenzji nieco przypadkiem.
Nie wiem, może nie było dobrym pomysłem czytać ją, skoro czułam, że to będą "nie moje klimaty", z drugiej strony, właściwie rzadko kiedy na moim blogu jest jakaś naprawdę krytyczna recenzja. Ja, jak to ja, z każdej książki staram się wydobyć coś dobrego, coś , co sprawiło, że czas poświęcony lekturze nie był czasem straconym. Niestety, w tym przypadku nie mogę znaleźć za wiele owych dobrych stron.
Zacznę od tego, że z całej imprezy najbardziej podobały mi się materiały promocyjne książki. Z czymś takim zetknęłam się pierwszy raz, ale ogromnie mi się spodobał taki pomysł zachęcenia do książki, tym bardziej, że z elementem kryminału.
Otóż otrzymałam najpierw materiały ze śledztwa wykradzione z miejscowego posterunku policji w amerykańskiej mieścinie Santa Mondega.
W teczce , która zawierała materiały dokumentujące śledztwo sprzed osiemnastu lat znalazłam zdjęcia z miejsca zbrodni, które przedstawiały Olivię Jane Lansbury zamordowaną przez pasierbicę Beth Lansbury (również był tam list gończy wydany za ową nastolatką). Były tam i zeznania świadków, dotyczących tego morderstwa. Dołączony był również dowód, a mianowicie znaleziony na miejscu zbrodni ciekawy naszyjnik, który potem okazał się być poszukiwanym amuletem, zwanym właśnie Okiem Księżyca.



Wszystko to sprawiło, że zaostrzyłam sobie na lekturę zęby, bo naprawdę robiło to super wrażenie.
Niestety, na apetycie i wrażeniu się skończyło, bowiem książka zdecydowanie mnie zawiodła.
I nie chodzi tu o fakt, że nie czytałam pierwszej części, pod tytułem "Księga bez tytułu". Bez problemu zorientowałam się w akcji. Po prostu, niestety, książka jest, według mnie oczywiście, kiepska.

Santa Mondega, opisywana w książce, to miejscowość, w której wciąż dzieje się coś niedobrego. To takie popaprane miejsce. Zamieszkują je nie tylko ludzie o złych skłonnościach, ale wampiry i wilkołaki. Są tajemne sekty, werbujące nowych członków i ludzie ulegający złu. Są podejrzenia, że wampiry są również wśród miejscowych policjantów, co nie pomaga w utrzymywaniu porządku.
Jest tajemniczy amulet, którego poszukuje dawny władca Egiptu Gaius, który ożyje aby go odzyskać a przy okazji rozprawić się z dawnymi wrogami. Jest też postać kultowa, niejaki Bourbon Kid, który to swego czasu w Santa Mondega zrobił niejedną niezłą jatkę. Są też inni bohaterowie, których losy na końcu splatają się i wyjaśniają.
Jak dla mnie książka ta była zbyt brutalna, opisy plastyczne i dosłowne do tego stopnia, że w nocy śniły mi się koszmary mające swój początek w treści książki właśnie.

Poza tym odnosiłam wrażenie, jakby autor sam nie wiedział, co chciał stworzyć. Książkę serio, czy satyrę na temat horroru z elementami fantastyki? Jeśli satyrę to zdecydowanie za mało czarnego humoru a zbyt wiele dosłowności, która tylko obrzydza. Nurtowało mnie również do kogo właściwie adresowana jest książka. W jakim wieku ma być potencjalny czytelnik? Nie dziecko, to pewne, chociaż wiemy, że dzieci w dzisiejszych czasach znają rzeczy o wiele bardziej brutalne. Jak dla dorosłych z kolei zbyt jednak infantylna mi się wydawała.
Nie przemawia też do mnie zastosowany w obu częściach zabieg anonimowości autora, gdyż niestety jest to tak grubymi nićmi szyte, że aż bardziej bawi, niż tworzy klimat (chociaż nie powiem, nurtuje mnie, kto popełnił to dziełko, odnoszę wciąż wrażenie, że wcale nie jest to w języku angielskim i że autorów może być kilku, ale to tylko takie moje czytelnicze dywagacje). Podobnie jakoś drażnił zabieg utajnienia samego tłumacza ? tłumaczki?

Podsumowując, chwilami wulgarna , czasem trochę śmieszna, ale zbyt jak dla mnie brutalna książka, która do mnie nie trafia zupełnie, być może jednak, kto wie, ma swoich fanów i miłośników.
Może więc każdy oceni sam, czy i jak mu się podoba.

Moja ocena tej książki to 1 / 6.

Acha, został przygotwany konkurs dla czytelników,  który dostępny jest po wejściu na stronę:

http://www.okoksiezyca.com.pl

wdrażam się…

…w rolę ciotki;) Nie tylko tej internetowej. Wczoraj wreszcie dostąpiliśmy zaszczytu poznania małej G. córki K. i jej męża, tak wyczekanego skarbu, który ma już siedem miesięcy.
A na serio, to dziecina dopiero teraz zaczyna mieć gości, z różnych powodów. Ja się nie czepiam, wolę być zaproszona wtedy kiedy ktoś ma na to ochotę a nie dlatego, bo wypada itd.
Zanieśliśmy komplet kaczek do kąpieli, które małej królewnie najwyraźniej przypadły do gustu sądząc po tym, jak często szczególnie największa kaczka trafiała do paszczy;) (Jeszcze bezzębnej;).
Ci, którzy mnie znają wiedzą, że ja nie jestem z tych babek, które nad cudzymi dziećmi się rozcmokują i rozpływają. Gdyby nie fakt, że znam jeszcze parę takich jednostek, może bym myślała, że coś ze mną nie tak, ale jak mówię, wiem, że nie ja jedna tak mam. W dodatku po przejściach z ciążami moich znajomych a i niestety, po różnych perypetiach zdrowotnych niektórych znajomych dzieci wychodzę z założenia, że dziecko nie musi być piękne, najważniejsze i tylko, żeby było zdrowe. I tyle.
W tym przypadku jednak moje zwyczaje idą się bujać, bowiem muszę powiedzieć, że mała G. jest ogromnie śliczna;)) Ma niesamowicie piękne, wielkie, okrągłe oczy, którymi wpatrywała się we mnie bardzo bacznie i nie powiem zawieszała to swoje spojrzenie;) jest śliczna, co to dużo gadać i już się domyślam, że w przyszłości złamie niejedno męskie serce. Drżyjcie mamunie chłopaków. Rośnie wam konkurencja dla serca waszych synusiów, ja , Chiara wam to przepowiadam;))

ciekawy wywiad w National Geographic…

…w numerze lutowym polecam serdecznie miłośnikom ptaków wywiad z ornitologiem z zamiłowania, panem Jarosławem Nowakowskim. Wywiad pod tytułem "Mężne serce sikorki" opowiada o sensie i ważnej roli obrączkowania ptaków, a że sam Nowakowski wielkim uczuciem właśnie obdarzył sikorki, więc dla lubiących te ptaki szczególnie (ja się do nich zaliczam zdecydowanie) można wyczytać sporo ciekawostek o niezwykłości tych małych, dzielnych ptasich wojowników 😉
A tu zdjęcie z zeszłego roku, zrobione oczywiście przez P. z dwiema sikorzymi ślicznotkami.

Przypominam też adres internetowych kamerek z Estonii, które czas jakiś temu u mnie poleciła blogowiczka.
Jak się kliknie w "lindude toidumaja", możecie obserwować karmnik. Dziś jest w nim właśnie sporo sikorek, ale nie tylko. Wreszcie mogłam nacieszyć swoje oczy widokiem gila (i nie mówię tu o efekcie zbyt szybkiego wejścia z zimna do ciepłego pomieszczenia;).

zobowiązania;)

…podjęłam wczoraj poważne życiowe zobowiązanie. Otóż nie czytać komentarzy na onecie;) Zobowiązanie wynika z przeczytania artykułu o najpopularniejszych i najdziwniejszych imionach nadawanych w naszym pięknym kraju.
I po przeczytaniu komentarzy przeciętnego Polaka wiem już, że moje własne imię jest brzydkie i przaśne i nienowoczesne a ja sama (jako kobieta po trzydziestce) jestem ni mniej ni więcej, ale starą babą;)
Widać swoją drogą, że ferie w toku, dzieci więcej czasu mają.

Notre Dame de Paris…

…wielką niespodziankę zrobiła mi Mala_mi, która przysłała mi pocztówkę z Paryża, z tym właśnie wizerunkiem chyba jednej z najsłynniejszych (a może najsłynniejszej?) katedr świata.
Nie spodziewałam się, jako, że wiem, że nie był to długi wyjazd, a sama pamiętam, że podczas krótkich wyjazdów człowiek ma mało czasu i skupia się raczej na zwiedzaniu, podziwianiu czy odpoczynku w kafejce, wgapianiu się w ludzi przechodzących za oknem i raczeniem się pyszną kawą aniżeli wyszukiwaniem kartek do znajomych. A jednak. Bardzo miły gest, dziękuję. Tym bardziej, że jakoś mi się zackniło za Paryżem chyba właśnie dzięki opisom podróży u Malej_mi. Najchętniej znowu odwiedziłabym to muzeum, tym razem jednak przyszłabym równo z otwarciem i pewnie wyszłabym jako jedna z ostatnich zwiedzających, uwzględniwszy jeszcze wizytę w bardzo miłym sklepiku przymuzealnym, w którym można kupić fajne suwenirki dla siebie i znajomych.
Mala_mi, wielkie dzięki za przesympatyczną niespodziankę;)

„Tajemnica domu Arandów”. Jeronimo Tristante.

Wydana w Wydawnictwie Noir sur Blanc. (2009). Tłumaczyła Dorota Walasek-Elbanowska.

Kryminał retro, retro kryminał…jakoś tak sobie podśpiewywać chce mi pod nosem po lekturze tej książki.
Odnoszę wrażenie, że na kryminały retro przyszła obecnie pewna moda. My sami mamy ich trochę, żeby wspomnieć chociażby książki Konrada T. Lewandowskiego, Marka Krajewskiego. Wiem, że jest jeszcze przynajmniej jedno nazwisko autora polskiego, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć.

Myślę, że po trochu wynika to z samych zainteresowań danych autorów historią swoich miast czy państw i chęcią "przywrócenia" ich , w jakiś sposób wskrzeszenia ich historii w opowieści. Do tego wątek kryminalny, który również od pewnego czasu wreszcie został doceniony przez krytykę literacką i można stworzyć coś interesującego.

"Tajemnicą domu Arandów" zainteresowała mnie jedna z osób z Forum Kryminały i Sensacje. Sięgnęłam po kryminał również dlatego, że jest autorstwa Hiszpana, a jestem łasa na literaturę z tamtego kraju, szczególnie zaś na kryminały właśnie.
Ten rozpoczyna cykl opowieści o podinspektorze Victorze Rosie, który o mały włos a mógłby sam stać się przestępcą i trafić za kratki, miał jednak to szczęście, że poznał mentora, który pomógł mu i wyprowadził na ludzi, jak to się potocznie mawia.

Podinspektor rozpoczyna pracę w Madrycie roku 1877. Tak się składa, że ma na głowie dwa śledztwa, jedno zaczyna bardziej prywatnie, dotyczy ono morderstw prostytutek, dopiero kiedy ginie osoba można, policja interesować się sprawą zaczyna.
Jednocześnie zaś prowadzi on śledztwo w pewnym domu arystokracji. Okazuje się, że pewna posiadłość nabyta jako prezent ślubny jest nawiedzona. Jednak sprawa nie ogranicza się do widywania zjaw i lekkiego strachu. Duchy chcą poważnie zaszkodzić młodym małżonkom podobnie, jak zniszczyły życie dwóch rodzin poprzednio zamieszkujących posiadłość. Victor Ros w duchy nie wierzy, intryguje go jednak, kto i po co usiłuje stworzyć pozory nawiedzonego domu. Tym bardziej, że sam podinspektor zaangażuje się w tę sprawę w sposób nie tylko zawodowy ale zdecydowanie bardziej prywatny.

Czyta się go nieźle, mimo, że lekturze nie towarzyszy jakiś szczególny zachwyt. Jednak z chęcią sięgnę po dalsze losy i śledztwa Victora Rosa, co mam nadzieję, że wydawnictwo mi umożliwi wydając dalsze części cyklu.

Moja ocena 4/6.

królik raz!

"Królik po berlińsku" Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego nominowany do Oscara. Nie oglądałam, więc nie wypowiem się na temat samego filmu natomiast oczywiście, że zawsze cieszy taka nominacja. Ciekawe, jakie są jego szanse, ale sama nominacja też miła;)

update:
jeśli usłyszałam dobrze, to dziś o 23.35 będzie emisja filmu. Tak myślałam, że nominacja spowoduje powtórkę, szkoda tylko, że pora znowu świetna;/

uwielbiam…

…czytać cudze wspomnienia, opisy z życia gdzieś tam. Pewnie dlatego mniej interesują mnie intelektualne rozważania na tematy danego miejsca, chociaż, nie przeczę, kultura danego kraju, miejsca również mnie ciekawi, a bardziej opisy codzienności gdzieś tam, ale naznaczonej osobistym wpływem, odczuwaniem, oczekiwaniem wobec kraju bądź miejsca.
I tak wreszcie nadgoniłam lekturę miesięcznika "Podróże" i w styczniowym numerze przeczytałam świetną relację jak najbardziej nacechowaną osobowością autorów i subiektywizmem. Ufff…obiektywizm zostawmy stricte przewodnikom;) a jakiegoż to miasta dotyczył ów artykuł? Ano Wiednia (ale niespodzianka, co?:).
Artykuł zatytułowany "Kawa i papierosy" autorstwa Silvii Sencekovej i Bartka Pogody nastroił mnie totalnie "wiedeńsko". Hura!…jak dobrze wiedzieć, że ktoś tam postrzega Wiedeń dokładnie tak, jak ja;) Bo już się bałam, że ja jedna widzę jego inne strony, niż tylko szalenie eleganckie budowle czy zabytki (Wiedeń, to jedyne miasto, w którym znoszę i toleruję tak przeze mnie nielubiany barok;).
Ten artykuł jak dla mnie właśnie był zbyt krótki. Takie osobiste spostrzeżenia no i oczywiście, zbieżność poglądów na temat miasta i co logiczne poczucie podobnego patrzenia na to miasto sprawił, że mogłabym go czytać i czytać i czytać i wcale nie powinien się kończyć. Być może wynika to z tego, że opisują go młodzi ludzie znający go z własnego życia, studiowania tamże, którzy nie silą się na pseudointelektualne rozważania nad wyższością tegoż nad owym, ale naprawdę zarówno tekst (za krótki!!:) jak i dodane do niego fotografie oddają MÓJ klimat miasta. Aż zachciało się tam pojechać, co na razie zdecydowanie z przyczyn rozmaitych jedynie w sferze marzeń, ale nie szkodzi, mogłam przenieść się tam właśnie dzięki autorom artykułu i cieszę się, że to mi się udało…
A tu ja z panem Straussem;)

update:

Judytta natchnęła mnie do poszukania w necie:) I oto znalazłam go a więc chętni mogą sami przeczytać artykuł,


o tu, pod tym linkiem.