Ostatnio poczta obrodziła. Otrzymałam list i pocztówki od Lilithin. Lilithin przysłała mi pocztówki z miasta, w którym obecnie zażywa studenckiego życia, a mianowicie z Wrocławia. Otrzymałam więc kartkę z widokami z Ostrowa Tumskiego i z parkami miejskimi, w tym widokiem z Ogrodu Japońskiego, który mnie kusi niezwykle i wiem, że gdybym odwiedziła wreszcie Wrocław, było by to miejsce, które na pewno bym odwiedziła. Polecam Wam kliknięcie na zalinkowaną przeze mnie stronę Ogrodu Japońskiego, bowiem można odbyć po nim wirtualną podróż.
Jedna z czytelniczek rozpieściła mnie zakładkami, ale muszę powiedzieć, że największą radość sprawiła mi zakładka ze zdjęciem Haliny Poświatowskiej i pocztówka z Muzeum, a raczej Izby Pamięci poetki, które mieści się w jednej ze szkół w Częstochowie (konkretnie Szkole nr 8). Wiedzieliście o tym? Ja nie, dowiedziałam się dopiero od owej czytelniczki bloga. Poezja Poświatowskiej zawsze budzi we mnie niepokój. To na pewno dlatego, że jako czytelnik mam świadomość tego, jak wyglądało jej życie naznaczone oddechem śmierci skradającej się za nią wciąż, jak wierny pies. Mimo, że pisze pięknie, nie umiem jej zbyt często czytać, nie jestem w stanie właśnie z powodu tego "oddechu"… Ale naprawdę dziękuję za pocztówkę ze zdjęciami osobistych przedmiotów Haliny, jak również tę zakładkę z jej zdjęciem. Nie wiedziałam, że w Częstochowie macie nawet pomnik- ławeczkę z figurą poetki na owej ławeczce siedzącej!
Mój przyjaciel , który przeniósł się w zeszłym roku z Japonii do wietrznego miasta, Chicago, uraczył mnie niespodzianką w postaci pocztówek z Chicago, kalendarza z widokami miast, ale również, co było dla mnie największą niespodzianką, paroma kartkami z…Japonii jeszcze. Co było największą niespodzianką.
No i zapomniałam o jeszcze jednej pocztówce, a mianowicie pocztówce z reprodukcją zdjęcia autorstwa Jerry N. Uelsmann’a. Tym samym, które na grafikę blogu wybrała Chihiro😉 To pocztówka od Obiezy_swiatki i baaardzo za nią dziękuję. Mnie się ów dom na zdjęciu podoba, mimo, że okna już wytłuczone, że nikt tam już nie mieszka, korzenie domu wskazują na jego historię, dawne dzieje…Dla mnie to zdjęcie nie ma w sobie pesymizmu, a wręcz odwrotnie, myśl o życiu, wszystko się kończy, ale najważniejsze, aby miało ciekawą przeszłość, która to coś tworzy…
Dziękuję Wam za pamięć i te dowody pamięci. Naprawdę z każdego ogromnie się cieszę;))
Na ogół jest tak, że kiedy mam zamiar obejrzeć jakiś film, to zerkam na Filmweb i patrzę na ocenę widzów i najczęściej moja ocena po filmie potwierdza mniej więcej tą darowaną od widzów. Ale zdarzają się też wyjątki. Film "Genova" noszący u nas tytuł "Genua. Włoskie lato" na filmwebie ma ocenę co najmniej średnią, natomiast ja odwrotnie, ten film oceniam o wiele lepiej, mnie się podobał. Przyznam się też do tego, że jedna z ocen na tej stronie wydała mi się tak niesprawiedliwa, że aż miałam łzy w oczach. Pewnie ze względu na osobiste odczucia, na tematykę, na to, co teraz sama przeżywam, ale słowa tego kogoś tak zdały mi się tak pozbawione uczuć, takie zimne , że aż mnie zmroziły. A więc jest tak, że dla kogoś cudze uczucia są śmieszne, zabawne, można się z nich pośmiać. Nie, nie chodzi mi o sam film. Z tym, że film, książka, występ, cokolwiek wystawione na publiczny widok może budzić różne uczucia, liczę się. Natomiast mój opór budzi fakt wyrażania krytyki, który często dotyka najmniej słabych stron danego dzieła a bardziej odczuć, uczuć, człowieka po prostu. Nie przepadam za okazywaną innym pogardą a tak pewną ocenę odczytałam. Być może, nie przeczę, podyktowany mój odbiór był osobistym doznaniem, oczywiście, ale jednak. Wstęp ma prowadzić do mojej oceny filmu. W skrócie. Jest to film o żałobie. O swoim własnym przeżywaniu czasu po śmierci kogoś nam bliskiego. O tym, że jedni chcą o tym mówić a inni wręcz odwrotnie-milczą. O tym, że jedni rzucają się w umartwianie się, inni w pracę a jeszcze inni w doznania fizyczne i odkrywają zdecydowanie zbyt wiele cielesności jak na jeden raz. Poza tym, każdy z ludzi ma swoje własne odczuwanie wobec śmierci kogoś bliskiego, o tym pisałam zupełnie niedawno i przypadkiem dość zbieżnie, w swoim własnym wpisie. Jedni mają poczucie winy słuszne, inni nie, ale każdy jakoś czas po stracie kogoś bliskiego przeżywa skomplikowany czas. I musi go przetrwać. Ze wsparciem bliskich bądź nie. Film może zdać się dla niektórych banalny, bo pozbawiony wielkich uniesień, brak w nim zbyt analitycznego wgryzania się czy przeintelektualizowania. Brak w nim słodkiego nicnierobienia w pocztówkowych sceneriach, nad plaże bardziej akcentowane są labirynty uliczek Starówki tytułowego miasta, w którym bohaterowie gubią się nie tylko metafizycznie. Dla mnie akurat ta lekka "surowość" była zdecydowanym atutem filmu. Zdecydowanie!
Niech nie liczą na słodkie la dolce vita miłośnicy filmów o Toskaniach i innych tego typu rajach na ziemi. Tytułowa Genua z rajem nic wspólnego mieć nie będzie. To raczej osobiste piekło? czyściec może? dla tych, którzy zostają tu, na ziemi, osamotnieni i którzy mają złudne, tak, złudne nadzieje, że od problemów da się uciec wyjeżdżając, zmieniając miejsce zamieszkania.
Film rozpoczyna sytuacja, w której widzimy matkę i jej dwie córki, dojrzewającą już dziecko-kobietę i dziecko zdecydowanie jeszcze, podróżujące autem. W pewnej chwili dzieje się tragedia. Wypadek, który zabierze matkę raz na zawsze. Wypadek, o który, jak się okazuje, młodsza z córek obwiniać się będzie , starsza o jej winę posądzać ją też będzie, natomiast nikt najwyraźniej nie pomoże sobie w tym zaplątaniu i obwinianiu się.
Ojciec dziewczynek zostaje z tym wszystkim sam. Jego pomysł na radzenie sobie z sytuacją to zarówno psycholog dla córek, jak i roczny wyjazd z Chicago, w którym mieszkają do Genui, w której ma on zamiar wykładać na Uniwersytecie.
Brzmi dość banalnie, ale mnie się takim nie wydało. Owszem, możemy powiedzieć, że młodsza z córek ma słuszne w jakiś sposób poczucie winy, ale według mnie to tylko symbolika. Symbolika tego, co czujemy po śmierci osób nam najbliższych. Bo królestwo temu, kto nie odczuwa po śmierci osoby bliskiej uczucia, że czegoś nie dopilnował, że coś tam zrobił za mało, czegoś innego nie powiedział, nie wyznał, nie dopatrzył. Młodsza więc z córek zmaga się z poważną traumą i silną nerwicą. Starsza usiłuje sobie z tym radzić również na swój sposób. Ona jednak usiłuje zamazać stronę duchową i silnie oddaje się stronie fizycznej życia. Smakując je jakby każdy z dni mógłby stać się tym ostatnim, również ukazuje swoją słabość. Ojciec wydaje się być najspokojniejszym , ale też nie jest. Owszem, ma on pracę, jednak zdaje się nie panować do końca nad całą sytuacją a nade wszystko nad tym , co dzieje się z jego własnymi córkami, o których zdaje się wiedzieć mniej, niż mu się zdaje.
I tak sobie żyje koło siebie troje ludzi, związanych ze sobą więzami krwi i wspólną traumą a jakby mimo wszystko obok siebie byli…
Mimo tego, że film jasno przekazuje, że od problemów uciec się nie da, według mnie jednak niesie nadzieję na to, że po złych dniach mogą nastać te lepsze. Po czasie smutku musi nadejść czas radości. Bo takie jednak jest życie. Nieprzewidywalne, ale również mimo to, że zabierające jakąś cząstkę szczęścia, obdarowujące czymś innym, niekoniecznie mającym zastąpić to, co było ważne. Ale mającym swoją własną, odrębną wartość.
Moim zdaniem film, który wcale nie jest zły. A może po prostu mnie wyjątkowo podpasował , bo trafił w jakiś właściwy na niego czas. Moja ocena 5 / 6.
Odnotowuję wczorajszy sukces Adama Małysza na blogu. Czekamy na jeszcze jeden medal i nadzieja jak najbardziej jest na coś więcej, a dlaczego by nie? Jestem pewna, że Adam sam taką nadzieję ma, inaczej po cóż byłoby skakać zwłaszcza, że on po prostu cieszy się tym co robi? My Adamowi kibicujemy od lat, niezależnie od formy, ale oczywiście, że cieszymy się z sukcesu, tym bardziej, że srebro Olimpijskie, więc tym większa radość. Czekam na medale Justyny Kowalczyk i może Sikory?
…w Vancouver. Znowu wróciła myśl o tym, aby kiedyś koniecznie tam, do Kanady, pojechać. Niesamowitość, ogrom przyrody mnie fascynuje……i kusi naprawdę. Szkoda, że igrzyska rozpoczęły się takim smutnym akcentem. Od razu pojawia się pytanie o problem, o którym kilkakrotnie pisałam u siebie, a mianowicie o ważkości odpowiedzialności za innych. Osoby biorące udział w Igrzyskach ostatnią kwestią, o jaką się powinny martwić , jest to, czy są bezpieczne. Powinny móc skupić się na rywalizacji , na własnych możliwościach a nie na tym, czy są wypuszczane w bezpieczne miejsce…Daje do myślenia. W radio słyszałam , że podobno rekordowo dużo wykrywa się środków antydopingowych u sportowców z Rosji. Kolejna więc kwestia, która się przy tej okazji ciśnie na myśl, to gdzie w tym wszystkim jest sport? Nie mówię tu o akurat sportowcach z Rosji bo naiwnością byłoby sądzenie, że tylko tam sportowcy biorą doping. Raczej smutne jest to, że świat tak nastawia się na kolejne łamanie ludzkich możliwości, że wiadomo jest, że zwykłymi siłami się nie da tego osiągnąć i tyle i właśnie pewnie to stało się przyczynkiem do rozwoju i produkcji coraz bardziej wspierających siły człowieka środków. Gdzie w tym wszystkim miejsce na prawdziwy sport? Pewnie już dawno się zagubił, szkoda, chociaż chyba wciąż są sporty, w których (mam nadzieję) owych środków dopingujących jest jednak mniej. Takim sportem wydają mi się skoki narciarskie.
Jutro zaczyna się Nowy Rok Chiński, Tygrysa. Po raz pierwszy od dawna jestem zadowolona, bo nie dość, że podobno sam znak jest uważany za dobry i sprzyjający, to moje horoskopy na ten Nowy Chiński Rok są sprzyjające. Mam nadzieję, że w pewnych kwestiach będzie dokładnie tak, jak w kilku miejscach mi napisano, a mianowicie, że po wytyczeniu sobie celu, mozolną pracą ale dojdę do sukcesu. No, to mam taką nadzieję.
…ten wpis. Bo idzie weekend i po co zarzucać smutkami. Bo co kogo obchodzi. Ale przecież mój blog był z założenia. Był? Jest! Pamiętnikiem i chcę w nim zostawiać to, co w głowie się kotłuje. Nie ukrywam też, że "impulsem" stała się dla mnie rewizyta na blogu Ewy. Minęła niedawno miesięcznica od śmierci mojego Ojca. Jakoś do siebie dochodziłam, ale śmierć w rodzinie Męża, tym bardziej, że również ktoś został osierocony, przywróciła wiele wspomnień, oczywiście, że niekoniecznie , raczej tylko tych smutnych, złych. Krąży więc koło mnie znowu temat śmierci, żałoby. Do tego stopnia, że kiedy dwa dni temu miałam dół gigant, rycząc zaczęłam przekopywać się przez strony na necie dotyczące właśnie żałoby i jej etapów. Zajrzałam nawet na forum poświęcone jej, ale nie znalazłam tam tego, czego szukam. Troszeczkę zbyt dla mnie tam było za duchowo, a nie szukałam nic w tej kwestii właśnie, bardziej jak najbardziej właśnie realności fizyczności przeżywania. Poza tym, co ważne. Pisały tam osoby, które miały z osobą zmarła świetne układy. A dla mnie istotną kwestią jest ta, że ja z Ojcem nie miałam najłatwiejszych układów. Ale, to nie znaczy, że Jego śmierć mnie nie ruszyła. Nie. A może wręcz odwrotnie, ruszyła silniej, niż gdybyśmy mieli te nasze układy wzorowe. Po co o tym piszę? Może ktoś też kiedyś będzie przekopywał się przez net, aby poszukać zdania kogoś, kto właśnie nie miał super układów z kimś, kto odszedł, ale odczuwa po nim jak najbardziej żałobę. I chce poczuć, że nie jest w tym sam. Że są tacy jak on. Ja wiem, że są, bo nawet jedna z osób z bloga rozmawiała ze mną i wiem, że i jej układy z Ojcem nie były super, ale nie znaczy to, że śmierć Ojca jej nie ruszyła. Ale jakoś ostatnio mijają nam się drogi i nie mogę się z nią nagadać na ten temat. A potrzebowałam tego. Chciałam też poczytać o samym zjawisku żałoby, jego etapach. I wiem już, że mimo, że nie przeszłam przez wszystkie jej etapy (na przykład nie miałam etapu , ani przez chwilę, zaprzeczenia) to wiele z tego, co obecnie przeżywam jest jak najbardziej "normalne" o ile można to tak nazwać. I wiem, że na przykład fakt, że dostałam po prostu, znienacka uczulenia, mimo, że nie wypróbowałam nic nowego z kosmetyków może wiązać się z tym stanem właśnie. I dobrze jest wiedzieć, że takie a nie inne myśli niekoniecznie muszą oznaczać, że się zwariowało. Że nie każdy ma z kim o tym pogadać. Nie dlatego, że nie ma się komu, ale dlatego, że osoby, które tego nie doświadczają, po prostu nie zawsze są w stanie nam pomóc. Owszem mogą wysłuchać, ale nie bardzo się ustosunkować, bo i jak. Ważne jest, że jest ktoś obok nas ale chciałoby się czasem wiedzieć, że ktoś ma za sobą takie samo doświadczenie. Bo to jest tak, że każdy z nas swoją żałobę przeżywa po swojemu. I ważne jest , żeby o tym wiedzieć. Szukając w necie artykułów natknęłam się z powrotem na ten, który odszukałam, kiedy szukałam tej tematyki po śmierci Kogoś Ważnego w życiu M. Potrzebowałam tego, bo , przyznaję się, nie wiedziałam, jak reagować. Tam wyczytałam, to mądre, żeby nie mówić komuś JAK ma przeżywać swoją żałobę. Żeby nie mówić, że się WIE, jak się ten ktoś CZUJE. Bo się nie wie. Bo nawet jeśli ktoś stracił tak samo powinowatą osobę czy o tej samej relacji (na przykład nienarodzone dziecko, partnera, przyjaciółkę) to i tak nie czujemy tego samego. I nagle okazuje się, że niezwykle ważne jest dla mnie, jeśli ktoś w ogóle pyta się mnie, jak sobie z tym wszystkim radzę. Bo wiecie co, bardzo wiele osób omija ten temat w moim życiu. Nie pytają. Nie mam pretensji, wiem, że pewnie chcą być delikatne, dyskretne. Nie mam pretensji. Tylko po prostu radzę sobie tak falami. Raz lepiej raz gorzej. Dobrze, że jest net. Naprawdę. Uspokoiłam się kiedy tego szukałam, a wczoraj przekopując się ponownie jeszcze bardziej się w tym utwierdziłam. Nie chciałam takiego wpisu , bo smutny, bo w dzisiejszych czasach omijamy tematy smutne, niewygodne, złe, ale to w końcu moje miejsce w sieci i jest mi niezwykle dobrze, że to z siebie mogłam wywalić. Nie oczekuję komentarzy, bo sama wiem, że sprawy dotyczące uczuć, odczuć, są niezwykle delikatne. Ale oczywiście, nie zabraniam, bo i jaki to ma sens, skoro popełniam jakby nie było publiczne wynurzenia. Natomiast chciałam, aby ten wpis stał się być może pomocą, wsparciem dla kogoś, kto też kiedyś będzie szukał czegoś o tej właśnie tematyce.
…w Jedynce radiowej, od 9.00 do 12.00 w mojej ulubionej audycji "Cztery Pory Roku" będzie "Światowy piątek" i będzie o Austrii;) Super. Daję znać, bo może ktoś zainteresowany. Przy okazji, jak już jestem przy ulubionych Jedynkowych audycjach, to polecam bardzo audycję "Kulturalna Europa" na tejże Jedynce Radiowej. W każdy wtorek i czwartek od godziny 23.05 do (obecnie przedłużyli) 23.50. Dzisiaj będzie na pewno głównie o Berlinale. "Kulturalną Europę" polecam szczerze. Wciągnęłam się w nią.
…a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła. Jak to w Tłusty Czwartek😉
Ile pączków trafiło już do brzucha? Ja zjadłam dwa na śniadanie, popijając ciepłą herbatą i pewnie zagryzę chrustem. To chyba jedyny taki dzień, kiedy naprawdę nie myślę o kaloriach;) Trzeba tłusto podjeść, żeby potem tłusto się wiodło.
a potem się dziwić, że ludzie BOJĄ się zwrócić uwagę. Jak się nie bać, kiedy morderca lata po ulicy z nożem i człowiek po prostu nie wie, czy zwracając komuś uwagę nie zrobi tego po raz ostatni w życiu? Okropnie się wczoraj zdenerwowałam kiedy usłyszałam tę wiadomość, szczególnie dlatego, że interweniujący policjant nie musiał. Był na urlopie, ale najwyraźniej wciąż czuł się na służbie. Właśnie tacy jak on pozwalają nie zapomnieć, że w każdym zawodzie są ludzie z pasją, którzy chcą robić swoje solidnie i jak trzeba. Tylko szkoda, że zamiast nagrody dzieje się coś takiego.
Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2004). Z francuskiego przełożył Wiktor Dłuski.
Znowu Chiny. Znowu. Nie wiem, co się stało, ale tematyka współczesnych Chin jakoś niezwykle mnie intryguje, co ciekawe ,mój stosunek do tego kraju na pewno nie jest bałwochwalczy , wręcz sądzę, że więcej dostrzegam wad niż zalet tego kraju a jednak temat interesuje, kusi i powoduje, że z chęcią sięgam po tego typu lekturę. Na wstępie recenzji, szczerze polecam wpis Magi-mary , nie tak dawny, o którym zaraz kiedy po książkę sięgnęłam, pomyślałam.
Ciężko jest ogarnąć myśli po tak przejmującej lekturze. Muszę powiedzieć jedno. Po raz kolejny, mimo, że kiedy myślę o szkole, zwłaszcza początkowej, to chce mi się cytować za T.Love "(…) dziękuję szkole za pierwsze kontakty za dzikie wakacje i nerwy w ubikacji", to odczułam wielką wdzięczność za fakt, że przyszło mi się narodzić w kraju, w którym mam dostęp do wykształcenia. W którym moi rodzice nie musieli zastanawiać się nad tym, czy stać ich na to aby posłać mnie do szkoły.
Francuscy dziennikarze podróżowali po okolicy , w której mieszka autorka dziennika, robiąc reportaż, kiedy to w chwili, kiedy wyjeżdżali podbiegła do nich matka trzynastoletniej dziewczynki, Ma Yan, wręczając im list swej córki. List, którego matka bez wykształcenia nawet nie rozumiała i który musiała jej córka odczytać. A list ten był rozpaczliwym, mocnym krzykiem o pomoc i ratunek. Czyli w tym przypadku o możliwość kontynuowania nauki. Chińska prowincja boryka się obecnie z wieloma problemami. Jednym z nich z pewnością jest brak wykształcenia nowego pokolenia. Niestety, szkolnictwo, zrujnowane podczas szalonej Rewolucji Kulturalnej , nie podźwignęło się. Swoistym paradoksem jest fakt, że w kraju, który odnotowuje tak wysoki rozwój gospodarczy, jest cała masa ludzi niewykształconych i biednych. Takich, którzy albo nie mają pieniędzy aby ich dzieci uczyły się po szkole podstawowej albo takich, którzy, jak rodzina pochodzącej z mniejszości muzułmańskiej Chin, Ma Yan, musi wybierać spośród gromadki dzieci. I, rodzi się kolejny problem, oprócz samej biedy i co za tym idzie, zatrważająco rosnącego poziomu coraz niższego wykształcenia wśród ludności wiejskiej, widać kolejny problem nie tylko w tym przypadku Chin, ale i wielu innych krajów rozwijających się. A mianowicie, z góry przegraną dziewczynek. Kobiety się nie liczą. Narodziny kolejnej dziewczynki nie są przyjmowane z radością a z westchnieniem. I kiedy przychodzi co do wyboru czy kształcić syna czy córkę, wybór jest jasny, pada oczywiście na syna. W historii Ma Yan jaśniejszym promykiem jest fakt, że jej rodzice zdają się ją kochać, ale mimo to, kiedy przyszło co do wyboru , na które kształcące się dziecko wydadzą pieniądze, wybrali synów, nie córkę. I to właśnie chciała wykrzyczeć Ma Yan.
Niesamowita jest w tej dziewczynce wola dalszej nauki. Ona, jako jedyna naprawdę rozsądna, a właśnie dlatego, że kształcona, rozumie, że współczesnym świecie nie da się osiągnąć nic bez nauki i wykształcenia właśnie. Tylko nie rozumieją tego, niestety, współczesne władze Chin, które zdają się jedynie chwilowo dostrzegać problem, by za chwilę znowu zamieść go pod dywan i udawać, że nie istnieje. W końcu rolnicy im mniej mądrzy, tym lepiej, prawda? Mniej będą myśleć, mniej domagać. Będą egzystować na granicy przeżycia. Wtedy łatwiej się nimi steruje. Dziennikarze, którzy otrzymali list zainteresowali się losem dziewczynki. Wkrótce otrzymali jej dziennik, zapiski, których część poszła z dymem, kiedy jej ojciec skręcając sobie papierosy używał zapisków córki z zeszytów, zapisków, których rzecz jasna, nie rozumiał jako, że sam nie uczył się w szkole. Francuzi nie odpuścili, w "Liberation" ukazał się reportaż na temat Ma Yan, który wywołał wielki odzew wśród czytelników. Ludzie przejęli się losem trzynastolatki, która, jakież to ciekawe , kiedy patrzy się na niektóre rozpieszczone dzieci , które uczyć się nie chcą z kaprysu i niechęci, ma tak wielką potrzebę nauki. Która rozumie, że tylko to może pozwolić jej wyrwać się ze świata biedy, wręcz nędzy. Świata, w którym ona, jako uczennica ma jedno ubranie, które pierze sobie przy okazji weekendowych wizyt w domu. W świecie, w którym praktycznie nie je ona mięsa a miseczka ryżu stanowi jej codzienną strawę. W świecie, w którym idzie ona w piątek po południu do domu kilka godzin , bo żal jej jednego Juana na traktor, którym może podwieźć ją do jej wioski rolnik przyjeżdżający na targ w mieście, w którym jest szkoła. Przejmujący jest opis zaginięcia długopisu, który Ma Yan tak kochała, a na który zbierała pieniądze długo , w dodatku dokonując wielu wyrzeczeń takich, jak odmawianie sobie jedzenia aby na ów długopis zaoszczędzić. Po jakimś czasie zapiski, ów dziennik Ma Yan ukazał się drukiem i właśnie prezentowany był przez Pierra Haski. Powstało również stowarzyszenie "Enfants du Ningxia", które ma swoją siedzibę w Paryżu i dzięki któremu ufundowano paru innym dziewczynkom oprócz Ma Yan możliwość dalszego kształcenia się. Ktoś spyta czy warto jest robić szum aby pomóc tylko paru dziewczętom skoro na całym świecie takich, jak one są miliony? Ale czy jest to argument na to abyśmy pozostali obojętni na los takich jak one? Moim zdaniem nie. Ma Yan zasługuje na dalszą naukę. Mam nadzieję, że spełniło się jej marzenie o Uniwersytecie, jako, że zasługiwała na to jak mało kto. Wiedząc, czego pragnie, dążąc do tego pomimo głodu, biedy, nędzy, niepowodzeń. Ma Yan wykazała się niezwykłym jak na dziecko w jej wieku poziomem dojrzałości, odpowiedzialności i świadomości, że we współczesnym świecie tylko wykształcenie zmienia coś w życiu człowieka na lepsze. Dziewczynka chce kiedyś sprawić, aby nie tylko jej kraj rósł w siłę ale również wesprzeć rodziców, którym, a szczególnie matce, jest wdzięczna za okazaną jej pomoc. Ma Yan nie jest rozgoryczona na władze swojego kraju, który zdaje mi się traktować takich jak ona co najmniej lekceważąco. Nie widzi nic niezwykłego w tym, że w kraju, który chwali się niesamowitym rozwojem gospodarczym wciąż jest tylu analfabetów a poziom wykształcenia wśród rolników wręcz zatrważająco maleje zamiast rosnąć. Ma Yan ucząc się w obskurnych warunkach, bez jakichkolwiek wydawało by się nam, ludziom Zachodu , pomocom naukowym, wciąż ma chęć do kontynuowania nauki, właśnie po to aby zmienić los swój i bliskich. Książka, dziennik właściwie jest przejmujący, nie tylko ze względu na postać samej dzielnej dziewczynki, ale na ilość refleksji i niewesołych myśli, jakie człowiekowi przychodzą do głowy w związku z tematem… Moja ocena to 5 / 6.