„Przerwane objęcia”. Reż. Pedro Almodovar.

Tyle się naczekałam na ten film a pozostało uczucie niedosytu, kiedy wreszcie miałam okazję go obejrzeć. Oceniam go jako OK, ale nic ponadto. Nie doczekałam się, a to lubię, tego, aby ten film mnie poruszył. Abym ja coś z niego wyniosła. Dlatego lubię filmy Almodovara bo właśnie powodują u mnie na ogół refleksje, rozmyślania, często bardzo śmiech, czasem łzy wzruszenia. Nie zawsze jest to wielkie przemyśliwanie, czasem po prostu wspomnienia z przeszłości, jakiś impuls, coś, co przypomni coś co było ważne. Tu nic takiego nie nastąpiło.
Film zdawał mi się być dość chaotycznie poszatkowany i nie mam tu na myśli tylko tego, że mieliśmy do czynienia zarówno z opowieścią współcześnie się dziejącą, jak i z przeszłością. Tu owo poszatkowanie trochę zbyt rozedrgane mi się wydało.
W ogóle miałam wrażenie, jakby Pedro pozostawił wiele wątków nierozwiniętych, jakby coś zaczął aby jednak pozostawić to bez rozwiązania. Celowe to być może ale jaki tego cel? Nie wiem.
Motywy zaczerpnięte z jego własnych filmów z przeszłości również jakby tylko muśnięte a w tym filmie zdecydowane cytowanie wydawało by mi się właściwsze.
Oj, narzekam bo nie lubię tego uczucia, kiedy siadam z nastawieniem, że będę miała swoją prywatną filmową ucztę a pozostaje posmak fast foodu.
No, niestety. Pedro wie, że go uwielbiam i dlatego jestem tak bezlitosna. Bo wiem, że zdecydowanie "stać go" na więcej.

Film, owszem, można rozpatrywać jako jakieś osobiste podsumowanie filmowych dokonań samego reżysera, ale znowuż zbyt płytkie to mi się zdaje a zbyt mało w tym wirtuozerii i tego niesamowitego poczucia humoru, ironicznego jak ja to określam, który tak mnie urzekł w filmach Almodovara.

Opowieść to o reżyserze, którego poznajemy kiedy już od czternastu lat nie robi filmów, jest też niewidomy. W pewnej chwili opowiada on komuś o swoim ostatnim filmie, i o kobiecie, którą wtedy poznał. Jak to u Pedro, zdarzyła się i wielka namiętność i miłość, która sięgnęła aż po grób. Po latach pewne sprawy wychodzą na wierzch, winni czują, że czas już rozprostować pewne niedokończone sprawy z przeszłości.
Niemniej jednak ta opowieść mnie nie przekonała. Chyba wolę Almodovara , który opowiada coś na granicy dramatu i groteski a mimo to obronną ręką z tego wychodzi. Tu miał być melodramat, jak sądzę, ale z kolei zabrakło mi tego cudownej pozłotki lukru i kiczu, którym tak w przeszłości obficie obrzucał swoje obrazy Pedro.
Nie, nie powiedziałabym , że to zły film i że nie obejrzałabym. Obejrzałabym, ale nie jest to film, do którego będę wracać, jak obsesyjnie już pewnie;) wracam do "Volver".

No nic, mam nadzieję, że następny jego film wręcz odwrotnie, nie zawiedzie mnie, a zachwyci;)

Moja ocena 4 / 6.