
Wydana w Wydawnictwie Replika. (2010).
Za co lubię Replikę? Ano za to, że (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) jest wydawnictwem, który daje szanse debiutantom. A to ważne. Chociaż…tak po lekturze tej książki dumam i dumam, debiutantka to czy nie? Bo po wrzuceniu nazwiska autorki do najlepszego przyjaciela czyli wujka google nie wyskoczyło mi właściwie nic oprócz tylko i wyłącznie informacji o sprzedaży samej książki, nic zaś o autorce. Może to więc pseudonim literacki? Hmmm…kto wie.
W każdym razie zaciekawiła mnie ta książka bo , o czym pisałam kilka razy na rozmaitych blogach, trochę mi głupio, że niezbyt często sięgam po współczesną prozę polską. Pewne nazwiska tak mi się "przejadły" w tv, że po te nie sięgam z premedytacją (pewnie coś tracę), mam też wrażenie, że polscy autorzy wyjątkowo źle znoszą krytykę, o czym świadczą i pewne moje osobiste doświadczenia i to, co wyczytuję na Forum Książka, gdzie czasem autorów dosłownie ponosi, jakby nie było tak, że komuś książka się nie spodoba, ba! nawet śmie wyrazić swoją opinię i skrytykuje. Nie, nie postać autora, a książkę właśnie. No i rodzi się problem. Bo trudno krytykować, jak człowiek zastanawia się, czego się potem o sobie naczyta, jak śmie wyrazić opinię krytyczną. A z drugiej strony recenzja nieuczciwa mi się zdaje, kiedy nie płynie z serca i z tego, co się czuło podczas czytania książki.
Ten przydługi wstęp prowadzi do refleksji, że przeczytana przeze mnie książka Piotrowicz "Wszystkie moje matki" zdecydowanie "obroniła się".
Opowieść to niezwykła, ze sporą dozą psychologii.
Zaczyna się ciekawie. Weronika, kobieta u progu dosłownie trzydziestki, która posiada wiedzę o tym, że została adoptowana dostaje list od swojej "biologicznej" matki. Matki, o której powiedziano jej, że zmarła przy porodzie. Tymczasem okazuje się, że nie było to prawdą. Matka jak najbardziej żyje. Natychmiastowa konfrontacja z rodzicami adopcyjnymi ujawnia skrywany przez lata sekret, ciążący nad Weroniką. Matka jej bowiem urodziła ją w zakładzie psychiatrycznym, w którym wylądowała zdiagnozowana. Nad Weroniką rosną czarne chmury. Jej dotychczasowe , bezpieczne tak życie , chwieje się w posadach i nagle , z dnia na dzień, kobieta porzuca to, co do tej pory ją kształtowało, czyli pracę, rodziców, niekochanego kochanka, mieszkanie i wyrusza na południe Polski, w góry, aby tam poznać tę, która dała jej życie. I wyjaśnić, co stało się trzydzieści lat temu. Coś, co doprowadziło Weronikę do takiej zmiany w życiu.
Bohaterka odnajduje swoją matkę. Zyskuje jednak nie tylko świadomość, kto ją począł i urodził, ale po części (bo niewiele) wiedzę o przeszłości, o kobietach, które ją kształtowały. Owe tytułowe "wszystkie matki" Weroniki to również jej praprzodkinie.
Specyficzna to książka. Na szczęście żadna w stylu tak popularnych na listach bestsellerów , w których porzucona córka bez problemu odnajduje kontakt z matką, która zostawiła ją i zamieszkuje w wielkim szczęściu rozwijając agroturystykę.
Nie, nie. Piotrowicz oszczędza nam słodu. Jest w tej książce bardzo dużo goryczy, ale i prawdziwości na temat istoty kobiecości, relacji matki z córką. Tego, co odkrywamy czasem w wieku dojrzewania, najczęściej jednak, to bardzo prawdziwe, jako kobiety właśnie w okolicach owej "magicznej" trzydziestki. To nie tylko pełen rozwój naszej kobiecości, seksualności, to również najgłębszy moment sięgnięcia do przeszłości, która nas ukształtowała. Istoty kobiecości samej w sobie. Mocy kobiet, która jest. I demonów, które nas, kobiety, przez wieki niszczą. Którym możemy się jednak przeciwstawiać.
Książka to niezwykła, bo bardzo mocno mroczna. Oniryczna. Nie jesteśmy pewne czytając ją (sorry panowie, tak myślę ,że to jest książka głównie adresowana do nas, kobiet) czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę czy tylko (aż??) śni głównej bohaterce. Czy spotkanie z matką ma miejsce naprawdę? A może, co ciekawe, w ogóle nie dzieje się w rzeczywistości a jedynie w snach (wizjach) bohaterki? A może tak skrywana choroba psychiczna matki , o której bali się Weronice powiedzieć jej rodzice rzuca na nią coraz większy cień? Może właśnie choroba sięgnęła po nią, zawładnęła nią i wszystko to, co się dzieje, dzieje się tylko w jakiejś chorej rzeczywistości, do której wstęp ma tylko ona sama?
Autorka pozostawia nas bez odpowiedzi, ale właśnie dlatego myślę, że jest to książka jeszcze bardziej interesująca.
Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę, bo przyznaję, że zaintrygowała , spowodowała wiele rozmaitych refleksji i myśli nad kobiecością, nad ideą kobiecości, nad wspólnotą kobiet, nad tym, jak bardzo "wszystkie nasze matki", nasze prababki, babki, matki tak naprawdę tworzą nas , realne kobiety. Jak nas kształtują…i jak bardzo musimy mieć tego świadomość.
A jednak jest co nieco w necie o Autorce.
Więcej informacji można wyczytać na stronach Wydawnictwa Replika.
Moja ocena 4.5 / 6.
