Na ogół jest tak, że kiedy mam zamiar obejrzeć jakiś film, to zerkam na Filmweb i patrzę na ocenę widzów i najczęściej moja ocena po filmie potwierdza mniej więcej tą darowaną od widzów. Ale zdarzają się też wyjątki. Film "Genova" noszący u nas tytuł "Genua. Włoskie lato" na filmwebie ma ocenę co najmniej średnią, natomiast ja odwrotnie, ten film oceniam o wiele lepiej, mnie się podobał. Przyznam się też do tego, że jedna z ocen na tej stronie wydała mi się tak niesprawiedliwa, że aż miałam łzy w oczach. Pewnie ze względu na osobiste odczucia, na tematykę, na to, co teraz sama przeżywam, ale słowa tego kogoś tak zdały mi się tak pozbawione uczuć, takie zimne , że aż mnie zmroziły. A więc jest tak, że dla kogoś cudze uczucia są śmieszne, zabawne, można się z nich pośmiać. Nie, nie chodzi mi o sam film. Z tym, że film, książka, występ, cokolwiek wystawione na publiczny widok może budzić różne uczucia, liczę się. Natomiast mój opór budzi fakt wyrażania krytyki, który często dotyka najmniej słabych stron danego dzieła a bardziej odczuć, uczuć, człowieka po prostu. Nie przepadam za okazywaną innym pogardą a tak pewną ocenę odczytałam. Być może, nie przeczę, podyktowany mój odbiór był osobistym doznaniem, oczywiście, ale jednak.
Wstęp ma prowadzić do mojej oceny filmu. W skrócie. Jest to film o żałobie. O swoim własnym przeżywaniu czasu po śmierci kogoś nam bliskiego. O tym, że jedni chcą o tym mówić a inni wręcz odwrotnie-milczą. O tym, że jedni rzucają się w umartwianie się, inni w pracę a jeszcze inni w doznania fizyczne i odkrywają zdecydowanie zbyt wiele cielesności jak na jeden raz.
Poza tym, każdy z ludzi ma swoje własne odczuwanie wobec śmierci kogoś bliskiego, o tym pisałam zupełnie niedawno i przypadkiem dość zbieżnie, w swoim własnym wpisie. Jedni mają poczucie winy słuszne, inni nie, ale każdy jakoś czas po stracie kogoś bliskiego przeżywa skomplikowany czas. I musi go przetrwać. Ze wsparciem bliskich bądź nie.
Film może zdać się dla niektórych banalny, bo pozbawiony wielkich uniesień, brak w nim zbyt analitycznego wgryzania się czy przeintelektualizowania. Brak w nim słodkiego nicnierobienia w pocztówkowych sceneriach, nad plaże bardziej akcentowane są labirynty uliczek Starówki tytułowego miasta, w którym bohaterowie gubią się nie tylko metafizycznie. Dla mnie akurat ta lekka "surowość" była zdecydowanym atutem filmu. Zdecydowanie!
Niech nie liczą na słodkie la dolce vita miłośnicy filmów o Toskaniach i innych tego typu rajach na ziemi. Tytułowa Genua z rajem nic wspólnego mieć nie będzie. To raczej osobiste piekło? czyściec może? dla tych, którzy zostają tu, na ziemi, osamotnieni i którzy mają złudne, tak, złudne nadzieje, że od problemów da się uciec wyjeżdżając, zmieniając miejsce zamieszkania.
Film rozpoczyna sytuacja, w której widzimy matkę i jej dwie córki, dojrzewającą już dziecko-kobietę i dziecko zdecydowanie jeszcze, podróżujące autem. W pewnej chwili dzieje się tragedia. Wypadek, który zabierze matkę raz na zawsze. Wypadek, o który, jak się okazuje, młodsza z córek obwiniać się będzie , starsza o jej winę posądzać ją też będzie, natomiast nikt najwyraźniej nie pomoże sobie w tym zaplątaniu i obwinianiu się.
Ojciec dziewczynek zostaje z tym wszystkim sam. Jego pomysł na radzenie sobie z sytuacją to zarówno psycholog dla córek, jak i roczny wyjazd z Chicago, w którym mieszkają do Genui, w której ma on zamiar wykładać na Uniwersytecie.
Brzmi dość banalnie, ale mnie się takim nie wydało. Owszem, możemy powiedzieć, że młodsza z córek ma słuszne w jakiś sposób poczucie winy, ale według mnie to tylko symbolika. Symbolika tego, co czujemy po śmierci osób nam najbliższych. Bo królestwo temu, kto nie odczuwa po śmierci osoby bliskiej uczucia, że czegoś nie dopilnował, że coś tam zrobił za mało, czegoś innego nie powiedział, nie wyznał, nie dopatrzył.
Młodsza więc z córek zmaga się z poważną traumą i silną nerwicą. Starsza usiłuje sobie z tym radzić również na swój sposób. Ona jednak usiłuje zamazać stronę duchową i silnie oddaje się stronie fizycznej życia. Smakując je jakby każdy z dni mógłby stać się tym ostatnim, również ukazuje swoją słabość.
Ojciec wydaje się być najspokojniejszym , ale też nie jest. Owszem, ma on pracę, jednak zdaje się nie panować do końca nad całą sytuacją a nade wszystko nad tym , co dzieje się z jego własnymi córkami, o których zdaje się wiedzieć mniej, niż mu się zdaje.
I tak sobie żyje koło siebie troje ludzi, związanych ze sobą więzami krwi i wspólną traumą a jakby mimo wszystko obok siebie byli…
Mimo tego, że film jasno przekazuje, że od problemów uciec się nie da, według mnie jednak niesie nadzieję na to, że po złych dniach mogą nastać te lepsze. Po czasie smutku musi nadejść czas radości. Bo takie jednak jest życie. Nieprzewidywalne, ale również mimo to, że zabierające jakąś cząstkę szczęścia, obdarowujące czymś innym, niekoniecznie mającym zastąpić to, co było ważne. Ale mającym swoją własną, odrębną wartość.
Moim zdaniem film, który wcale nie jest zły. A może po prostu mnie wyjątkowo podpasował , bo trafił w jakiś właściwy na niego czas.
Moja ocena 5 / 6.
