…dzisiaj odszedł od nas Sówka.
Jest nam bardzo, bardzo smutno.
…dzisiaj odszedł od nas Sówka.
Ale się cieszę;)
Okropnie emocjonujący bieg był, a finisz taki, że hej! no, bałam się, że Bjoergen jednak wyrwie Justynie ten medal z rąk.
Przed chwilą oglądaliśmy powtórkę i raz jeszcze zobaczyliśmy ów emocjonujący finisz.
Rozmawiamy sobie o tym.
P. : "No, teraz to już można spokojnie oglądać:.
Ja : "Ale nie oglądasz tego ciągle z nerwem? ja jednak tak".
P. :"No w sumie tak, a nuż na powtórce jednak wygra Bjoergen?"
Kurtyna.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. (Warszawa, 2010).
Przełożyła Inga Sawicka.
Pamiętam, jak we wrześniu pisząc o kontynuacji "Księżniczki z lodu", narzekałam, że kolejna część ukaże się dopiero w 2010. Po drodze wydarzyły się różne sprawy, które sprawiły, że czas jakby inaczej mi pobiegł, pewne sprawy zaś przestały być aż tak ważne i nagle ani się obejrzałam a miałam w ręku "Kaznodzieję".
W tej części opowieści kryminalnej o Erice dowiadujemy się, że jej przyszłość z dawnym kolegą z młodości, z którym odnowiła znajomość w pierwszej części, rysuje się nader optymistycznie. Tworzą udany związek a owoc owego związku niedługo ma pojawić się na świecie. Na razie młodzi spędzają razem urlop, Erika, ponieważ to już końcówka ciąży, on ciesząc się wspólnym czasem i narzekają na wyjątkowo upalne tego roku lato. Szybko okazuje się, że mimo, że za oknem upalne lato, to daleko wszystkim będzie do optymizmu, bowiem okolicą wstrząsa zbrodnia. Zostają bowiem odnalezione zwłoki młodej dziewczyny. Nie na tym jednak koniec makabrycznych odkryć, pod jej zwłokami bowiem odnalezione zostają również szczątki dwóch innych kobiet.
Z urlopu nici, Patrik wraca do pracy aby jak najszybciej dojść tego, kto jest sprawcą współczesnej zbrodni. I czy przypadkiem ta zbrodnia nie wiąże się z dwoma zaginięciami kobiet dawno temu?
Turystyczna Fjallbaca zaczyna jawić się masowo odwiedzającym ją turystom nie jako oaza wakacyjnego spokoju a miejsce niespokojne i niebezpieczne, tym bardziej, że niebawem ginie kolejna młoda dziewczyna, tym razem letniczka.
Po raz kolejny mamy do czynienia z opisem małej miejscowości, w której niby to wszyscy się znają, ale tak naprawdę jest wiele skrywanych tajemnic i sekretów. Tym razem szybko domyśliłam się kto jest sprawcą zbrodni, ale nie przeszkodziło mi to, ponadto nie wszystko do końca aż takie jasne dla mnie było.
Będę oczekiwać więc na kolejne tomy opowieści kryminalnej , tym bardziej, że na okładce zapowiadają, że następne części, czyli "Kamieniarz" i "Ofiara losu" mają zostać wydane jeszcze w tym roku.
Moja ocena książki to 5 / 6.
Dzięki Obiezy_swiatce przypomniałam sobie za co lubię Wielkich Fotografików. A wielbię ich za to, że umieją w jakiś niewytłumaczalny sposób w swoich fotografiach codzienności, niby to zwykłych wydarzeń, historii, obrazów z ulicy stworzyć coś niezwykłego. Sztukę po prostu.
Obiezy_swiatka przysłała mi pocztówkę autorstwa niedoścignionego Roberta Doisneau.
Doisneau skupił swoją uwagę na Paryżu. I jego mieszkańcach. Kafejkach, w których się bywa (ja otrzymałam pocztówkę z Cafe de Commerce). Pocałunkach i zabawie. Śmiechu i refleksji. Życiu. Jego Paryż jest taki, jakim lubię oglądać miasto, to miasto jest dla mnie niezwykłe. Niby to pełne zwykłych a niezwykłych ludzi. Z których każdy ma swoją indywidualną historię, ważną dla tej osoby. A jednocześnie poczucie humoru cechujące autora zdjęć zdaje się nam przypominać- "Uśmiechnij się. To w końcu tylko (aż?:) fotografia!".
Miłego oglądania.
Dziękuję za przypomnienie postaci. I jego zdjęć.
A propos fotografików (to pod wpływem komentarza Czary) to przypominam, że Małym Paryżaninem Willy Ronisa zachwycałam się w tym wpisie;)
Tyle się naczekałam na ten film a pozostało uczucie niedosytu, kiedy wreszcie miałam okazję go obejrzeć. Oceniam go jako OK, ale nic ponadto. Nie doczekałam się, a to lubię, tego, aby ten film mnie poruszył. Abym ja coś z niego wyniosła. Dlatego lubię filmy Almodovara bo właśnie powodują u mnie na ogół refleksje, rozmyślania, często bardzo śmiech, czasem łzy wzruszenia. Nie zawsze jest to wielkie przemyśliwanie, czasem po prostu wspomnienia z przeszłości, jakiś impuls, coś, co przypomni coś co było ważne. Tu nic takiego nie nastąpiło.
Film zdawał mi się być dość chaotycznie poszatkowany i nie mam tu na myśli tylko tego, że mieliśmy do czynienia zarówno z opowieścią współcześnie się dziejącą, jak i z przeszłością. Tu owo poszatkowanie trochę zbyt rozedrgane mi się wydało.
W ogóle miałam wrażenie, jakby Pedro pozostawił wiele wątków nierozwiniętych, jakby coś zaczął aby jednak pozostawić to bez rozwiązania. Celowe to być może ale jaki tego cel? Nie wiem.
Motywy zaczerpnięte z jego własnych filmów z przeszłości również jakby tylko muśnięte a w tym filmie zdecydowane cytowanie wydawało by mi się właściwsze.
Oj, narzekam bo nie lubię tego uczucia, kiedy siadam z nastawieniem, że będę miała swoją prywatną filmową ucztę a pozostaje posmak fast foodu.
No, niestety. Pedro wie, że go uwielbiam i dlatego jestem tak bezlitosna. Bo wiem, że zdecydowanie "stać go" na więcej.
Film, owszem, można rozpatrywać jako jakieś osobiste podsumowanie filmowych dokonań samego reżysera, ale znowuż zbyt płytkie to mi się zdaje a zbyt mało w tym wirtuozerii i tego niesamowitego poczucia humoru, ironicznego jak ja to określam, który tak mnie urzekł w filmach Almodovara.
Opowieść to o reżyserze, którego poznajemy kiedy już od czternastu lat nie robi filmów, jest też niewidomy. W pewnej chwili opowiada on komuś o swoim ostatnim filmie, i o kobiecie, którą wtedy poznał. Jak to u Pedro, zdarzyła się i wielka namiętność i miłość, która sięgnęła aż po grób. Po latach pewne sprawy wychodzą na wierzch, winni czują, że czas już rozprostować pewne niedokończone sprawy z przeszłości.
Niemniej jednak ta opowieść mnie nie przekonała. Chyba wolę Almodovara , który opowiada coś na granicy dramatu i groteski a mimo to obronną ręką z tego wychodzi. Tu miał być melodramat, jak sądzę, ale z kolei zabrakło mi tego cudownej pozłotki lukru i kiczu, którym tak w przeszłości obficie obrzucał swoje obrazy Pedro.
Nie, nie powiedziałabym , że to zły film i że nie obejrzałabym. Obejrzałabym, ale nie jest to film, do którego będę wracać, jak obsesyjnie już pewnie;) wracam do "Volver".
No nic, mam nadzieję, że następny jego film wręcz odwrotnie, nie zawiedzie mnie, a zachwyci;)
Moja ocena 4 / 6.

Wydana w Wydawnictwie Replika. (2010).
Za co lubię Replikę? Ano za to, że (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) jest wydawnictwem, który daje szanse debiutantom. A to ważne. Chociaż…tak po lekturze tej książki dumam i dumam, debiutantka to czy nie? Bo po wrzuceniu nazwiska autorki do najlepszego przyjaciela czyli wujka google nie wyskoczyło mi właściwie nic oprócz tylko i wyłącznie informacji o sprzedaży samej książki, nic zaś o autorce. Może to więc pseudonim literacki? Hmmm…kto wie.
W każdym razie zaciekawiła mnie ta książka bo , o czym pisałam kilka razy na rozmaitych blogach, trochę mi głupio, że niezbyt często sięgam po współczesną prozę polską. Pewne nazwiska tak mi się "przejadły" w tv, że po te nie sięgam z premedytacją (pewnie coś tracę), mam też wrażenie, że polscy autorzy wyjątkowo źle znoszą krytykę, o czym świadczą i pewne moje osobiste doświadczenia i to, co wyczytuję na Forum Książka, gdzie czasem autorów dosłownie ponosi, jakby nie było tak, że komuś książka się nie spodoba, ba! nawet śmie wyrazić swoją opinię i skrytykuje. Nie, nie postać autora, a książkę właśnie. No i rodzi się problem. Bo trudno krytykować, jak człowiek zastanawia się, czego się potem o sobie naczyta, jak śmie wyrazić opinię krytyczną. A z drugiej strony recenzja nieuczciwa mi się zdaje, kiedy nie płynie z serca i z tego, co się czuło podczas czytania książki.
Ten przydługi wstęp prowadzi do refleksji, że przeczytana przeze mnie książka Piotrowicz "Wszystkie moje matki" zdecydowanie "obroniła się".
Opowieść to niezwykła, ze sporą dozą psychologii.
Zaczyna się ciekawie. Weronika, kobieta u progu dosłownie trzydziestki, która posiada wiedzę o tym, że została adoptowana dostaje list od swojej "biologicznej" matki. Matki, o której powiedziano jej, że zmarła przy porodzie. Tymczasem okazuje się, że nie było to prawdą. Matka jak najbardziej żyje. Natychmiastowa konfrontacja z rodzicami adopcyjnymi ujawnia skrywany przez lata sekret, ciążący nad Weroniką. Matka jej bowiem urodziła ją w zakładzie psychiatrycznym, w którym wylądowała zdiagnozowana. Nad Weroniką rosną czarne chmury. Jej dotychczasowe , bezpieczne tak życie , chwieje się w posadach i nagle , z dnia na dzień, kobieta porzuca to, co do tej pory ją kształtowało, czyli pracę, rodziców, niekochanego kochanka, mieszkanie i wyrusza na południe Polski, w góry, aby tam poznać tę, która dała jej życie. I wyjaśnić, co stało się trzydzieści lat temu. Coś, co doprowadziło Weronikę do takiej zmiany w życiu.
Bohaterka odnajduje swoją matkę. Zyskuje jednak nie tylko świadomość, kto ją począł i urodził, ale po części (bo niewiele) wiedzę o przeszłości, o kobietach, które ją kształtowały. Owe tytułowe "wszystkie matki" Weroniki to również jej praprzodkinie.
Specyficzna to książka. Na szczęście żadna w stylu tak popularnych na listach bestsellerów , w których porzucona córka bez problemu odnajduje kontakt z matką, która zostawiła ją i zamieszkuje w wielkim szczęściu rozwijając agroturystykę.
Nie, nie. Piotrowicz oszczędza nam słodu. Jest w tej książce bardzo dużo goryczy, ale i prawdziwości na temat istoty kobiecości, relacji matki z córką. Tego, co odkrywamy czasem w wieku dojrzewania, najczęściej jednak, to bardzo prawdziwe, jako kobiety właśnie w okolicach owej "magicznej" trzydziestki. To nie tylko pełen rozwój naszej kobiecości, seksualności, to również najgłębszy moment sięgnięcia do przeszłości, która nas ukształtowała. Istoty kobiecości samej w sobie. Mocy kobiet, która jest. I demonów, które nas, kobiety, przez wieki niszczą. Którym możemy się jednak przeciwstawiać.
Książka to niezwykła, bo bardzo mocno mroczna. Oniryczna. Nie jesteśmy pewne czytając ją (sorry panowie, tak myślę ,że to jest książka głównie adresowana do nas, kobiet) czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę czy tylko (aż??) śni głównej bohaterce. Czy spotkanie z matką ma miejsce naprawdę? A może, co ciekawe, w ogóle nie dzieje się w rzeczywistości a jedynie w snach (wizjach) bohaterki? A może tak skrywana choroba psychiczna matki , o której bali się Weronice powiedzieć jej rodzice rzuca na nią coraz większy cień? Może właśnie choroba sięgnęła po nią, zawładnęła nią i wszystko to, co się dzieje, dzieje się tylko w jakiejś chorej rzeczywistości, do której wstęp ma tylko ona sama?
Autorka pozostawia nas bez odpowiedzi, ale właśnie dlatego myślę, że jest to książka jeszcze bardziej interesująca.
Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę, bo przyznaję, że zaintrygowała , spowodowała wiele rozmaitych refleksji i myśli nad kobiecością, nad ideą kobiecości, nad wspólnotą kobiet, nad tym, jak bardzo "wszystkie nasze matki", nasze prababki, babki, matki tak naprawdę tworzą nas , realne kobiety. Jak nas kształtują…i jak bardzo musimy mieć tego świadomość.
A jednak jest co nieco w necie o Autorce.
Więcej informacji można wyczytać na stronach Wydawnictwa Replika.
Moja ocena 4.5 / 6.
Drugi srebrny medal Adama , tym razem na dużej skoczni, odnotowuję i cieszę się wraz z nim. Nie ma to , jak pracowitość, ale również, co podkreślam, dobrany trener, z którym zawodnik się "odnajduje" i ma dobrą współpracę.
Bardzo, bardzo się cieszę;) Brawo Adam!!!
…mnie odwiedził:)
Znowu poczta rozpieściła. Spacerek podesłała mi kartkę z Tatr. Tak, naszych gór;) Z widokiem Pośredniej Turni i Skrajnej Turni nad Doliną Gąsienicową. Dziękuję za kartkę z gór;) W tych naszych nie byłam bardzo dawno i raczej nie zanosi się abym tam szybko była, a więc tym milej podziwiać widoki.
Natomiast wczoraj odwiedził mnie ni mniej ni więcej, ale Mikołajek. Tak, ten z książek;). Jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości, jak on wygląda, to wczoraj się ich pozbyłam. Maga-mara bowiem podesłała mi pocztówkę ze zdjęciem autorstwa Willy Ronisa, która to przedstawiała ni mniej ni więcej a Małego Paryżanina.
Od znajomej zaś Amerykanki (i jej bliżniaków) dostaliśmy najprawdziwszą Walentynkę czyli przez pocztę wysłaną. Miły gest;)
Ogromnie Wam Dziewczyny dziękuję za pamięć i przede wszystkim za podróż, jaką odbyłam jak również za możliwość poznania Mikołajka;)

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. (2009). Z angielskiego przełożyła Anna Katarzyna Maleszko.
Cóż mogę powiedzieć. Dziwne uczucie mam po lekturze tej książki. Bo tak. Na kolana mnie nie rzuciła. Ale i przeczytałam. Bo wiecie, te Chiny tak mnie intrygują, że mam teraz taki "chiński" czas. Zauważyłam, że miewam takie fazy i co ciekawe, te fazy książkowe są na ogół w stosunku do miejsc, krajów, co do których mam zdecydowanie jakiś taki dualistyczny stosunek. Z jednej strony coś mnie w nich drażni, wiem, że nie chciałabym tam pojechać, z przeróżnych przyczyn, a z drugiej strony, coś tak silnie "uwiera", że muszę o nich czytać albo żeby utwierdzić się w moich indywidualnych przekonaniach, opiniach albo, żeby po prostu się nie zgodzić, ale zgłębić temat. Obecnie "na tapecie" , że się tak kolokwialnie może wyrażę-Chiny. Tak na to wygląda sądząc po moich ostatnich lekturach.
Po "Kości wróżebne" sięgałam z wielkimi oczekiwaniami. Kusiła mnie, bo tak jest i będzie raczej, właśnie ta perspektywa spojrzenia na Chiny współczesne. Oczywiście, wiadomo, że współczesność jest kształtowana przez przeszłość, ale miałam cichą nadzieję na jak największe skupienie się na owej współczesności właśnie. Książka jest owocem paru lat zamieszkiwania Chin przez jej autora, Petera Hesslera. Trochę głupio jest mi się go "czepiać", bo jak widzę, znany dziennikarz, z dokonaniami itd. Hm. Mnie nie do końca przekonał. Zastanawiam się, jak to sformułować. Czytając książkę z jednej strony byłam zaciekawiona, z drugiej, trafiałam na takie "rafy", przez które nie miałam niemal siły przebrnąć. Kilkakrotnie prawie porzuciłam książkę.
Jak dla mnie mistrzem reportażu pozostanie i nic tego nie zmieni, Kapuściński. Peter Hessler pisze dobrze, porusza ciekawe tematy, ale mnie osobiście często po prostu i zwyczajnie i banalnie znudził.
Podsumowując moje żale, dokończyłam dlatego, że jednak byłam ciekawa, co będzie dalej w tym reportażowym spojrzeniu na Chiny a po drugie, nie mam zwyczaju (raz może się zdarzyło, że złamałam ów zwyczaj) pisać o czymś, czego nie czytałam czy nie widziałam w całości.
Peter Hessler lepiej pisze o sprawach kulturalno społecznych, chociaż odnoszę wrażenie, że według niego lepiej wychodzą mu kwestie związane z archeologią. Jest to pewnie jego konik i trudno mu się dziwić, że chce mieć wrażenie, że tym "zarazi" innych. Ja jednak uważam, że najlepiej wyszły mu obserwacje zmian zachodzących w Chinach na przestrzeni lat przełomu milenijnego. Ta kwestia mnie osobiście interesuje zawsze w stosunku do każdego kraju, o którym czytam. Społeczeństwo, kultura, współczesność, to, jak się żyje obecnie tu i teraz i jakie nastąpiły zmiany. Nic na to nie poradzę, że kwestia tytułowych "kości wróżebnych" najmniej mnie ciekawiła, mimo prób powiązania tego tematu z współczesnością.
Z kolei tematem najbardziej mnie ciekawiącym była jego analiza życia jego własnych studentów , którzy rozpoczynali dorosłe życie w nowej, zdecydowanie kapitalistycznej a nie socjalistycznej rzeczywistości (cokolwiek by Komunistyczna Partia Chin na ten temat nie myślała).
Fantastyczną lekturę miałam podczas analizy miasta Shenzhen, które "wyrosło z dnia na dzień", a w którym wielu młodych ludzi rozpoczyna start w nowe , lepsze? życie. Bardzo też zajął mnie rozdział wciąż powiązany z owym miastem a dotyczący kultowej dziennikarki radiowej prowadzącej audycje nocne dla zagubionych we współczesnych Chinach młodych kobiet.
Najmniej ciekawiły mnie wtręty polityczne a raczej obserwacje dotyczące konfliktów na linii władz Amerykańsko-Chińskich, aczkolwiek przerażający jest opis tego, jak reagował tak zwany "przeciętny Chińczyk" po słynnym 11 września…To pokazuje, jak odmienna i nigdy dla mnie niezrozumiana jest ich mentalność i nich tak pozostanie. Niemniej jednak, co również można wyczytać z kart książki, niestety, pewne sposoby myślenia ze słynnej "Rewolucji Kulturalnej" już niestety, raz na zawsze , będą pokutować w sposobie myślenia współczesnych Chińczyków. A może, co jeszcze ciekawsze, Mao nie odkrył nic nowego a czerpał z przeszłości, z myśli powstałych wieki temu, tylko umiejętnie dostosował je do swoich pomysłów?
Podsumowując. Przed lekturą miałam taki na nią apetyt. Spodziewałam się więcej. Dostałam przyzwoitą prozę ale nie coś, co powoduje, że nie mogłam się oderwać. Mimo to lekturę oceniam na przyzwoitą.
Moja ocena to 4 / 6.
Odnotowuję srebrny medal na Olimpiadzie dla Justyny Kowalczyk w sprincie. Brawo Justyno!! Cieszę się, bo widać, że to nagroda za ciężką pracę. Fajnie;)
A wczoraj saneczkarka Ewelina Staszulonek zajęła ósme miejsce. Też odnotowuję, żeby nie wyszło, że jestem łasa jedynie na medale. A nie. Cieszę się z takich również sukcesów, tym bardziej, że dziewczyna waleczna, miała poważny wypadek na torze , nie poddała się i jak widać, jest ósma w świecie;)
Recenzje, Fakty i wiele innych...
nie tylko o książkach
Czytelnicze okno z widokiem na morze
Życie w Irlandii, Podróże po Irlandii i Europie, Tarot
Książki, kawa, święty spokój