„Wroniec”. Jacek Dukaj.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. (2009).

O matko. Mooocna lektura.
Od razu przyznaję się, że to książka, którą nabyłam dla P. w ramach Gwiazdkowego prezentu. Tylko, że ja przeczytałam ją wcześniej.
I napiszę tak-miałam świetny pomysł, że ją P. nabyłam. Wiecie, że polskiej prozy nie czytam zbyt często. Nie mówię, że w ogóle, ale nie ukrywam, że rzadko. Ale tu był zdecydowanie strzał w dziesiątkę! Z czego, nie ukrywam, cieszę się ogromnie.
Pan Jacek Dukaj pewnie w ogóle nie byłby w kręgu moich literackich zainteresowań, jako, że jego postać kojarzy mi się raczej z literaturą fantasy? (czy dobrze?), dlatego nabyłam ją dla P., ale zainteresował mnie temat poruszony w książce, czyli okres stanu wojennego w Polsce. Jestem wielkim przeciwnikiem wprowadzenia tegoż, jako, że wojna domowa, w jakimkolwiek jej wydaniu jest według mnie jedną z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać naród. Od razu proszę o to, aby nie politykować ze mną w tym wpisie. Nie chcę aby zmienił się on w polityczną pyskówkę. Uznaję, że każdy ma swoją opinię na temat tegoż i nie chcę się z nikim przekonywać w żadną stronę. Ja, jak wspomniałam, jestem przeciwnikiem i to właściwie wszystko, co chcę na temat tego powiedzieć.

Teraz już tylko o książce.
Otóż, ewidentnie widać w niej to, iż autor popełnia fantasy a może po prostu, że ma korzenie tej literatury, ale…to tylko dodaje smaczku książce.
Książka bowiem napisana jest niezwykle. To niesamowicie plastyczna oniryczna opowieść skonstruowana w dodatku rewelacyjnym językiem. Słowa, słówka autorstwa pana Dukaja, to majstersztyk intelektualny. Przynajmniej ja tak uważam.
Przez całą, dokładnie przez całą lekturę towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki i strachu. Tak. Ta bowiem opowieść o małym chłopcu Adasiu, który ruszył w makabrycznie szary i niszczący świat tytułowego Wrońca aby ratować swoich najbliższych a co za tym idzie samego siebie jest przepełniona niezwykłą atmosferą grozy, strachu. To taki horror. Dla tych, którzy żyli w tamtych czasach dodatkowo nieprzyjemny, bo pamiętany z autopsji.
Opowieść, która , wiadomo, z historycznych względów, dzieje się zimą, mnie nieustannie kojarzyła się w jakiś klimatyczny (nie tylko aurą) sposób z Królową Śniegu. W świecie Wrońca także ludzie ulegają wpływu zła, najgorszych instynktów właśnie za sprawą mocy, złej siły, która wtłacza się w ich serca i dusze. Silni są w stanie pokonać zło, a przynajmniej stanąć z nim twarzą w twarz. I stawić opór. Słabsze jednostki nie. Zostaną pokonane i zniszczone.

Mimo tego, co napisałam, bo być może komuś się wyda inaczej, Dukaj daleki jest od tworzenia łzawej martyrologicznej opowiastki ku pokrzepieniu serc. Na szczęście uniknął jakiejkolwiek zbędnej ckliwości a wyszła mimo wszystko pozytywna opowieść o tym, że w każdych, każdych, podkreślam, czasach, ludzie po prostu powinni starać się postępować przyzwoicie i być dobrymi. Bo to jedyne, co daje nam siłę. I to jedyne, co naprawdę procentuje.

Moja ocena książki 5/6.

update:

Matylda_ab słusznie zwróciła uwagę na coś, o czym nie wspomniałam w swoich słowach o książce, umknęło mi a niesłusznie. Otóż książkę okraszają świetne ilustracje autorstwa Jakuba Jabłońskiego.

„Austria po polsku”. Andrzej Niewiadowski.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. (2009).

Znający mnie wiedzą, że to, co dotyczy Austrii a szczególnie jednego z dwóch miast europejskich, które bardzo lubię, czyli Wiednia, interesuje mnie samym swoim tytułem.
Dlatego też sięgnęłam z zainteresowaniem po ten dość specyficzny przewodnik po Austrii, ale jednak z największym naciskiem na stolicę tego kraju właśnie. Moje odczucia są dość mieszane. Z jednej strony czego miałam oczekiwać po jednak jakby nie było, nazwijmy to beletryzowanym przewodniku. Z drugiej strony, ja, jako miłośniczka Wiednia, mam uczucie, że czegoś tu zabrakło. Nie, gdybym miała kogoś zachęcić do pojechania do Wiednia, nie wiem, czy akurat tę książkę podsunęłabym jako tę zachęcającą. Zabrakło mi tu miłości do samego miasta, pasji odkrywania rzeczy, które chcemy przekazać innym, kiedy coś nas fascynuje i chcemy się tym podzielić z innymi.
Niewątpliwą jej zaletą natomiast jest to, co podkreślone w tytule, a mianowicie fakt zwrócenia uwagi na ślady polskie w Wiedniu. Nie przypuszczałam, że tak dużo Polaków w jakiś sposób związało swoje losy z Austrią, Wiedniem najczęściej, na krócej bądź na dłużej. Szkoda, że nie miałam tej wiedzy podczas naszej podróży do Wiednia, kiedy pamiętałam tylko o studiujących w Akademii Sztuk Pięknych artystach, ale nie miałam pojęcia, że w Wiedniu przebywał na przykład Chopin, którego to rok właśnie nam się zaczął.

Coś czuję, że ja sama kiedyś będę musiała wziąć się za napisanie przewodnika po Wiedniu, bowiem to jedno z miast, które mnie fascynuje, a któremu nieznający go kompletnie, najczęściej osoby, które w nim nawet nie były, przypinają niesłusznie jakieś łatki.

Moja ocena książki 3.5 / 6.

w cyklu „Dookoła świata”-Malta.

Nabyłam kolejną płytę drogą kupna, jako, że jak wiedzą ci, co dłużej czytają moje zapiski, Malta, to jedno z miejsc, w którym naprawdę bardzo nam się podobało. Trafiliśmy tam nieco z przypadku, skuszeni przewodnikiem, wydanym swego czasu przez Gazetę, a okazało się, że to jeden z naszych najlepszych wyjazdów.
Malta okazała się przeciekawą wyspą. Jej największym plusem jednak okazała się nie arcyciekawa historia, niezwykle stare archeologiczne miejsca, czy ciekawe połączenie Włoch, krajów arabskich i Anglii, a ludzie. Ludzie są według mnie największym skarbem Malty. Bardzo serdeczni, uprzejmi, grzeczni, cierpliwi. To oni dodali blasku wyprawie.
Może ktoś z Was skusi się na płytkę, aby poznać w swoim domowym zaciszu chociażby nieco tę niezbyt chyba popularną przy wyborze kierunków wyjazdowych europejską wyspę…
Jakby ktoś chciał poczytać moje wspomnienia, to zapraszam na :

ten link

i dalej trzeba klikać na górze po prawej stronie w kolejne posty.