zebrać myśli…

…to mi się kołacze ostatnio po głowie po tym wszystkim. Co z tego, jak się raczej chyba tak szybko nie uda. Myśli po głowie kołaczą się rozmaite. Chwilowo wciąż niekoniecznie same optymistyczne, jeśli w ogóle. Jestem obecnie na etapie "zbierania się" do kupy. I uświadomienia sobie, że faktem jest to, co mówią mądrzy ludzie, czyli dostajemy to, z czym, jak się okazuje uda nam się zmóc. Okazało się bowiem, że sięgnęłam już bowiem chwili, kiedy zastanawiałam się, co dalej i czy może od tej pory zaczyna się , nie wiem co właśnie, ale nic, naprawdę nic dobrego…Hmmm…I to, jakie myśli i tematy kołatały mi się we łbie w ostatnich czasach. Na przykład takie, że gdyby coś się zdarzyło, że umarłabym po moim Mężu, to po prostu i tak zwyczajnie nie mam nikogo, kto by mnie do tego grobu wsadził. Tak prozaicznie, załatwiając sprawy "techniczne" całej tej pogrzebowej imprezy. I to, że moja przyjaciółka obiecała mi bez mrugnięcia okiem, że gdyby, że w razie co, to ona się tym zajmie. Może właśnie po to między innymi mamy przyjaciół. I że nieważne, że mój P. powiedział do mnie, że człowiekowi po śmierci jest już wszystko jedno. Ja już wiem, jak wygląda pogrzeb osoby bez dzieci. I jak się okazuje, że tylko zostawiony pieniądz coś w tej kwestii zdziałać może. Śmieszyło mnie to powiedzenie, że ma się dzieci , żeby szklankę wody podały na starość. Nie, tego nie muszą. Ale nagle okazuje się, że dzieci można mieć chociażby również dlatego, żeby człowieka ktoś do tej ziemi po prostu wsadził. Smutne. Nagle zostałam zestawiona z tematyką testamentu, notariusza i innych takich "miłych rzeczy". Nagle okazało się, że wciąż i wciąż gadam o chorobach i śmierci. Ja, która ten temat zawsze omijałam łukiem jak najdalszym. I nagle zobaczyłam, jak bardzo przewartościowały mi się perspektywy (ha ha ale mi truistyczne odkrycie). I nagle okazuje się,  jak bardzo sprawy, które kiedyś tam głowę mi zaprzątały okazują się nieważne. Jak bardzo opinie niektórych na mój własny temat przestają być ważne. Jak bardzo okazuje się, że tracąc osobę, z którą twoje kontakty przez większość twojego życia nie były idealne, wcale nie oznacza to, że cię to nie dotyka i nie boli.
Jak bardzo okazuje się, że tak naprawdę nic a nic nie obchodzi co tam sobie ktoś mówi, myśli itd.
Jak napisałam powyżej, chwilowo jestem na etapie "zbierania się do kupy". Trzymam kciuki za samą siebie;)

„W pajęczej sieci”. Joy Fielding.

Wydana w Świecie Książki. (2009). Tłumaczyła Anna Zielińska.

Trochę się naczekałam na kolejną książkę Joy Fielding. Kiedy ją odkryłam, dobre parę lat temu miałam okazję przeczytać kilka jej książek pod rząd, teraz muszę czekać na nowe książki tej autorki u nas wydane.
Lubię jej książki, głównie za to, że są to kryminały a raczej może thrillery, ale w tle są zawsze poruszane ważne problemy współczesnego świata, jak molestowanie dzieci, przemoc wobec kobiet. Nie jest to proza "skandynawska" ale akurat ja naprawdę książki Joy Fielding lubię.

"W pajęczej sieci" opowiada o rodzinie, która jest nieszczęśliwa. Ponad dwadzieścia lat temu pewna nieszczęśliwa kobieta zdecydowała się zostawić czwórkę dzieci i męża i rozpocząć nowe życie u boku innej kobiety w Australii.

Obecnie jedna z jej trzech córek, której przyszło wychować się w domu, w którym rządził zgorzkniały, smutny i pozbawiony empatii ojciec, a pozostałe rodzeństwo mimo upływu lat wciąż sobie w życiu nie do końca świetnie radzi,  prowadzi rubrykę w gazecie, w której zamieszcza błyskotliwe felietony dotyczące jej rówieśników ale i jak się okazuje, jej samej. Może to ją właśnie zgubi? Ta zbytnia otwartość na temat jej samej? Oto bowiem pewnego dnia otrzymuje ona pierwszy z kilku emaili,w których ktoś odnosi się do niej nie dość, że agresywnie, to jeszcze jej grozi.

W tym samym czasie otrzymuje ona nietypową propozycję, otóż młoda dziewczyna, która jest skazana wyrokiem sądu na karę śmierci za brutalne morderstwo trójki dzieci, którymi się opiekowała jako baby sitter, proponuje Charlotcie aby ta napisała o niej książkę , w której wyjawi całą prawde o niej samej, o zabójczyni, która to książka być może pomoże jej uniknąć kary śmierci.

To dobry kryminał, od którego nie mogłam się oderwać, tym bardziej, że wyczekałam się na najnowszą książkę tej autorki.

Oprócz kryminału, trochę psychologii i smutna refleksja, jaka nasunęła mi się po przeczytaniu jej. A mianowicie, owa Charlotta prowadząca rubrykę z poczytnymi felietonami narażona była na rozmaite emaile od czytelników. Jak się możemy domyślić, nie wszystkie były miłe. A nawet całkiem sporo z nich przez lata było niemiłych. I teraz refleksja. Owszem, prawdopodobnie wszyscy piszący publicznie są narażeni na takie zachowanie,ale…właściwie kto daje prawo owym niemiłym, agresywnych, chamskim często osobom prawo do bycia takim wobec osoby, której nie znają? Dlaczego ktoś  kto pozostaje anonimowy sądzi, że ma prawo do obrażenia kogoś? Do wyżycia się na nim ? Czy naprawdę myśli, że zło, jakie wyrządza komuś nigdy się do niego nie wróci? Hmmm, pewnie trochę demonizuję. Oczywiście, że ktoś, kto tak się zachowuje ma generalnie w nosie uczucia i odczucia osoby, która to potem przeczyta, w końcu co może go spotkać poza jego własnym poczuciem dobrze odrobionej lekcji, że kogoś obraził.

W każdym razie, jak napisałam, książki Joy Fielding lubię nie tylko za to, że są kryminałami, które potrafią mnie wciągnąć ale również za to, że dostarczają mi sporo refleksji. To jedna z moich ulubionych autorek kryminałów. Raz nawet do niej napisałam i odpisała mi, wprawdzie dość krótko ale nie był to zdawkowy email, ale osobisty i w miły sposób napisany.

Moja ocena książki 4.5/6.

książkowy stosik…

…czyli efekt "przepuszczenia ataku osobistego" na księgarnię Świata Książki.

Najnowsza Joy Fielding, na którą czekałam długo.
"Zapach cedru" opowieść z Kanadą w tle (co jak się domyślacie skusiło mnie przy moich ostatnich zainteresowaniach tym krajem).
Daphne du Maurier, mam nadzieję, że nie zawiedzie, jej "Rebeka" do dziś wspominana jest przeze mnie z rozrzewnieniem…
Dwie ostatnie książki traktują o Chinach, "Kości wróżebne" czyli rzecz o współczesnych Chinach i "Nazywam się numer cztery" o okropnym czasie w historii tegoż państwa, czyli rewolucji kulturalnej. Ja do Chin mam mieszany stosunek. Nie podoba mi się, jak traktują tam ludzi i jak za nic mają prawa człowieka i pewnie dlatego to główny powód aby nawet gdybym miała taką możliwość, nigdy tam nie jechać. To taki mój osobisty bunt, mam do niego prawo. Z drugiej strony intryguje mnie ten kraj a szczególnie właśnie okres rewolucji kulturalnej mnie ciekawi. Zobaczymy, jaka będzie lektura, ale mam nadzieję, że stosik nie zawiedzie.

„Gejsza z Gion”. Mineko Iwasaki.

Wydana w Wydawnictwie Albatros, (2006). Tłumaczył Witold Nowakowski.

Książka ta, którą otrzymałam w prezencie, z niewiadomych dla mnie przyczyn "przeleżała się" czas jakiś u mnie na półce.
Za to, jak zaczęłam ją czytać, to…wciągnęłam się ogromnie i nie mogłam jej odłożyć.
"Gejsza z Gion" to wspomnienia japońskiej gejszy, jednej z najsłynniejszych z Kioto, która w wieku lat pięciu postanowiła, że przeniesie się do domu właścicielki domu gejsz i w przyszłości gejszą właśnie zostanie.

W swoich wspomnieniach stara się ona podkreślić, jak bardzo różni się profesja gejszy od tego, jak często stara się ją widzieć Zachód a mianowicie jako coś na kształt luksusowej prostytutki. A więc nic bardziej mylnego. Co zdaje się być wiadomym dla znawców Japonii i jej miłośników, za to niekoniecznie dla osób , dla których Japonia "dzwoni" tylko pod postacią robotów, kwitnącej wiśni i tego typu stereotypów.
Mineko Iwasaki stanowczo stara się rozprawić więc z owym przekonaniem, i opisuje swoją dawniej wykonywaną profesję nie  jako pełną przyjemności stronę życia a pracochłonne, czasochłonne i wbrew temu, co niektórzy mogą sobie myśleć , dość stresujące zajęcie.
Bawienie innych może się bowiem okazać nie takie łatwe, jak nam się wydaje. Gejsza musi posiadać szereg umiejętności. Oczywiście dobrze jest, kiedy jest nie tylko urodziwa, ale i inteligentna. Ma bowiem bawić rozmową, żartem, bawić, a nie męczyć i nudzić. Nie jest to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.
Mineko Iwasaki opisuje, jak trudna jest droga do stania się gejszą idealną. Jak wiele musi się młoda dziewczyna nauczyć i jak wiele upokorzeń musi znieść, jak wiele też musi ukryć w głębi siebie, nie okazując emocji, aby klienci nie widzieli nic poza perfekcyjnością. Perfekcyjnością, która jest główną cechą gejszy.

Życie Mineko jako gejszy nie było jednak tylko stresujące i pełne wyrzeczeń a również ciekawe, chociażby wtedy, kiedy podczas swojej pracy miała ona okazję poznać sławne osoby tego świata, wręcz głowy koronowane, jak Królową Elżbietę i jej męża, czy ich syna, zanim zresztą ożenił się on był z Dianą.
Ta zresztą część wspomnień nie pozostawia na panujących suchej nitki. Gejsza bezlitośnie wytyka im wszystkie nietakty i błędy jakie śmieli popełnić i nagle okazuje się, że to, co może zdać się zgodne z etykietą jednych niekoniecznie musi być zgodne z etykietą drugich. Niby to truizm ale jednak ciekawie było o tym w jej wspomnieniach przeczytać.

Mnie zaskoczyło to, jak bardzo mnie książka wciągnęła. Z jednej strony interesuję się Japonią, ale akurat temat gejsz nie jest tym, który pasjonuje mnie najbardziej, a tu nagle okazało się, że wciągnęłam się jak mi się dawno nie udało.

Moja ocena książki 5/6.

„podróżuję” sobie ostatnio…

…niedawno Malta, a wczoraj Japonia odwiedzona została przeze mnie i udało mi się tego dokonać nie ruszając się z domu, ha;)
Film z kolekcji Dookoła Świata o Japonii pojawił się już dawno, pamiętam, że ktoś dał znać na forum, ja ganiałam po okolicznych kioskach i w jednym nawet pan mi powiedział, że dosłownie chwilę przede mną jakiś chłopak ów film nabył, co mnie jakoś specjalnie nie pocieszyło.
Tak więc, kiedy zupełnie przypadkiem zobaczyłam, że film ten bez problemu mogę nabyć w Merlinie, wiadomo było, że musiałam go mieć i wczoraj właśnie popodróżowałam sobie po Japonii.
Uwielbiam architekturę starych zamczysk, które i tu były przedstawione. Bardzo podobają mi się ogrody , które faktycznie wnoszą poczucie spokoju dla podziwiających je osób.
Zwiedziłam sporo świątyń i popodziwiałam widok Pana Fuji.
Zadumałam się po raz nie wiedzieć który nad tragedią, która dotknęła Hiroszimę ale i współczesny świat, który tamże użył po raz pierwszy bomby atomowej.

Moim osobistym marzeniem jest obejrzeć film mniej nieco nastawiony na turystyczną stronę Japonii a bardziej na kulturę, społeczeństwo współczesne japońskie, jego obyczajowość. Odnajdywałam to w filmach fabularnych, jakie w zeszłym roku udało mi się obejrzeć, ale wciąż mi tego mało.
Niemniej jednak cieszę się, że wczoraj mogłam tam przez chwilę pobyć…
Szkoda, że już nie będę tak często, jak kiedyś otrzymywać pocztówek z Japonii, jako, że mój przyjaciel tam mieszkający wyniósł się czas jakiś temu do Stanów a i kontakty z japońskimi penpals, jakie kiedyś miałam, urwały się…

myślałam…

…ominie się zło, to co boli, i stosowałam swoje własne sposoby, zaklęcia, nie czytałam książek poruszających tematy złe, niedobre, unikałam tej tematyki także w filmach. I co z tego? Zło i tak kiedy chce, dotyka nas, przychodzi niespodziewanie, rujnuje poczucie, że możemy się obronić.
Ale i tak nic nie zmieni tego, że dalej a nawet bardziej usilnie wciąż omijać będę taką tematykę, tym bardziej, że nic mi takie poczytanie, pooglądanie nie da poza przywróceniem koszmarów, złych wspomnień, poczucia bezsilności.
Sny męczą. Dziś wyjątkowo w jednym z nich ujrzałam, jakie czarne myśli w głowie mi siedzą, jak kłębią się w niej.
Tak bardzo chciałabym wstać i nie pamiętać, co mi się śniło. Z drugiej strony, może te moje sny to jakiś tam mój wentyl, sama już nie wiem…

dopytują się mnie…

…rozmaite osoby, jak też spodobały mi się otrzymane na Gwiazdkę płyty cd. Ponieważ z racji tego, co się działo, nie byłam wtedy w nastroju, obie płyty odsłuchałam sobie na spokojnie dopiero niedawno.
Mówię o "The Element od Freedom" Alicii Keys i "The Fall" Norah Jones.
Inne stylistycznie panie ale muszę przyznać, że obie płyty okazały się strzałem w dziesiątkę. Trochę obawiałam się, bo to ich kolejne płyty, szczególnie naczytałam się wcześniej recenzji dotyczących Jones, że wtórna, że powtarza się itd. A mnie się podobała.
Alicia Keys również świetna i ta płyta chyba jej jedna z lepszych albo ja tak to odbieram. W każdym razie chyba jest tak, jak napisał mi mój przyjaciel, kiedy o tej płycie rozmawialiśmy, im dłużej będę jej słuchać, tym bardziej podobać mi się ona będzie i tak właśnie z nią jest.

zima, lato…

…zima dotarła do mnie nie tylko za sprawą aury za oknem (byle do wiosny!) ale i pocztówki od Wildrose spędzającej Sylwestra w Niemczech. Wildrose przysłała mi kartkę z zimowym ujęciem jednego z najbardziej znanych zabytków Bawarii, jakim jest niewątpliwie zamek Neuschwanstein.

Lato za to dotarło za sprawą pocztówki  z plażą Myrtle Beach (w Południowej Karolinie) od naszej znajomej Amerykanki, która ma domek letniskowy i spędza tam z synami wakacje.
Bardzo lubię plaże, ten widok działa na mnie zawsze relaksująco. Ta jest przedstawiona w sepii i widać na niej oczywiście morze, ale i bardzo ładne molo, a także elegancki leżak plażowy i parasol nad nim. W sam raz na zimę za oknem, aby się pokrzepić widokiem;)

Jak zawsze dziękuję za pamięć.

człowiek potrzebuje…

…cezury pewnych wydarzeń. I takim jest z pewnością pogrzeb. Aby dać zamknąć się pewnym wydarzeniom w konkretnym czasie i rozpocząć nowy czas.
Wydaje mi się, że o ile o pogrzebie w ogóle tak można powiedzieć, to ten był w porządku. Ojciec powinien być zadowolony.
Dla mnie ważne było, że przyszła K. Bardzo miły dla mnie gest.
"Rozwaliły" mnie psychicznie dwie rzeczy. Najpierw sam fakt wozów z przedsiębiorstwa pogrzebowego. Widok, który jasno strzela po oczach faktem, co zaraz będzie się działo. Druga, to już przy grobie, która to zresztą zawsze działa na mnie podobnie, czyli ten odgłos rzucanej pierwszej , drugiej łopaty ziemi na trumnę. Głuchy, bezlitosny odgłos uświadamiający , że na sto procent coś tu na ziemi się skończyło.
Dobrze, że już po.

„Hanami-Kwiat wiśni”. Reż. Doris Dorrie.

Panie i panowie. Oklaski na stojąco. Film ten kupiłam wraz z Newsweek’iem. Niedawno, tak więc myślę, że jest szansa, że zainteresowani wciąż mogą go zdobyć.

Dawno nie widziałam tak dobrego filmu. Ten rok będzie więc rewelacyjny pod kątem marzeń kinomana, bowiem zaczęłam go od prawdziwej perełki.
Filmu pani reżyser z Niemiec a jednak w swej formie na wskroś wschodniego. Takiego, jak lubię. Niespiesznego. Opowiadającego o sprawach najważniejszych. O bliskości bądź poczuciu odosobnienia nawet wśród najbliższych. O miłości i o obcości. O zrozumieniu i jego braku. O odchodzeniu najbliższych i radzeniu sobie z tym. Albo nie radzeniu sobie.

"Hanami-Kwiat wiśni"
zaczyna się w chwili, kiedy poznajemy Trudi, żonę Rudiego. Trudi dowiaduje się w gabinecie lekarskim o tym, że jej mąż jest praktycznie umierający. Trudi nie chce mówić o tym mężowi. Chce go za to zabrać na wyprawę. Oni, tak mało wyjeżdżający z Bawarii ruszą się do Berlina aby odwiedzić mieszkające tam dzieci, syna i córkę. Trzeci syn bowiem przebywa w Japonii. Japonii, która stanowi jedną z największych pasji Trudi. To, po miłości do męża i dzieci, jej największa miłość. Miłość nieodwzajemniona, jako, że Trudi nawet w tym kraju nie była. Zbiera za to pocztówki z Japonii, wszystko, co jej dotyczy. Po domu chodzi nie w swojskim szlafroku a w japońskim kimonie. A jej pasją jest taniec Butoh. Marzy o tym, aby zobaczyć występ tancerza specjalizującego się w tym tańcu, co spełnia się właśnie podczas podróży do Berlina.

Niestety, poza tym jasnym momentem, sama podróż wydaje się być niewypałem, jako, że dzieci zdają się być im totalnie obce. Bardzo smutnym faktem jest ten, że rodzice denerwują własne dzieci samym faktem istnienia, mimo, że nie byli żadnymi rodzicami patologicznymi. Nie. Najwięcej ciepła i serca okazuje Rudiemu i Trudi o dziwo , partnerka ich córki. Obca, zdawało by się osoba. Która to jednak po nagłej śmierci Trudi (czyżby stres ją pokonał i serce nie wytrzymało?) przybywa nawet do Rudiego, aby wraz z nim wziąć udział w pogrzebie i zostać nawiasem mówiąc, wzięta za córkę Trudi i Rudiego.

Pierwsza część filmu dzieje się w Niemczech. Druga, po nagłej śmierci Trudi dzieje się w Japonii, konkretnie w Tokio, dokąd trafia Rudi aby tą drogą spełnić niespełnione marzenie własnej żony, czyli odbyć podróż do Japonii.
Odwiedza tam syna, który kompletnie go nie rozumie, jest mu obcy, a co smutne, ojciec głównie go drażni.
Rudi nie poddaje się. W ubraniu swej zmarłej żony przemierza dzielnie zakamarki Tokio aby pokazać żonie miasto, które tak chciała odwiedzić.
Spotyka tam tancerkę tańca Buto, który tak fascynował jego żonę. I oto nawiązują przyjaźń. Dwoje bardzo zagubionych w świecie ludzi, którzy znajdują bratnią duszę i mimo problemów językowych jednak wiedzą dokładnie, co chcą sobie powiedzieć. O dziwo, sztuka ta nie udawała się Rudiemu z własnymi dziećmi, które władały niemieckim jak i on sam.

Film jest rewelacyjny, przepiękny, dotykający w nienachalny (wierzcie mi, wiem, co mówię) problemu odchodzenia, usiłowania pogodzenia się ze stratą.
Zawiera trzy sceny, które zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

Pierwsza dzieje się jeszcze w Niemczech, kiedy Rudi wraca do domu i w przedpokoju zastaje czekające na niego i nieżyjącą już żonę dwie pary kapci, z których to jedna z nich nigdy już nie ma być używana.

Dwie pozostałe mają miejsce w Japonii. Pierwsza, to scena zawijania się w folię na kształt gołąbków (tak, tej potrawy, którą najwyraźniej znają też Niemcy, czego, przyznaję się, nie wiedziałam).
Druga, to scena niemal na samym końcu filmu, kiedy Rudi tańczy swój taniec Buto wraz z Trudi na wprost Góry Fuji.
Wzruszająca scena , która pokazuje, że jest tak, jak mówią ci, którzy naprawdę mocno kochali. Miłość nie kończy się wraz z odejściem osoby, którą się kochało. Zmienia się tylko jej forma?

Tym, którzy mają chęć na kino ambitniejsze, kino dla wrażliwców, którzy nie oczekują akcji a zadumy, refleksji- polecam!

Moja ocena filmu 6/6.

update:

recenzja z "Polityki". Zrozumiałam dzięki niej, dlaczego ten film jest tak osobisty, reżyserka sama musiała poradzić sobie z nagłą stratą męża…

update 2:
kto chce obejrzeć film jak najbardziej legalnie, zapraszam do wpisu o tu właśnie.