„Nie ma takiego miasta”. Tomasz Konatkowski.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. (2010).

Niestety, muszę powiedzieć, że trzeci kryminał Konatkowskiego z serii o komisarzu Adamie Nowaku mnie zawiódł. ;( I wcale nie mówię tego z radością. Kibicuję bowiem autorowi i mam taką swoją prywatną nadzieję, że to tylko taki "wypadek" przy pracy.
Jak dotąd zachwyciłam się jego książką "Przystanek śmierć", pierwszą z cyklu o Adamie Kowaku, o której pisałam tu. Potem była "Wilcza wyspa", trochę krytykowana u nas na forum Kryminały i Sensacje , która co prawda nie tak, jak pierwsza, ale bardzo mi się podobała również. I nie sądzę, że fakt, że czytałam ją dwa lata temu podczas wakacji na Krecie miał na to zbyt wielki wpływ, nie, po prostu był to niezły kryminał.
Niestety, lektura kolejnej, czyli "Nie ma takiego miasta" bardziej mnie zmęczyła, niż sprawiła przyjemność. Odnoszę wrażenie, że autor sam trochę się zaplątał. Nie przez to, że akcja książki dzieje się w dwóch miastach, Londynie a potem Warszawie. Nie. Ale mam wrażenie, że "schwycił zbyt wiele srok za ogon". Podjął się trochę zbyt wielu problemów i jak dla mnie stworzył trochę za bardzo skomplikowaną plątaninę wątków, które miały tworzyć intrygę kryminalną. Wątków i osób, których, jak dla mnie , było zbyt wiele, co spowodowało, że co chwila musiałam przypominać sobie nazwiska i postaci.
Nie czepiam się już tradycyjnych rozważań na tematy współczesnej piłki nożnej polskiej. Rozumiem, że to takie hobby samego autora, którym chce się dzielić z innymi. To jestem w stanie znieść, mimo, że te rozważania głównie pomijam.
Poza tym, nie ukrywam, problemy pomiędzy komisarzem i jego panią a szczególnie sprawa najważniejsza, która ich zaprząta na kartach książki, nie poprawiła mojego nastroju.
No i to zakończenie, a raczej wiadomość, która dosięgła Adama Nowaka na ostatnich stronach książki, oj, to wszystko złożyło się na to, że zakończyłam lekturę w dość pesymistycznym nastroju.

No, ale najbardziej to "czepiam się" samej intrygi kryminalnej , która nie zainteresowała, a raczej, jak pisałam, zmęczyła.
Ponieważ wiem, że autora zdecydowanie stać na więcej, to liczę, że następna książka z Adamem Nowakiem w roli główniej porwie mnie co najmniej tak, jak część pierwsza. Liczę na to, bo kibicuję autorowi chociażby ze względu na to, że tak mało mamy polskiej kryminalistyki w zalewie tej zagraniczej.

Tym razem moja ocena książki jednak 3.5/6.

zaglądam do lodówki a tam…

…Avatar.
Gdzie nie spojrzę, w necie, w radio, na blogach, w emailach, wszyscy nawijają o Avatarze. A ja nawet nie wiem, co to dokładnie, oprócz tego, że film od tego pana, co ma łeb na karku do interesów i wie, jak kasę zbijać, tylko się boję, że zajrzę do lodówki po jogurt a mi tu Avatar wyskoczy;)
Avatar zdetronizował Dodę i Cichopek, nie ma to tamto;)

mieliście kiedyś tak…

…że kołatał się Wam po głowie, we wspomnieniach daaawnych jakiś film, który widzieliście, ale kompletnie nie mogliście sobie przypomnieć, cóż to mógł być za film? Na pewno tak mieliście. Mamy tak z książkami (ja mam chyba ze dwie z dzieciństwa) i z jednym filmem. To film, który pamiętałam, że leciał w TV w któreś wakacje, myślałam, że miałam jakieś dwanaście lat oglądając go, wygląda na to, że byłam odrobinę starsza. I że co ciekawe, film został dość szybko jak na realia naszej tv wyemitowany po wyprodukowaniu.
Rzecz działa się w nowo powstałym państwie Izrael, a dotyczyła małej dziewczynki, która mieszkała tam z matką. Matka jej doświadczyła horroru Holocaustu. Po czymś takim nigdy nie wraca się takim, jak przedtem. No i zapewne ta kobieta taka już nie wróciła, bo wciąż targały nią wielkie traumy, nie dawała sobie rady z własną psychiką a czemu jestem pewna, że w owych czasach nie znano pojęcia leczenia psychiatryczno psychologicznego dla ofiar takich traum? Tak czy siak, tyle pamiętałam, że dziewczynka miała tę schorowaną psychicznie mamę. I dwie sceny z filmu. Pierwsza, to jak jej matka dorwała ją pewnego wieczoru i obcięła jej włosy tak, jak miały obcięte włosy więźniarki z obozach koncentracyjnych, czyli niemal do gołej skóry. Nie pamiętałam już, dlaczego tak się stało , na pewno wiem, że coś spowodowało, że w kobiecie uruchomiły się wspomnienia z obozu. Druga scena była, jak ta mała wstydząc się tego, co ma na głowie po spotkaniu z gniewem i nożyczkami w rękach matki zawiązała na głowie chusteczkę i ruszyła po lód w blokach. Wtedy bowiem lód przynosiło się do domu i wkładało do takich pierwszych lodówek.
Tyle z filmu pamiętałam a gnębiło mnie, co to za film, bowiem ogromnie chętnie raz jeszcze bym go obejrzała, skoro na mnie wtedy takiej małej zrobił aż takie wrażenie, że do dziś pamiętam kilka scen.
I okazuje się, że da się. Opowiadałam o nim P. i on mi wyszukał w necie i już wiem, że chodzi o film "Lato Avii". Ciekawe, czy będę mogła kiedyś go obejrzeć, bardzo bym chciała, chociaż po fragmencie, jaki znalazłam w necie utwierdzam się w przekonaniu, że to kolejny film, który pewnie i dobry za to ogromnie smutny i depresyjny…
Więcej można poczytać o nim pod tym linkiem w Wikipedii.

A tu ów fragment, który tak w głowie mi utkwił: