…na gazecie wyczytałam, że jakaś to nadzwyczajna pełnia za nami. W nocy miałam dziwne sny. Śniła mi się osoba z przeszłości, która kiedyś tak mi bliska, zerwała ze mną kontakty , w śnie zaś była dobra dla mnie i serdeczna niezwykle…jeden element snu pokazał, jak pewne sprawy leżą mi na sercu. Pełnię jak zwykle odczułam, być może nawet bardziej, niż zwykle, jako, że wczoraj dostałam takiego wścieku, że hej. Wkurzają mnie sąsiedzi w z góry, którzy zachowują się tak, jakby mieli nie do końca w porządku pod sufitem. Wprowadzili się pięć czy sześć lat temu i od tej pory nie znamy pojęcia "spokój", pod wieloma względami. Wczoraj tak mnie wkurzyli, że ponownie (na samym początku kiedy się wprowadzili miałam takie myśli) myślałam nad tym, żeby się stąd wynieść. Tylko, że łatwo jest powiedzieć, gorzej wykonać. Po tym, jak nagle zachwiało się moje i tak wątłe poczucie bezpieczeństwa dostałam schizy, że muszę mieć kasę na tak zwaną czarną godzinę, boję się pomyśleć o kredycie na lat kilkadziesiąt. Pewnie inaczej myśli się o takiej czarnej godzinie, jak się ma liczną i sprawdzoną rodzinę, nie wiem, rodzeństwo, które w razie co wspomoże? Jak się jest we dwoje nie ma złudzeń, trzeba liczyć tylko na siebie.
Kabaty pasują mi po tych siedmiu latach mieszkania na nich jedynie ze względu na niesamowitą bliskość lasu. Pod każdym innym względem nie pasują mi. Nie jest to jednak "moje" miejsce. Nie podoba mi się klimat , który tu jest, klimat, którzy tworzą ludzie, którzy wydają się myśleć, że padną zaraz po tym, jak odpowiedzą komuś na "dzień dobry", którzy nie są dla siebie mili na forum lokalnym, którzy nie ustąpią miejsca pieszemu na przejściu dla pieszych. Myślę coraz intensywniej o powrocie na Żoliborz, tam jednak z kolei obawiam się , jak by było z naszymi spacerami. Wieczorami, z tego co pamiętam, nie w każdym miejscu czułam się bezpiecznie…a spacery z duszą na ramieniu mijają się z celem.
Moje statystyki odłączyły mnie od siebie;) ostrzegali , ostrzegali i wreszcie to zrobili. Jak jest powyżej jakiejś tam ilości wejść, gości na stronę (w tym przypadku blog), to sorry Zorro, wypad z baru;) straszyli mnie już kilka razy, ale teraz faktycznie to się stało, od dziś rana przerwa w zliczaniu do następnego miesiąca, czyli na szczęście, do poniedziałku. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, co oznacza, że faktycznie bardzo wzrosła mi ilość osób czytających blog. Muszę pomyśleć nad innymi statystykami. Te z googla są solidne, ale dla mnie jakieś takie trudne w używaniu. No, ale jeśli dalej utrzyma się ta liczba czytelników, a kto wie, może i wzrośnie, to będę musiała poważnie jakieś inne statystyki rozważyć, bo te dotychczasowe pewnie co miesiąc w połowie niemal będą mnie denerwować emailem o tym, że zaraz przestanę mieć do nich wgląd.
na wesoło, ze statystyk, bo dawno nie było…
Na wstępie, przypominam o zachowaniu oryginalnej pisowni autorów.
Niby serdecznie ale jakby z dystansem:
"Ściskam was, niestety, na niby"
z niepokojem o swojej przyszłej karierze:
"chce zostaci spiegiem ale niewiem jak to zrobici"
sąsiedzkie problemy:
"jak powiedziec sasiadce ze denerwuje mnie gdy sie kocha i wszystko slychac"
niestety, ja też nie miałam pomysłu. Na szczęście pańcia się wyniosła (odnoszę wrażenie, że krzyki pomogły i po prostu zaciążyli, ale to tylko moje domniemania;)
z cyklu dywagacje na temat własnego ja:
"nie chce mi sie mysle dlatego malo gadam"
to całkiem prawdopodobne…
z cyklu zima, zima:
"mój stosunek do zimy nie zmienił się"
mój też nie, jak jej nie lubiłam, tak jej nie lubię a tegoroczna nie rozpieszcza dodatkowo…
sentymentalnie, z cyklu to se ne vrati:
"kiedys mialem tak udane zycie erotyczne"
z cyklu hardcore:
"opowiadanie erotyczne z teściową"
but THE WINNER IS:
"zaklęcie na szybkie zniknięcie kupy".
„Nocna zamieć”. Johan Theorin.
Wydana w Wydawnictwie Czarnym. (2010). Tłumaczyła Bogumiła Ratajczak.
Och……no, powiem a raczej napiszę, wspaniała książka. Muszę powiedzieć,że opłaciło się czekać na kolejną książkę tego autora wydaną u nas.
Wcześniej zachwycałam się bowiem "Zmierzchem" Theorina, o proszę, pod tym linkiem, a teraz nastąpi kolejna seria zachwytów, bowiem książka jest równie wspaniała a może i nawet lepsza.
Podobnie, jak w "Zmierzchu" , akcja książki dzieje się w Olandii.
Rozpoczyna się w chwili, kiedy do żony, córki i syna dociera po dwóch miesiącach bywania na weekendy mąż- Joakim Westin. On i jego żona Katrine sprzedali swoją willę na przedmieściach Sztokholmu i postanowili zmienić swoje życie, wynosząc się właśnie na Olandię, z którą zresztą Katrine jest w pewien sposób związana rodzinnie.
Od tej chwili rodzina zamierza wieść tam spokojniejsze, niż w gwarnym i tłocznym mieście życie, , w którym to zresztą przeszli niedawno tragedię. Na Olandii mają zamiar rozpocząć pracę, a w przyszłości, kto wie, być może pomyślą poważniej nad stworzeniem w gospodarstwie pensjonatu.
Gospodarstwo Aludden, które zamieszkują od tej pory owiane jest lekką tajemnicą. To miejsce, które długie lata zamieszkiwali latarnicy. Latarnie bowiem na wybrzeżu są dwie, a samo gospodarstwo zostało zbudowane z drewna ze statku, który miał nieszczęście rozbić się w tamtych rejonach, zresztą wrak jego wciąż tam jest jeszcze. Jedna z latarni po tragedii, jaka miała tam miejsce, nie pracuje już, jednak, co wiedzą niektórzy, rozbłyskuje światłem przed czyjąś śmiercią.
Jak to ma miejsce w tamtych regionach, snuje się długimi, ciemnymi wieczorami niespieszne tajemnicze historie, które dotyczą żyjących na wyspie. Z pokolenia na pokolenie przekazuje się zarówno legendy jak i swoistego rodzaju opowieści o duchach. Na Olandii wiele osób spotkało się z czymś niezwykłym, nikogo nie dziwi taka czy inna historia dowodząca, że świat duchów, tych, którzy odeszli z tego świata, przenika świat wciąż żyjących. Każdy na przykład wie, że przed Bożym Narodzeniem zmarli , którzy odeszli w ciągu ostatniego roku , gromadzą się na swojej Pasterce.
Jak szybko sami będą musieli się o tym przekonać Westinowie bardzo, bardzo szybko po tym, jak Joakim dołączy do swojej rodziny aby zacząć nowe, lepsze życie.
Po raz kolejny powiem, Theorin stanowi poważną konkurencję dla innych szwedzkich autorów kryminałów. Jego książki są bowiem genialne, jako, że łączą w sobie zarówno wątek kryminalny jak i bardzo bogate analizy psychologiczne.
Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że "Nocna zamieć" to książka psychologiczna z wątkiem kryminalnym, który jeszcze dobitniej ukazuje nam mechanizmy pewnych ludzkich zachowań w sytuacjach skrajnych, ludzką nietolerancję.
Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że Szwedzi sami sobie nie wystawiają zbyt pochlebnej laurki, jeśli chodzi o wsparcie międzyludzkie. Nie znam Szwedów, więc sama nic na ich temat powiedzieć nie mogę, znam opinie o tym narodzie jedynie z opowieści innych. Niestety, słyszałam, że jest to naród zamknięty w sobie i chłodny. Nie wiem, jak jest naprawdę, jak mówię, ale po lekturze kilku ostatnich książek ze Szwecji naprawdę zaczynam odnosić takie wrażenie, że coś jest na rzeczy. Jak wiecie, nie jestem zwolenniczką wtryniania się w czyjeś życie, sprawy, ale …dość przerażona jestem tym, co czytam nawet wcale nie między wierszami tych książek. To jasno postawiona sytuacja. Jak masz tam problem, to…radź sobie człowieku sam. Nie ma, że ktoś z rodziny, przyjaciół pomóc zechce Ci tak naprawdę i szczerze i mocno. Nie. Od tego masz specjalistów, weź sobie książkę telefoniczną i znajdź właściwy numer. Naprawdę mam nadzieję, że moje odczucie jest mylne, niestety, jak piszę, po lekturze książek autorów ze Szwecji, a więc nie można zarzucić im nieobiektywności dotykającej "obcych" moja opinia o nich jest co najmniej średnia.
Hmmm, taki to długi wtręt osobisty. Pewnie dlatego, że książka ta właśnie, co pisałam, to swoistego rodzaju opowieść psychologiczna o życiu. O życiu, które niestety, nie niesie ze sobą samych radości i piękna. Które przynieść może nagle stratę, ból, śmierć osoby najbliższej. I jak sobie z tym radzić? Jak radzić sobie z nagłą utratą poczucia bezpieczeństwa, jakie do tej pory się miało? Jak poradzić sobie tak naprawdę samemu z tym, z czym człowiek powinien radzić sobie w otoczeniu bliskich, przyjaciół, z wielkim ich wsparciem?
Tytułowa zamieć, to specyficzny wiatr, fak, jaki raz na jakiś czas dotyka wybrzeże Olandii. To zamieć, w czasie której nie powinno się wychodzić poza bezpieczne mury własnego domostwa. To zamieć, która jest bezlitosna, niszczy wszystko wokół siebie. Lodowata zamieć śnieżna nie pozwala dostrzec własnej wyciągniętej dłoni i jak wielka pani, zbiera swoje żniwo pośród tych, którzy nie słuchali się mądrych tubylców i pojawili się na zewnątrz podczas niej właśnie. Ta zamieć, tytułowa, to według mnie również symbol tego, co czasem dzieje się w naszym własnym życiu. To zamieć, która zrównuje z ziemią to, co się zbudowało, niszczy radość, szczęście, miłość, poczucie bezpieczeństwa, jakie towarzyszy człowiekowi. To zamieć, która wciskając w oczy piach zmieszany z lodowymi kryształkami powoduje to, że ślepnie się i nie wie, nie wie zupełnie, w którą stronę zwrócić swój niepewny krok, aby wstąpić na właściwą ścieżkę.
Muszę powiedzieć, że "Nocna zamieć" to również bardzo dobry opis etapu wczesnej żałoby, jaką się doświadcza. Poczucie straty. Poczucie nieodwracalności tego, co się stało. Niezrozumienie. I to, co czasem przychodzi do głowy, gdyby była możliwość ponownego spotkania się z tym kimś, kto odszedł, nawet jeśli zjawi się jako duch na ziemi, czy nie chciało by się z tej możliwości skorzystać.
Książka, jak piszę, rewelacyjna, przynajmniej mnie się podobała przeogromnie. Mam naprawdę wielką nadzieję, że Wydawnictwo Czarne będzie trzymać rękę na pulsie i wydawać książki tego autora. Jeśli coś mi się w książce nie podoba, to jedynie okładka, która to również nie podobała mi się w "Zmierzchu". Okładka, według mnie zniechęca do sięgnięcia po książkę. Na szczęście, kiedyś tam sięgnęłam po "Zmierzch" i teraz wiedziałam, że "Nocnej zamieci" ominąć nie mogę.
Nie muszę Wam chyba dodawać, że polecam??
Moja ocena książki 6/6.
„Jagodowa miłość”, do nabycia…
…wraz z Viva! Informuje, bo może kogoś, jak mnie, ciekawił ten amerykański film jednego z ulubionych reżyserów Wong Kar-Wai’a. W kinie nie byłam, obejrzałam w domu. Nie spodziewałam się fajerwerków, no i niestety, nie nastąpiło jakieś pozytywne rozczarowanie. Zdecydowanie wolę, kiedy reżyser zostaje przy swoich wschodnich realiach, aktorach. To, co cudownie "gra" tam, światło, ruch, niesamowicie zmysłowe ujęcia , kadry, które zapadają w pamięć, najwyraźniej nie sprawdzają się w zawirowanym świecie amerykańskiej ziemi i to zarówno mniejszych miejscowości jak i samego Nowego Jorku. Z całego filmu najbardziej podoba mi się oryginalny tytuł tegoż, czyli "My Blueberry Nights".
„Nazywam się numer cztery”. Ting-Xing Ye.

Wydana w Świecie Książki. (2010). Tłumaczenie z języka angielskiego Katarzyna Maleszko.
Jak pisałam we wpisie dotyczącym nabytków książkowym, temat współczesnych Chin w jakiś nie do końca mi zrozumiały sposób intryguje mnie ogromnie. Szczególnie ciekawi mnie temat słynnej już rewolucji kulturalnej, która według mnie jest niesamowitym zjawiskiem, które tak naprawdę logicznie (w mojej opinii) zdarzyć się w świecie rządzącym się logiką zdarzyć się nie powinno a jednak, zdarzyło się.
O tej tematyce lubię czytać w książkach obyczajowych czy też wspomnieniach osób, które jej doświadczyły i tak zaczęło się od "Dzikiego Imbiru" Anchee Min (polecam jej książki), potem czytałam o tym w "Dzikie łabędzie: trzy córy Chin" Chang Jung, książce, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Teraz miałam okazję zmierzyć się z tym niełatwym tematem w książce autorki, która przeszła sześć lat obozu pracy właśnie podczas owej słynnej rewolucji kulturowej, jaka miała miejsce w Chinach.
Książka to niełatwa, bo i niełatwe było życie samej autorki. Nawiasem mówiąc, autorka mieszka obecnie w Kanadzie. To tak z zupełnie innej beczki;)
Opowieść autorki Ting-Xing Ye zaczyna się, kiedy ona i jej trzy siostry i dwaj bracia tracą rodziców i zostają pod opieką przybranej babci. Która to na ówczesne czasy jako jedyna z całej familii ma właściwe pochodzenie. Oni bowiem są uznawani jako mający pochodzenie zdecydowanie niewłaściwe, bowiem ich rodzina miała swoje interesy i na pewno nie można było nazwać ich robotnikami czy niewykształconymi rolnikami.
Niestety, jak wiemy, w tamtych czasach takie pochodzenie nie zapewniało nic dobrego i o tym przekonują się osierocone dzieci, które nie dość, że muszą zmóc się ze stratą rodziców, to i odnaleźć się w nowej rzeczywistości , która nie rozpieszcza.
Sąsiad, członkowie rodziny, stają się dla siebie wzajemnie wrogami, którzy mogą zdenuncjować.
Uwielbienie i miłość do Mao osiąga stany narkotyczno-obłędne wręcz. Co sprytniejsze jednostki umieją się w tym znaleźć. Mądrzy i myślący – nie i na tym polega ich główny problem, który dotyka i samej bohaterki. Dziewczyny, dla której ważne jest myślenie, nauka, wykształcenie a nie bezmyślne klepanie idiotycznych myśli z czerwonej książeczki przewodniczącego Mao.
Niestety, jej upór i czasem zbytnia naiwność prowadzą ją często do kłopotów.
Pierwsza część książki ma miejsce w jej rodzinnym mieście, druga jej część opowiada o sześciu , niełatwych latach spędzonych w obozie pracy, kiedy dla przewodniczącego Mao wykonywało się nawet najgłupszą i pozbawioną wszelkiej logiki pracę, mającą zapewne stłumić resztki inteligencji i myślenia w masach, które, a jakże, jak każde inne, zaczynając myśleć mogły być zdolne do działania twórczego.
Autorka nie wybiela się, umie pokazać, jak i ją złamano w pewnym momencie, jak bardzo wciąż ciąży jej fakt, że w pewnej chwili poddała się wymogom systemu.
Być może to wyznanie staje się w jakiś stopniu chęcią odkupienia winy…Tak sądzę.
Książka bardzo mi się podobała i zainteresowała. Sądzę, że osoby, które ta część historii Chin ciekawi, również znajdą w niej coś dla siebie.
Moja ocena książki 5/6.
„Nie ma takiego miasta”. Tomasz Konatkowski.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. (2010).
Niestety, muszę powiedzieć, że trzeci kryminał Konatkowskiego z serii o komisarzu Adamie Nowaku mnie zawiódł. ;( I wcale nie mówię tego z radością. Kibicuję bowiem autorowi i mam taką swoją prywatną nadzieję, że to tylko taki "wypadek" przy pracy.
Jak dotąd zachwyciłam się jego książką "Przystanek śmierć", pierwszą z cyklu o Adamie Kowaku, o której pisałam tu. Potem była "Wilcza wyspa", trochę krytykowana u nas na forum Kryminały i Sensacje , która co prawda nie tak, jak pierwsza, ale bardzo mi się podobała również. I nie sądzę, że fakt, że czytałam ją dwa lata temu podczas wakacji na Krecie miał na to zbyt wielki wpływ, nie, po prostu był to niezły kryminał.
Niestety, lektura kolejnej, czyli "Nie ma takiego miasta" bardziej mnie zmęczyła, niż sprawiła przyjemność. Odnoszę wrażenie, że autor sam trochę się zaplątał. Nie przez to, że akcja książki dzieje się w dwóch miastach, Londynie a potem Warszawie. Nie. Ale mam wrażenie, że "schwycił zbyt wiele srok za ogon". Podjął się trochę zbyt wielu problemów i jak dla mnie stworzył trochę za bardzo skomplikowaną plątaninę wątków, które miały tworzyć intrygę kryminalną. Wątków i osób, których, jak dla mnie , było zbyt wiele, co spowodowało, że co chwila musiałam przypominać sobie nazwiska i postaci.
Nie czepiam się już tradycyjnych rozważań na tematy współczesnej piłki nożnej polskiej. Rozumiem, że to takie hobby samego autora, którym chce się dzielić z innymi. To jestem w stanie znieść, mimo, że te rozważania głównie pomijam.
Poza tym, nie ukrywam, problemy pomiędzy komisarzem i jego panią a szczególnie sprawa najważniejsza, która ich zaprząta na kartach książki, nie poprawiła mojego nastroju.
No i to zakończenie, a raczej wiadomość, która dosięgła Adama Nowaka na ostatnich stronach książki, oj, to wszystko złożyło się na to, że zakończyłam lekturę w dość pesymistycznym nastroju.
No, ale najbardziej to "czepiam się" samej intrygi kryminalnej , która nie zainteresowała, a raczej, jak pisałam, zmęczyła.
Ponieważ wiem, że autora zdecydowanie stać na więcej, to liczę, że następna książka z Adamem Nowakiem w roli główniej porwie mnie co najmniej tak, jak część pierwsza. Liczę na to, bo kibicuję autorowi chociażby ze względu na to, że tak mało mamy polskiej kryminalistyki w zalewie tej zagraniczej.
Tym razem moja ocena książki jednak 3.5/6.
zaglądam do lodówki a tam…
…Avatar.
Gdzie nie spojrzę, w necie, w radio, na blogach, w emailach, wszyscy nawijają o Avatarze. A ja nawet nie wiem, co to dokładnie, oprócz tego, że film od tego pana, co ma łeb na karku do interesów i wie, jak kasę zbijać, tylko się boję, że zajrzę do lodówki po jogurt a mi tu Avatar wyskoczy;)
Avatar zdetronizował Dodę i Cichopek, nie ma to tamto;)
mieliście kiedyś tak…
…że kołatał się Wam po głowie, we wspomnieniach daaawnych jakiś film, który widzieliście, ale kompletnie nie mogliście sobie przypomnieć, cóż to mógł być za film? Na pewno tak mieliście. Mamy tak z książkami (ja mam chyba ze dwie z dzieciństwa) i z jednym filmem. To film, który pamiętałam, że leciał w TV w któreś wakacje, myślałam, że miałam jakieś dwanaście lat oglądając go, wygląda na to, że byłam odrobinę starsza. I że co ciekawe, film został dość szybko jak na realia naszej tv wyemitowany po wyprodukowaniu.
Rzecz działa się w nowo powstałym państwie Izrael, a dotyczyła małej dziewczynki, która mieszkała tam z matką. Matka jej doświadczyła horroru Holocaustu. Po czymś takim nigdy nie wraca się takim, jak przedtem. No i zapewne ta kobieta taka już nie wróciła, bo wciąż targały nią wielkie traumy, nie dawała sobie rady z własną psychiką a czemu jestem pewna, że w owych czasach nie znano pojęcia leczenia psychiatryczno psychologicznego dla ofiar takich traum? Tak czy siak, tyle pamiętałam, że dziewczynka miała tę schorowaną psychicznie mamę. I dwie sceny z filmu. Pierwsza, to jak jej matka dorwała ją pewnego wieczoru i obcięła jej włosy tak, jak miały obcięte włosy więźniarki z obozach koncentracyjnych, czyli niemal do gołej skóry. Nie pamiętałam już, dlaczego tak się stało , na pewno wiem, że coś spowodowało, że w kobiecie uruchomiły się wspomnienia z obozu. Druga scena była, jak ta mała wstydząc się tego, co ma na głowie po spotkaniu z gniewem i nożyczkami w rękach matki zawiązała na głowie chusteczkę i ruszyła po lód w blokach. Wtedy bowiem lód przynosiło się do domu i wkładało do takich pierwszych lodówek.
Tyle z filmu pamiętałam a gnębiło mnie, co to za film, bowiem ogromnie chętnie raz jeszcze bym go obejrzała, skoro na mnie wtedy takiej małej zrobił aż takie wrażenie, że do dziś pamiętam kilka scen.
I okazuje się, że da się. Opowiadałam o nim P. i on mi wyszukał w necie i już wiem, że chodzi o film "Lato Avii". Ciekawe, czy będę mogła kiedyś go obejrzeć, bardzo bym chciała, chociaż po fragmencie, jaki znalazłam w necie utwierdzam się w przekonaniu, że to kolejny film, który pewnie i dobry za to ogromnie smutny i depresyjny…
Więcej można poczytać o nim pod tym linkiem w Wikipedii.
A tu ów fragment, który tak w głowie mi utkwił:
Tajlandia…
…dziś u mnie w skrzynce zawitała. Skłamałabym pisząc, że to pierwsze kartki z tego kraju, bo jak sobie przypomniałam parę lat temu koleżanka tam była i kartkę mi przysłała ale ładnych kartek z dalekich krajów nigdy dość.:)
Tym razem dostałam pocztówkę z widokiem z lotu ptaka na Świątynię Szmaragdowego Buddhy , która robi wrażenie i kartkę z widokiem pływających stoisk. Oglądałam kiedyś w jakimś programie podróżniczym, że faktycznie tam tak dostarczają towary do domów położonych na wodzie. Dostarczane są nie tylko owoce czy warzywa, ale płyną również takie wodne kuchnie i można zamówić jakieś smakołyki. Dobry pomysł:)
Dowiedziałam się też, jak pisze się po tajsku moje imię.
Za podróż, jaką odbyłam w ten sposób dziękuję Siamsoleils.
jakby ktoś z was planował przylot na Okęcie…
…we wrześniu, to niech ma na uwadze
tę informację.
Mnie opada wszystko, co może opaść kobiecie, kiedy czytam, co wymyślili, ale i tak nie mam na to wpływu, więc…daję znać innym.
