„Tysiąc dni w Wenecji”. Marlena de Blasi.

Wydawnictwo Literackie, (2009).

Szczerze mówiąc, do zapoznania się z tą książką zachęciła mnie recenzja u Słowem_malowane. Jednak muszę przyznać, że nie zgadzam się z jej opinią w początkach recenzji.
Ja bowiem tę książkę odebrałam zupełnie odwrotnie, właśnie jako czytadło i to bardzo lekkie. Co nie odbiera mu uroku, od razu zaznaczam.

Uroku dodaje tej książce również niewątpliwie fakt przedstawienia miłości, która dotyka nie młodziutkich ludzi, którzy jak to się mówi, całe życie mają przed sobą, a osób już po pewnych życiowych doświadczeniach, w tak zwanym (chociaż nie przepadam za tym określeniem) średnim wieku.

Niesamowite za to, dla mnie raczej nie do pomyślenia, jest to, jak szybko autorka opowieści zdecydowała się na zmianę swojego życia. A może w pewnym wieku właśnie wiemy, że nie ma na co czekać, że trzeba z życia brać wszystko to dobre, co tylko życie chce nam ofiarować? Że należy z niego czerpać pełnymi garściami?

Cieszy, że autorka nie ma mentalności matki Polki, która wie, że "w pewnym wieku to już nic się od życia nie należy a jedynym zajęciem ma być niańczenie wnuków". No, ale to Amerykanka. W Wenecji;)

Opowieść według mnie snuta bardzo lekko i dobrze, czasem ma się chęć poczytać coś takiego lekkiego, opowieść, w której wszystko toczy się bardzo dobrze, w której nie ma miejsca na pomyłki, w której są same happy endy. Tak właśnie jest w tej książce, na końcu okraszonej wyglądającymi na baaardzo smakowite przepisami (Judytto pewnie byłabyś zachwycona, sądząc po Twojej sympatii do tego zakątka kulinarnego;).

Żadna to ambitna literatura, ale ja się i tak skuszę na część następną ich opowieści, bo przecież, jak głosi skrzydełko książki , cytuję, "Już wkrótce Marlena i Fernando spędzą tysiąc dni w słonecznej Toskanii".

A więc -do zobaczenia w Toskanii!

ps. tych przepisów wcale nie jest tak pełno, jak ogłaszają na okładce, ale parę jest i według mnie ciekawych dla lubiących kuchenne doświadczenia;)