„Brick Lane”. Monica Ali.

Wydana w Wydawnictwie  Zysk i S-ka (2003, 2009).

Po pierwsze, nie czytać opisów książek na skrzydełkach okładek, bo można odnieść wrażenie, że czyta się nie o książce, której lekturę ma się już za sobą.

Zabawna? Jaka zabawna?? Może wtedy, kiedy wiejska dziewczyna zamiast wieźć chore, umierające dziecko do lekarza zostawia je swojemu losowi? (To wyrażenie będzie towarzyszyć całe życie podświadomie głównej bohaterce Nazneen). Może wtedy,kiedy widzimy, jak niewykształcenie lub ograniczenia kulturowe prowadzą do bezradności, tragedii? No bo nie sądzę, że wtedy, kiedy umiera mały chłopiec, mimo, że jego matka, w przeciwieństwie do swojej, nie zostawia go swojemu losowi a wiezie do szpitala.
Tak, przemawia przeze mnie sarkazm, bo akurat o tej książce mogłabym wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest zabawna.

Na pewno nie jest to jakaś super ambitna książka. Ale czytałam ją z wielkim zainteresowaniem, jako, że tym razem czytałam opowieść nie o Hinduskach , które wydane za mąż najczęściej za sprawą aranżowanego związku, a o kobiecie z Bangladeszu, która również wydana za mąż za mężczyznę, którego wcześniej nie widziała na oczy, zostaje mieszkanką jednej z najsłynniejszych ulic Londynu, ulicy emigrantów z Bangladeszu właśnie, Brick Lane.

Opowieść ta nie jest ani trochę zabawna, a raczej dość gorzka, smutna, mimo, że niosąca ze sobą ostatecznie pozytywne przesłanie, że swoje życie można zmienić, że nawet dziewczyna, której narzucono los może już jako dorosła kobieta wpłynąć na swoje życie i przeciwstawić się temu, co inni chcą jej narzucić.

Nazneen urodziła się w małej bengalskiej wiosce. Jej matka wierzyła, że losowi trzeba się podporządkować, cokolwiek by ze sobą niósł. Jednak zarówno sama Nazneen, jak i jej siostra, Hasina, która swoje życie spędzi w Bangladeszu, już tak nie czują. Hasina wyzwala się spod takiego myślenia o wiele, wiele wcześniej, niż jej starsza siostra. Nazneen potrzeba będzie do tego wielu lat, ale jednak zmieni ona swoje nastawienie i zacznie świadomie kierować swoim życiem.

W książce czytamy o losach zarówno Nazneen żyjącej w Londynie wraz z mężem Chanu i dwiema córkami , która stopniowo wyzwala się spod owego narzuconego przez matkę przekonania, że z losem nie można walczyć, że trzeba pozostać biernym nawet jeśli przynosi ból i cierpienie, jak i dowiadujemy się historii jej siostry. Opowieść o życiu Hasiny, owej dziewczyny, która pierwsza zbuntowała się przeciwko bierności poznajemy poprzez jej listy do starszej siostry, które czytamy wraz z główną bohaterką.

W tle, rozgoryczenie emigrantów, w dużej części osób, niestety, niewykształconych, które nie mając możliwości rozwoju i tkwiące w miejscu są z roku na rok coraz bardziej sfrustrowane i których to frustracja i rozgoryczenie ma szansę prowadzić do działań negatywnych. Ich poczucie wyobcowania i przekonanie, że kraj, w którym przyszło im żyć, jest im nieprzyjazny i traktuje ich często rasistowsko. Powstają młodzieżowe gangi buntujących się przeciw tradycji i nie mających zbyt wielkich perspektyw młodych ludzi. Oczywiście, wspomniany też 11 września (dzisiaj ósma rocznica tego tragicznego dnia).

Interesująca książka ze względu na fakt, że tym razem miałam okazję przeczytać o emigrantach, którym się nie wiedzie. Z książek hinduskich jakoś tak do tej pory natrafiałam na te, które opisywały losy ludzi wykształconych, którzy w Stanach czy nawet w Wielkiej Brytanii nie chwytali się niskopłatnych prac, lecz mogli się rozwijać. A tu-zupełnie inne spojrzenie.

Przyczepić się mogę jedynie do objętości. Wiem, że akcja książki obejmowała sporo lat, ale muszę przyznać, że jak dla mnie była ona nieco za długa, trochę już mnie nużyła lektura pod sam jej koniec. Mimo to polecam.

Hiszpania…

…dzisiaj jest tematem przewodnim "Czterech Pór Roku", (konkretnie Katalonia) a ja myśląc Hiszpania mogę się wspomóc kartką , którą z tego kraju otrzymałam od Neny i jej drugiej połowy, konkretnie z widokiem symbolu miasta, jakim jest ośmioboczna dzwonnica zwana El Miquelet, która jest częścią katedry w Walencji. Bardzo ładnie wygląda.
Znowu Hiszpania zakusiła. Rok temu prawie, prawie wylądowaliśmy w Barcelonie, wtedy plany się zmieniły i był Paryż, ok miasto, ale w Paryżu już byłam. No nic, kiedyś się trzeba będzie wybrać do Hiszpanii zdecydowanie.

Maga-mara rozpieściła mnie trzema innymi pocztówkami. Pierwsza z Władysławowa. Jak pisałam w innym wpisie, kiedy to pocztówkę z Władysławowa dostałam od Wildrose, miejscowość tą kojarzę jedynie jako start do dalszej części wakacji, bo jeździłam z niej do Jastrzębiej Góry lat wiele, wiele…Domyślam się, że sezon nad polskim morzem wygląda dość strasznie, widziałam zdjęcia Judytty z plaży w okolicach zachodniego wybrzeża, człowiek na człowieku dosłownie…Daaaawno nie byłam nad polskim morzem w sezonie, ostatnio, to pojechaliśmy do Jastrzębiej Góry, ale poza sezonem, zahaczyliśmy wtedy o długi majowy weekend i zdaje się, że miałam wątpliwy przedsmak tego, co się tam kotłuje w sezonie. No, ale co mają robić ci, którzy lubią nasze polskie wybrzeże? Nie jeździć? Może w mniej popularne miejsca…

Inną nadmorską miejscowością, z której dostałam kartkę od Magi-mary , okazała się mieścina Middletown-on-Sea, typowa jak napisała autorka kartki , angielska nadmorska wioska z południowego wybrzeża. Najbardziej rozbawił mnie sam opis wioseczki, cytuję,  "Tu jest jeden spożywczak, ogrodnik, rzeźnik, nieśmiertelne fish & chips i…fryzjer dla psów". Rozbawiło mnie to ogromnie;) Lubię Twoje opisy Maga-maro, umiesz mnie przenieść w świat miejsc, w których bywasz…Już oczami wyobraźni widzę tę wioskę, niemal jak z angielskiego kryminału, w którym wszystko może się zdarzyć a filiżanka herbaty pomaga na wszystko, dosłownie na wszystko. Tak nawiasem mówiąc kiedyś pamiętam, że wyglądała wspomniana już przeze mnie Jastrzębia Góra, która teraz z małą spokojną mieściną w sezonie nie ma nic niestety wspólnego.

No i kolejna  od Magi-mary kartka, tym razem serce Uniwersytetu z lotu ptaka…Och, muszę kiedyś zobaczyć Oxford na własne oczy a na pewno muszę, po prostu muszę zobaczyć tamtejszą bibliotekę. Nie da się w niej zamieszkać, ale pobyć bym chciała;) ale sami pomyślcie, mają tam dział japoński! i orientalistyczny.

Za pamięć i kartki wielkie wam dzięki, dzięki Wam mogę przenieść się w miejsca, w których nie byłam…podróżuję.