…jest dziś obchodzony. Dowiedziałam się o tym wczoraj słuchając po 23.00 w Jedynce Radiowej ostatnio jednej z ulubionych audycji (Kulturalna Europa). Bardzo ciekawy był program o tłumaczeniach, różnych śmiesznostkach, które przy tej okazji czasem się zdarzają.
Postanowiłam i ja "obejść" to święto u siebie, bo przecież dla mnie, czytelnika, tłumacze to baaardzo ważne osoby, tym bardziej, że praktycznie czytam jednak głównie w języku polskim.
I tak oto zdaję sobie sprawę, że naprawdę dobry tłumacz potrafi książkę "zrobić" albo ją do cna skiepścić.
Cenię sobie tłumaczy, którzy przede wszystkim posługują się poprawną polszczyzną a dopiero potem władają biegle językiem, z którego tłumaczą.
W obecnej chwili mam kilkoro tłumaczy, których tłumaczenia mi bardzo pasują.
Są to tłumaczący między innymi Marqueza Carlos Marrodan Casas, tłumacząca Murakamiego z języka japońskiego Anna Zielińska-Elliott i tłumacząca prozę szwedzką Beata Walczak-Larsson (nomen omen, "znajoma" z forum Kryminały i Sensacje).
Czy przy lekturze zwracacie uwagę na jakość tłumaczenia? Macie swoich ulubionych tłumaczy?
Wszystkim odwiedzającym mnie tłumaczom zaś życzę samych wspaniałych lektur, które przyjdzie Wam tłumaczyć i jak najmniej wpadek przy pracy;)
„Hula Girls”. Reż. Sang-il Lee.
Oj, jaki ja fajny film wczoraj widziałam;) I to dzięki miłemu gestowi Ekolozkii.
A mianowicie "Hula Girls". Japoński film, który baaaardzo chciałam obejrzeć. Ekolozkaa pewnie nie wie o tym, a ja chciałam, odkąd wyczytałam świetną recenzję na blogu polskiej_japonki. Polska_japonka tak fajnie napisała recenzję, że ja streszczać treści filmu ponownie nie zamierzam (bo i po co?).
Napiszę za to tak. Ja też, jak i recenzentka polska_japonka, której recenzję zalinkowałam powyżej , miałam nie raz i nie dwa podczas oglądania filmu łzy pod powiekami. Tak, łatwo się wzruszam i ruszają mnie takie obrazy, w których widać , że w życiu jest różnie. Trochę słodko, trochę gorzko. Ale, co mnie urzekło w tym obrazie, to fakt, że to nie kolejny wymyślony film, który opowiada o tym, że czasem nawet najbardziej absurdalny plan, marzenie ma szansę się spełnić. Bo film ten powstał, nie inaczej, na podstawie prawdziwych wydarzeń. To się naprawdę zdarzyło. W, od wieków żyjącej z węgla osadzie, udało się założyć zespół dziewcząt tańczących totalnie egzotyczny taniec z Hawajów. I to przekształciło się w bardziej prężną działalność.
A więc tak, czasem po prostu wystarczy marzyć. Oderwać się od równo przez pokolenia wyrytych kolein, którymi się podążało i spróbować wytyczyć zupełnie nowy, inny, a jak się okaże, pewnie i lepszy, szlak. Nawet jeśli nasi bliscy mają nam to za złe. Czasem po latach i oni przekonują się, że może my, decydując się na prekursorstwo, mieliśmy w swoich działaniach rację.
Szkoda, że u nas nie można obejrzeć takich fajnych filmów;(
Ale, jest strona na filmwebie, poczytajcie.
No i koniecznie polecam wpis polskiej_japonki linkowany wyżej, bo tam dowiecie się, że nauczycielka dziewczyn wciąż tam mieszka, żyje i nawet naucza, mimo, że jest po siedemdziesiątce.
Jeśli ktoś z Was będzie mieć okazję obejrzeć ten film, to polecam. Pokrzepiające, optymistyczne kino, któremu w dodatku nie można zarzucić, że kłamie i łapie nas za marzenia. Bo te się mogą spełnić. Czasem naprawdę wystarczyć tylko mocno, mocno chcieć.
Pieskowa Skała, Wietnam, kot w bibliotece…
Tym razem rozmaitości doszły z każdego rodzaju, no bo i trzy filmy od Ekolozkii ( o jednym zaraz parę słów), wraz z zakładką do książek i z pocztówką z Pieskową Skałą, zamkiem i Maczugą Herkulesa. To już w zeszłym tygodniu.
W tym, pierwsza i jak sądzę, ostatnia w moim zbiorze pocztówka z Wietnamu od Padmy,z widokiem na Hoan Kiem Lake wraz ze śliczną ręcznie wykonaną zakładką do książki i obiecaną książką na wymianę, czyli słynną już na blogach i forach (a mnie nieznaną;) książką "Zatrute ciasteczko" Alana Bradleya.
Za wszystkie przesyłki dzięki ;))
Od kilku dni walczymy z jakimś dziadostwem. Daaawno nic nas tak nie wzięło. Stawiam na stres, który ostatnio mieliśmy, co spowodowało osłabienie systemu immunologicznego (wierzę w psychosomatykę). Poproszę o wyrazy współczucia i zapewnienia, że szybko się z tego wygrzebiemy. Osoby, które mają chęć napisać mi jedynie, jak to je nigdy nic nie bierze i tryskają zdrowiem od dziesięcioleci uprzejmie proszę o darowanie sobie informowania mnie o tym. Mam taki nastrój, że żadna to dla mnie pokrzepiająca wiadomość a mnie też przez dość długi czas nic nie brało i czułam się super.
Z pozdrowieniami;)
„Fototapeta”. Michał Witkowski.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B , (2006).
O matko, ale się uśmiałam przy niej… Na wstępie , Goraca, wielkie dla Ciebie podziękowania, że się ze mną podzieliłaś jedną z dwóch posiadanych przez Ciebie książek, inaczej pewnie nie sięgnęłabym po nią po moim zawodzie z "Margot".
A "Fototapeta" zupełnie odwrotnie, niż "Margot", ogromnie mi się podobała i tak mnie rozbawiła, jak ostatnio mało co.
I tu , kiedy nie było takiego nagromadzenia wulgaryzmów (ja rozumiem niby uzasadnienie tychże w "Margot", co nie zmienia faktu, że źle mi się takie czyta w prozie), a kilka smakowitych opowieści w dużej mierze z przeszłości, czyli dzieciństwa? młodości autora, proza ta chwyciła mnie za ręce i nie pozwoliła się puścić aż do ostatniej strony.
Wspaniałe, okraszone czasem lekko absurdalnym poczuciem humoru opowieści Witkowskiego to po części podobne moje wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Owszem, różnimy się miejscem urodzenia, wychowania, ale przecież każdy z nas pamięta bezsmakową gumę do żucia, czy to, jak jeżdżący do Związku Radzieckiego ekscytowali się możliwością przywiezienia ze sobą z powrotem złota, prawdziwego ruskiego złota;)
"Fototapeta", to coś, co "wyświetlamy" sobie, nalepiamy w swojej własnej wyobraźni, aby nie oszaleć codziennością. Tak mi się przynajmniej to wydaje. Za komuny były to owe ohydne prawdziwe fototapety z jakąś to optymistycznie wymazaną tęczą czy też cudowną palmą z raju niemal, schylającą się na plażę i kuszącą owocem kokosa a w tle oczywiście, bo jakżeby inaczej, szumiało morze, którego wtedy oczywiście nie miało się szansy zobaczyć i zażyć tego raju. W obecnych czasach rolę ogłupiającej fototapety pełni kultura masowa, to wszystko, to widzę, z czasem coraz bardziej, chyba lekko fascynuje i samego autora. Mogę się mylić, ale tak to odbieram, być może dobrze owa fascynacja zagrana, ale być może nieco podświadomie dał się on wciągnąć w pewną grę. Nie moją jednak rolą jest analiza osobowości autora, natomiast zgadzam się z nim w tej tezie, że kultura masowa tak nas teraz otaczająca, nachalna, namolna , ogłupiająca, dla większości ludzi pełni rolę owej właśnie tamtej za komuny fototapety.
Przeniosłam się dzięki szczególnie tym wspomnieniowym tekstom w książce do czasów własnego dzieciństwa, powspominałam, zadumałam się, pośmiałam, naszła mnie nuta melancholii.
I teraz jestem niepewna, bo "Margot" zawiodła, a "Fototapeta" zachwyciła, to co też ja mam sądzić o książkach Witkowskiego? Zapewne trzeba by się po prostu przekonać na podstawie innych, jak ja do nich podchodzę i czy ta proza do mnie przemawia.
Ta z "Fototapety" zdecydowanie przemówiła, ja to kupuję, to jest to, co mi się podoba.
Na koniec jeden z najfajniejszych cytatów, według mnie smaczek, pewnie dlatego taki smakowity, bo w 100% prawdziwy:)
"(…) bo to rytuał, że z Rosji przywozi się złoto i że potem nie wiadomo, co z nim zrobić, więc leży w blaszanej skrzynce po ciastkach. Choćby w symbolicznych ilościach."
na dzisiejszych lotach…
…kanarek się rozochocił i odwiedził kilka miejsc, takich, jak lampa stojąca (nowe ulubione miejsce, z którego świetnie się staruje na resztę pokoju) czy też stół, na którym wylądowawszy zadumał się nad płytą od znajomej blogowiczki;)

na fali jesiennego Fado…Cristina Branco i jej…
…"Sete Pedacos de Vento".
Myślę, ze "poznałam" Lizbonę w odpowiednim czasie, w środku jesieni, kiedy nie było w niej już tylu turystów a nastrój melancholii ale i gwarnego życia był w stanie przemieszać się ze sobą i stworzyć tą cudowną mieszankę, jaka zawsze staje mi przed oczami, kiedy myślę, "Lizbona"…
„Tysiąc dni w Wenecji”. Marlena de Blasi.

Wydawnictwo Literackie, (2009).
Szczerze mówiąc, do zapoznania się z tą książką zachęciła mnie recenzja u Słowem_malowane. Jednak muszę przyznać, że nie zgadzam się z jej opinią w początkach recenzji.
Ja bowiem tę książkę odebrałam zupełnie odwrotnie, właśnie jako czytadło i to bardzo lekkie. Co nie odbiera mu uroku, od razu zaznaczam.
Uroku dodaje tej książce również niewątpliwie fakt przedstawienia miłości, która dotyka nie młodziutkich ludzi, którzy jak to się mówi, całe życie mają przed sobą, a osób już po pewnych życiowych doświadczeniach, w tak zwanym (chociaż nie przepadam za tym określeniem) średnim wieku.
Niesamowite za to, dla mnie raczej nie do pomyślenia, jest to, jak szybko autorka opowieści zdecydowała się na zmianę swojego życia. A może w pewnym wieku właśnie wiemy, że nie ma na co czekać, że trzeba z życia brać wszystko to dobre, co tylko życie chce nam ofiarować? Że należy z niego czerpać pełnymi garściami?
Cieszy, że autorka nie ma mentalności matki Polki, która wie, że "w pewnym wieku to już nic się od życia nie należy a jedynym zajęciem ma być niańczenie wnuków". No, ale to Amerykanka. W Wenecji;)
Opowieść według mnie snuta bardzo lekko i dobrze, czasem ma się chęć poczytać coś takiego lekkiego, opowieść, w której wszystko toczy się bardzo dobrze, w której nie ma miejsca na pomyłki, w której są same happy endy. Tak właśnie jest w tej książce, na końcu okraszonej wyglądającymi na baaardzo smakowite przepisami (Judytto pewnie byłabyś zachwycona, sądząc po Twojej sympatii do tego zakątka kulinarnego;).
Żadna to ambitna literatura, ale ja się i tak skuszę na część następną ich opowieści, bo przecież, jak głosi skrzydełko książki , cytuję, "Już wkrótce Marlena i Fernando spędzą tysiąc dni w słonecznej Toskanii".
A więc -do zobaczenia w Toskanii!
ps. tych przepisów wcale nie jest tak pełno, jak ogłaszają na okładce, ale parę jest i według mnie ciekawych dla lubiących kuchenne doświadczenia;)
i ja to pominęłam?
Gapa ze mnie. Dzisiaj sześćdziesiąte urodziny świetuje Pedro Almodovar, chyba w obecnej chwili mój ulubiony reżyser.
O moich fascynacjach nim pisałam we wpisach o "Volver"-film, "Volver"-scenariusz, "Kobiety na skraju załamania nerwowego"-film, "Wszystko o mojej matce"-film, "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?"-film.
W kinie pojawia się nowy film reżysera, który pewnie i tak obejrzę, jak wyjdzie na dvd, wolę tak zdecydowanie ostatnio, ale za to będę mieć na co czekać.
Sto lat Pedro!
UPDATE:
moje Urodziny z Pedrem.
Wczoraj usiłowałam doszukać się prawdziwej daty urodzin reżysera, bowiem nasza wiki podaje zupełnie inny dzień i nawet rok urodzin. Na oficjalnych linkowanych przez polską wiki są daty urodzin jednak 24 września 1949 a nasza wiki podaje 25 września w dodatku 51 roku.
W jednej z moich ulubionych audycji Jedynki, którą słucham od paru tygodni we wtorki i czwartki po 23.00 też kobieta właśnie powiedziała, że coś Pedro za wcześnie świętuje, bo on dopiero za dwa lata będzie obchodził sześćdziesiątkę.
Tak mnie to zaintrygowało, że rozpoczęłam poszukiwania na necie, wspomagana przez P. Linkowane na naszej wiki źródła podają wyraźnie 24 września 1949 roku.
Usiłowałam poszukać czegoś u źródeł, czyli na hiszpańskiej wersji wiki, bo kto nie wie lepiej, jak internauci z kraju, z którego facet pochodzi. I co?
I kiedy tam dotarliśmy, zaczęłam się śmiać. Powiedziałam do P. "To jest właśnie cały Pedro, nieobliczalny, nieprzewidywalny i nie do poznania w stu procentach".
Dane na wiki hiszpańskiej są już tak zabawne (na tej samej stronie występują bowiem owe dwie tak różne od siebie).
Czyli, jak w jego filmach , nie do końca wiadomo, co tak naprawdę zdarzyło się a co tylko zdarzyć się może, co jest prawdą, a co słodkim kłamstewkiem. Cały Pedro.
Link do strony hiszpańskiej.
Fado Anthologia

Muzycznie dzisiaj z Fado. Być może jesień. Być może moje ostatnie nastroje. Być może fakt, że to Fado właśnie słucham często, kiedy jest mi tak sobie. Ono sięga w głąb mnie i coś tam uruchamia. Być może powinnam coś lżejszego, coś, co rozweseli. Ale potrzeba jest zupełnie inna. Mamy kilka zbiorów z muzyką Fado, więc ten właściwie był kolejny, ale wczoraj podczas odwiedzin w Empiku P. wypatrzył tę i jakoś mnie skusił. I nie żałuję. Zbiór przyzwoity, ot po trochu wszystkich sław. Dobrane według mnie poprawnie. Dla miłośników z pewnością warte rozważenia. Mnie się podoba.
Moja ocena 6/6.
statystyki…
…przejrzałam hasła na statystykach, ale ostatnio posucha. Same nudy w stylu "tekst na zaręczyny", "nie chce się oświadczyć".
Z ciekawszych, to "skromny fajny ślub jak zorganizować"-odezwij się do mnie na priva, chętnie wspomogę radą w tej kwestii, bo dokładnie taki miałam.
Za to dziś trafiło się cudo;)
Aż muszę się z Wami nim podzielić i niniejszym liczę na dyskusję, jaka się rozhula pod niżej postawionym pytaniem, a mianowicie:
"czy inteligentni faceci lubia male piersi" *
*przypominam, że zachowuję oryginalną pisownię z haseł statystyk.
