Daję znać, bo może ktoś chce uzupełnić swoją domową filmotekę, albo filmu nie widział (jak ja) i chce zobaczyć. Na filmwebie widziałam trochę krytycznych opinii, ale mam nadzieję, że mi się spodoba.
różności…
…nastrój ostatnio dziwny, niby po pełni, a męczą mnie sny pokazujące, co mi tam się w głowie kotłuje…różne przemyślenia, dotyczące przeszłości, trochę przyszłości, jakieś obawy, trochę refleksji (gorzkich, gorzkich!) na temat przyjaźni (ale mi nowość, co?)…
Obejrzałam wczoraj z tego cyklu, o którym wspominałam, czyli Dookoła Świata , dvd z wyprawą do Toskanii. Super, były miasta, z których pocztówki dostałam od Reginy rok temu lub Dublinii w tym roku. Dublinia, już nic u Ciebie nie wspominam o Toskanii, bo poczułam się zrugana, że nie dość uważnie czytam;))
W każdym razie fajnie było popatrzeć na te wszystkie toskańskie piękności, jakie widziałyście. Fakt, jest tam wszędzie co oglądać, gdziekolwiek się nie pojedzie, można oczy nacieszyć pięknościami i nie dziwię się, że do Toskanii ludzie tak masowo gnają.
Przy okazji recenzji u Padmy rozpoczęła się dyskusja na temat turyści a podróżnicy. Zawsze mnie ciekawi, jak to rozróżnić. Owszem, kumam, że taka Beata Pawlikowska a ja , to dwie różne historie. I ja się przy niej czuję zdecydowanie turystką. Ale z drugiej strony, mam za sobą różne podróżowanie. Czasem korzystam z biura podróży (najczęściej i nie zamierzam się tego wstydzić), ale sporo wyjazdów organizujemy sobie sami, to znaczy hotel, potem chadzamy do miejscowych restauracji (jak w Rzymie, Lizbonie, Paryżu, Wiedniu) i tak zastanawiam się, kto ja jestem. Okazjonalny turysta a czasem podróżnik, czy tylko turysta? Czy fakt, że lubię mieć wygodne łóżko i przyzwoitą łazienkę (tak, wróciliśmy chorzy z Tunezji właśnie przez warunki tam panujące, co zresztą prawdopodobnie wpłynęło na całe nasze życie, a więc może mam uraz) czyni mnie zdecydowanie turystką ? Czyli jakbym stacjonowała li i jedynie w wynajmowanych bungalowach albo może i nie wiem, hostelach i jadła w knajpach na ulicy, to już jestem podróżnikiem?
Nie, nie mam tak naprawdę jakiegoś z tym problemu, ale nie ukrywam, że mnie to zaintrygowało. Może dlatego, że strasznie nie lubię tych wszystkich podróżujących, którzy tak wyraźnie różnicują się od "turystów", często gęsto wypowiadając się o nich z lekką pogardą wręcz (skłóciłam się z jedną taką panią, to wiem, co mówię;).
Z innej beczki, Kwiecienko, dziękuję za pocztówkę z Przepiórką;) Myślę, że to zwykła przepiórka, wpuszczona w szpinak hehe. Dziękuję za miłą niespodziankę. Szkoda, że nie chcesz mi podać na priv swojego adresu, chętnie wysłałabym Ci pocztówkę z Warszawy.
Nie mam ostatnio ochoty bawić się w poprawność polityczną wypowiedzi w stosunku do różnych ludzi…zdaje się, że wciąż mam wspominany już przeze mnie nastrój wujkostaszkowy.
Wkurza mnie też, że odwiedzają mnie osoby z zamkniętych blogów, do których mnie nie zapraszają (tak, widzę Was w statystykach;) albo inni z kolei olewają moje pozostawione na ich blogach komentarze. OK, może nie zawsze chce się odpowiedzieć, ale jakieś zdawkowe heja chiara nie spowoduje chyba, że komuś spadnie z głowy korona?
Ufff, to wreszcie wypisałam się z tego, co mnie ostatnio irytuje;)
„W bagnie”. Arnaldur Indridason.recenzja.
Nie zezwalałam na wykorzystanie bez pytania mojej recenzji na aukcji prywatnej użytkownika allegro. Zrobiono to bez mojej wiedzy.
Wydana w W.A.B (2009).
Popełniłam przed chwilą wpis, który zapisałam sobie na innej stronie a następnie, zgodnie z wszystkimi zaleceniami rozmaitych domorosłych psychologów…starannie skasowałam. Chwilowo, ale pomogło…
A teraz już o książce.
Z pamiętnika mola książkowego, nie należy sugerować się cudzymi opiniami przy doborze własnej lektury, jeśli mniej więcej znamy swój gust czytelniczy.A mówię tu o recenzji, którą miałam okazję przeczytać u Inblanco. Po przeczytaniu jej recenzji zmartwiłam się, że będzie nietrafiony zakup i …jak dobrze, że tak jednak nie było.
Jak wspominałam w łańcuszku książkowym, wpadłam obecnie w ciąg kryminałów. Tym bardziej, że obecnie na rynku pojawiło się ich sporo i to te, które mnie akurat interesują.
Tak więc z zainteresowaniem zapoznałam się z najnowszym na naszym rynku kryminałem z Islandii. Przedziwnej wyspie (dla mnie) i interesującej zarazem, bo praktycznie nieznanej, na której niedawno była Latająca_Pyza i u siebie na blogu podróż opisuje.
"W bagnie" to kryminał, ale kolejny, który według mnie nie jest tylko i wyłącznie kryminałem. To z kolei jakiś portret dotyczący współczesnej Islandii z jej odwiecznym problemem, o którym coraz głośniej się mówi. A mianowicie o fakcie tego, iż materiał genetyczny na wyspie jest raczej ograniczony. Nie było tam przez wieki świeżej krwi, że się tak może niezbyt zręcznie wyrażę, a co za tym idzie, nowego materiału genetycznego, co z kolei powodowało postęp chorób dziedzicznych. Obecnie to właśnie między innymi na Islandii prowadzi się badania dotyczące genetyki.
Nie ukrywam, że czytając książkę miałam przed oczami między innymi wspomnienia Pyzy, która ostatnio chociażby nadmieniła, że Islandczycy są ciekawi, bo z jednej strony wierzą w duchy, tego typu opowieści a z drugiej strony posiadają niezwykle wyśrubowaną technikę w codziennym użytku, jak chociażby wysoki odsetek skomputeryzowanych mieszkańców czy posiadających komórki.
"W bagnie" zaczyna się od morderstwa, które zostaje popełnione na pewnym starym mężczyźnie. Podejrzenie początkowe, iż jest to , cytuję, "kolejna typowa islandzka zbrodnia" każe ustąpić teorii, że jednak tym razem policjanci mają do czynienia z czymś zupełnie innym.
Potem jest już tylko gorzej. Zbrodnię przyjdzie rozwiązywać zespołowi pod dowództwem Erlendura, w dodatku w czasie ohydnej jesieni, która, zapewne nie jest warta odnotowania w turystycznym folderze, inaczej z pewnością nikt nie miałby chęci na odwiedziny wyspy.
Policjant Erlendur i tak ma swoje własne zmartwienia. Syna, który nie utrzymuje z nim kontaktu i ćpającą córkę, która oznajmia mu, że jest w ciąży. Same rewelacyjne nowiny.
Tak, czy inaczej, Erlendur rozpoczyna dochodzenie, które to nie będzie ze względu na poruszaną tematykę należeć do łatwych. Temat bowiem jest zdecydowanie ciężki i nie ukrywam, że przygnębiający. Niemniej jednak książka wciąga, intryguje, mimo, że jak mówię, nie będzie to lektura łatwa i przyjemna.
Teraz uprzedzam, osoby, które mają chęć na lekturę, niech dalej nie czytają. Staram się za wiele nie ujawniać, ale jednak na wszelki wypadek, po co macie mieć potem pretensje?
Ta książka zainteresowała mnie nie tylko dlatego, że to jedna z niewielu , jakie znam z literatury islandzkiej i to, nie ukrywajmy, kryminalnej. Zainteresowała mnie właśnie ze względu na to, jak opisuje fakt, że na wyspie zdaje się, że wszyscy wszystkich znają. Przez to, że przez wieki nie docierali tam obcy , wiele osób jest ze sobą spokrewnionych. Dochodzi problem kryzysu współczesnego rodzicielstwa, problemy, które być może były zawsze, a obecnie nabierają jakiejś wyrazistszej barwy , a także, co interesujące pojawia się ważne pytanie. Jak czuć się mogą osoby, które z pewnych względów nagle, nieoczekiwanie, tracą swoją dotychczasową tożsamość? Stają się dla siebie samych kimś zupełnie innym, niż jak dotąd o sobie myśleli, jak się postrzegali.
Wychodzą na jaw stare rodzinne sekrety, tajemnice i nagle okazuje się, że nie jest się już tym kimś, kim się było. Do czego to może doprowadzić? Zapewne zależy to od danej jednostki, jej siły psychicznej, ale nie oszukujmy się, co słabsze jednostki zapewne nie są w stanie wytrzymać tego bez jakiegokolwiek odreagowania.
Mnie się ta książka, mimo bardzo ciężkiego w niej poruszanego tematu, podobała i chętnie sięgnę po kolejną książkę tego autora, jak tylko zostanie u nas wydana.
„Krew z kamienia”. Donna Leon.
Wydana w Noir sur Blanc (2009).
Sięgając po każdą kolejną książkę Donny Leon, tej od lat żyjącej we Włoszech , Amerykanki wiem jedno. W jej kryminale oprócz intrygi kryminalnej znajdę sporo gorzkich refleksji na temat współczesnego świata, społeczeństw i układów tam panujących, władzy i jej wykorzystywania niekoniecznie w światłym celu, krytykę Ameryki i jej podejścia do reszty świata, antyklerykalizm i dany akurat wzięty na tapetę przez autorkę problem społeczny. Donna Leon intryguje mnie z książki na książkę coraz bardziej, a mianowicie zastanawiam się, co nią powoduję, że umieszcza to w książce o naturze, jakby nie było kryminalnej. Odnoszę wrażenie, jakby nie do końca chciała "popełnić" coś niekryminalnego, jakby bała się, że czegoś jej wtedy zabraknie, albo nie będzie w stanie zmierzyć się z własnymi przekonaniami i opiniami w innej, niż ta formie. A może i ona coś innego wydała, tylko u nas to się nie ukazuje, ale chyba nie, patrząc na jej stronę na wikipedii.
Nie odważając się aby Brunetti był na przykład gejem żyjącym w wieloletnim związku parnerskim, Donna Leon stworzyła z komisarza przykładnego męża i ojca rodziny (brzmiącego w niektórych sytuacjach aż zanadto nieprawdziwie, jak dla mnie, mam na myśli jego reakcje na niektóre zachowania żony, której szczerze nie znoszę, nie, nie za przekonania, a za histeryczne czasem zachowania i nieumiejętność rozgrywania spraw z zimną krwią). Tak więc nasz chodzący ideał, Brunetti, w książce "Krew z kamienia" musi rozwiązać kolejną sprawę. Musi i jest to imperatyw wewnętrzny bowiem w pewnej chwili okazuje się, że "górze" nie jest na rękę, aby tą sprawą zajmowano się i rozwiązano ją. Co spowoduje bardzo nietypowe działanie, jak na Brunettiego.
A zaczyna się w okresie przed Świetami Bożego Narodzenia, kiedy to na jednym z weneckich placów zostaje nagle zastrzelony jeden z "vu cumpra" czyli Afrykanin sprzedający podrobione torebki znanych firm. Zostaje on zastrzelony w obecności tłumu turystów, kiedy jednak przyjdzie co do czego, niewiele osób będzie w stanie coś na temat sprawców powiedzieć.
Nie chcę za wiele zdradzać Wam z treści książki i z problemu, jaki w tej książce wzięła na tapetę autorka. Jak mówię, Donna Leon, to według mnie taki Mankell w spódnicy, a to ze względu na jej przemyślenia i przemycanie sądzę, własnych poglądów w treści własnych książek kryminalnych. Mnie taki pomysł pasuje. Lubię poczytać cudze opinie, z niektórymi mogę się zgodzić, z innymi polemizować, ale to czyni kryminał czymś więcej, niż kryminał.
Polecam.
nie zrozumiałam;)
do końca zasad owego książkowego łańcuszka, w którym z tego, co się orientuję wzięła udział większość osób prowadzących blogi książkowe, ale postanowiłam bez stresu podejść do tematu i odpowiedzieć na pytania, na które odpowiadała zapraszająca mnie do udziału Moni i dodatkowo może wymyślić coś swojego;)
No, to start:
1. Czy zdarza ci się zniszczyć książkę (własną lub pożyczoną). W jakich okolicznościach i jeśli była pożyczona, to jak się wytłumaczyłaś?
-Książki kupuję. Pewnie dlatego po mojej lekturze nie wyglądają, jak nowe. Przyznaję się do robienia oślich uszu (tak to się chyba nazywa). W niektórych książkach pewnie można znaleźć ślad tego, co podjadałam przy czytaniu. Nie, ogólnie książki po spotkaniu ze mną nie są sterylne;) Natomiast co do pożyczonych, to dbam o nie bardzo. Zdarzyło mi się zrobić kleks z atramentu na jednej książce z wydziałowej biblioteki. To mój największy "grzeszek" , jeśli o to chodzi. Nikomu się z tego nie tłumaczyłam;)
2. Czy zdarza ci się czytać w obcym języku? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę?
-Jeśli już, to jest to angielski. Głównie sięgnęłam po taką książkę wtedy, kiedy została mi ona sprezentowana. Moim marzeniem jest przeczytać coś po rosyjsku (ale boję się, że zapomniałam ten język do tego stopnia, że lektura nie byłaby przyjemnością a koszmarem).
3. Czy kiedykolwiek obejrzałaś film, który zachęcił cię do przeczytania książki? – Tak, "Piknik pod Wiszącą Skałą".
4. Jak wyglądała by twoja wymarzona idealna biblioteczka?
-Taka, w której zmieściły by się wszystkie nasz książki. Które, okropność, wylądowały już na parapecie. Jak się skończy miejsce na parapecie, to nie mam pojęcia, gdzie je umieszczę.
Mam takie jedno marzenie, chciałabym mieć dom. A w nim biblioteczkę, taką w stylu angielskim, z kominkiem, w którym wesoło trzaska ogień, z dwoma przytulnymi fotelami, w które można się zagłębić podczas lektury i zapomnieć o całym świecie.
5. Czy w twojej rodzinie wszyscy sporo czytają, czy rodzina w jakikolwiek sposób wpłynęła na twoje zwyczaje czytelnicze?
-Tak, u mnie w domu dużo czytano. Nie tylko w domu, ale również przyjaciele i znajomi rodziców. O książkach się dyskutowano, książki sobie pożyczano. Do dziś jednym z piękniejszych prezentów, jakie lubię dostać i podarować komuś jest …książka właśnie.
6. Czy masz książkę, do której wracasz co jakiś czas? Jeśli tak, to jaką?
-Tak, wspominana już przeze mnie kiedyś na blogu "Dziecko Rosemary", "Imię Róży", wczesne "Chmielewskie", czyli "Boczne Drogi", "Wszystko Czerwone", "Lesio"…
Pytania Moni:
1.Jaki
masz zwyczaj "przechodzenia" z czytania jednej książki do drugiej? Czy
też może w ogóle nie potrzebujesz odreagowania po przeczytaniu książki?
-Nie do końca zrozumiałam chyba to pytanie…Może tak, parę razy przeczytałam naprawdę dołującą książkę (Aglaja Veteranyi, Dubravka Ugresic), że po jej lekturze zdecydowanie potrzebowałam drugiego bieguna, czyli czegoś weselszego a przynajmniej nie przybijającego mnie depresyjnością…czasem mam taki "ciąg", kiedy czytam na przykład różne kryminały pod rząd. Teraz mam właśnie jeden z takich ciągów:)
2. Podobno
człowiek z natury nie czyta dużo – ale istnieją takie książki, które
działają na niektórych ludzi jak koło zamachowe? Czy pamiętasz książkę,
która sprawiła, że czytasz? Może jest to Twoja pierwsza książka, którą
przeczytała Ci jeszcze mama, a może książka czytana gdzieś po kątach w
tajemnicy przed rodzicami?
-Nie zgadzam się z teorią, że człowiek z natury nie czyta dużo;) Oczywiście, zależy, co dla kogo oznacza dużo. Nie chciałabym chyba co dzień czytać nowej książki. Nie wyniosłabym z żadnej z nich chyba wtedy nic interesującego. Ale bez przesady.
Nie, nie pamiętam książki, która w jakiś specjalny sposób zachęciłaby mnie do czytania. Może dlatego, że moja pamięć aż tak daleko nie sięga, a czytam od 4 roku życia, a więc długo.
3. Czym się kierujesz przy wyborze książki?
-Hmmm…różnie to bywa. Na pewno moimi własnymi upodobaniami. Na przykład od kilku lat fascynują mnie kryminały z kręgu skandynawskiego, co powoduje, że po nie sięgam chętnie. Również to, co opisują mole książkowe nie jest mi obojętne i bardzo często sięgam po coś pod wpływem Waszych opinii i recenzji.
Cena nie jest mi też obojętna. Uważam, i niech nikt nie próbuje mnie przekonać, że jest inaczej, bo się i tak nie zgodzę, że książki w Polsce są za drogie.
Nie będę nikogo zapraszać do zabawy, bo o ile się orientuję, chyba wszyscy już albo w niej udział wzięli albo zostali zaproszeni, ale jakby ktoś chciał na te pytania odpowiedzieć i dał mi znać, będzie mi miło.
Gdyby w takim razie ktoś się skusił, moje pytania brzmiały by tak:
1. Niektórzy traktują literaturę kryminalną jako pośledniejszą, gorszego rodzaju. Czy zgadzasz się z taką tezą i jeśli tak, to czemu?
2. Czy chciałaś/łeś napisać kiedyś książkę? A może już ją napisałaś/łeś ale boisz się iść z nią do wydawcy?
3. Czy poznając nowe osoby gra dla Ciebie rolę fakt, że ktoś czyta albo wręcz odwrotnie, literatura kompletnie go nie interesuje?
„Satek pełen ryżu”. Alicia Giménez-Bartlett.
Wydana w Wydawnictwie Noir sur Blanc (2009).
Hmmmm…to takie hmmmm na początek, bo rozczarowała mnie trochę ta część opowieści o komisarz Petrze Delicado i jej pomocniku, podwładnym Ferminie Garzonie.
Z jednej strony, co wiedzą naprawdę czytający mnie długo, samą autorkę lubię, "odkryłam" ją sobie sama, bez żadnych poleceń, po prostu kiedyś w księgarni kupiłam jej "Śmiertelny talk-show", podeszła mi lektura i wciągnęłam się. Lubię Petrę Delicado za jej nietypowe śledztwa, za jej pewną bezkompromisowość, za niesztampowość, za niebycie słodką idiotką kobietką trzepoczącą rzęsami, za to babką z krwi i kości, co to i umie zadziałać, jak trzeba, kiedy trzeba i zakląć, kiedy sytuacja tego wymaga. Do tej pory kolejne części opowieści o niej mnie wciągały. Za obraz współczesnej Hiszpanii znanej mi głównie czy to z pocztówek od znajomych czy z raczej upiększonych folderów reklamowych a raczej na pewno nigdy z prawdziwych relacji. Za jak wspomniałam pewną konkretność i prawdziwość bohaterki i otaczających ją ludzi.
W tej części chyba najmniej udana była intryga kryminalna. Zaczynała się ciekawie, uważam, że można ją było "poprowadzić" w bardziej interesujący sposób, a odnoszę wrażenie, że "para" jakby opadła w połowie książki mniej więcej. Szkoda.
Akcja książki rozpoczyna się w chwili, kiedy zostaje zamordowany żebrak, na jednej z ulic Barcelony. Żebrak, czyli osoba z góry skazana przez współczesne społeczeństwo a często i przez samego siebie na bycie na marginesie.
Podoba mi się ta część książki, która każe się zatrzymać na chwilę przy tym temacie. Temacie, przyznajmy, niezbyt często branym na tapetę czy to w filmach czy literaturze właśnie. Temacie, który pozwala przyjrzeć się współczesnym społeczeństwom, które obok ludzi wykształconych bogatych, prężnych mają sporą przecież grupę osób, które z tych czy innych przyczyn zostały wysadzone na margines, które kiedyś tam gdzieś pogubiły się same ze sobą…
W pewnej chwili sama Petra podczas jednego ze swoich przemyśleń dochodzi do niezbyt optymistycznego wniosku, iż tak naprawdę, to każdy z nas z dnia na dzień może znaleźć się po tej drugiej , tak niechętnie dostrzeganej na co dzień, stronie. Tej stronie ludzi niechcianych, przegranych, na marginesie…
Trochę też w tej części, a to ciekawe, przemyśleń samej Petry na temat jej własnego życia. Petra, tak to przynajmniej ja odbieram, mimo pozorów, jakie stwarza, czyli silnej , nie potrzebującej wsparcia osoby, jest jednak gdzieś w tym wszystkim zagubiona. Nie umie się odnaleźć. Mimo to nie chce jednak nic zmieniać w tym, w czym jest, tkwi, już się do tego przyzwyczaiła i chyba , to ciekawe, boi się jakichkolwiek zmian…
Ogólnie to opowieść o utracie marzeń i złudzeń i o dziwo, ta warstwa książki wydaje mi się najciekawsza.
Jak wspomniałam, czegoś zabrakło mi w intrydze kryminalnej, jakby ktoś wystrzelił z pistoletu a na koniec okazało się, że to jedynie kapiszon. Tego mi szkoda. Ta część opowieści o Petrze Delicado u mnie na biblionetce otrzymała ocenę "dobrą". Mam nadzieję, że następne będą wyższe;)
jestem ciotką;)
K. urodziła dzisiaj córeczkę. Śmieję się, że chyba bardzo nie chciała się z nami zobaczyć, bo dzisiaj mieliśmy właśnie wybrać do nich z wizytą a tu w nocy się zaczęło i o 10.00 przyszła na świat mała Gabrysia. Po wielkich bojach to dziecko i szalenie oczekiwane, więc tym bardziej cieszy ta nowina, mam nadzieję, że wszystko będzie OK, tym bardziej, że urodziła się wcześniej (miesiąc cały). Trzymajcie kciuki za dzieciaczka, bo na razie jest w inkubatorze.
Niech się zdrowo chowa!
ps. mój Mąż właśnie wyraził przypuszczenie, iż dumny tata zapewne powinien zorganizować jakieś pępkowe:)
Chiny i Portugalia…
…zawitały u mnie w skrzynce. Najpierw miła niespodzianka od Monoli, która ostatnio odwiedziła Chiny właśnie. Przysłała mi nie tylko długi list (P. zawsze, kiedy otwieram list od niej śmieje się,że "znowu książkę dostałaś":)), z niezwykle interesującym opisem jej wyprawy do Chin (czułam się, jakbym była tam z nią razem) i ponad dwudziestoma fotografiami. Jak ja dawno nie dostałam od kogoś zdjęć z wakacji. Takich prawdziwych, wywołanych zdjęć. Na ogół teraz "darujemy" sobie link do zdjęć, które umieszczamy w necie. Oczywiście, to wygoda i w dobie fotografii cyfrowej nie czepiam się tego, ale niemniej jednak baaardzo mi się miło zrobiło. Każda fotografia opisana i stąd wiem, co się działo i co Monoli widziała. A widziała niemało. Moje oczy wciąż nie mogą się nacieszyć widokami nie tylko Hong Kongu, ale i wspaniałych tarasów ryżowych, palacza opium (sic!), ludzi, rzek z łodziami kołyszącymi się na nich spokojnie i wielu innych. Naprawdę wielka to przyjemność możliwość sięgnięcia i na spokojnie obejrzenia zdjęć z podróży w każdej chwili…dziękuję.
Nutta za to uszczęśliwiła mnie pocztówką z portugalskiego miasteczka Obidos. Nie byłam w nim, więc nie wiem, jak wygląda,ale widzę, że zachęcająco. No i wyczytałam na pocztówce, że Nutta ma udane wakacje w Portugalii (nie spodziewałam się innych wiadomości). Również dziękuję za pamięć.
On mnie dobrze zna, czyli z cyklu…
…dialogi na cztery nogi.
Ja- "Wiesz, obejrzałam ten film o Krecie i prawie się popłakałam"…
P. Patrzy na mnie z niedowierzaniem i pyta tylko -"PRAWIE?"
Ja, skruszona. -"No masz rację, popłakałam się".
Kurtyna.
kolekcja „Dookoła świata”-Kreta. Miejsce narodzin Zeusa.
Ostatnio w Empiku nabyłam. Nie wiem, czy to nowość, czy powtórka z wydania , niemniej jednak tym razem z Europy w kolekcji Dookoła Świata znalazłam coś, co wiadomo, że mnie zainteresuje, a mianowicie "Kreta. Miejsce narodzin Zeusa". Może ktoś jest zainteresowany, to daję znać;)
