Ci, co tak, wiedzą, jak to uczucie męczy. Ci, co nie -bardzo im dobrze. Taka oto mnie refleksja naszła, bo dokładnie to czuję do Grecji, co nieszczęśliwie zakochany do obiektu westchnień…
Tak to właśnie mi się od paru dni Grecja przypomina. W głowie siedzi. Nie chce wyjść. Męczy. Żeby to ona jeszcze wiedziała, jaka jest dla mnie ważna. Ale nie, mam wrażenie, że właśnie nie wie. Nie wie i pewnie mało ją to obchodzi. A ja staram się ją sobie wybić chwilowo z łba argumentami takimi, jak :
a) trzeba zobaczyć inne miejsca (a po co właściwie?)
b) gdzie indziej też jest pięknie (też, ale co mnie to interesuje?)
c) gdzieś indziej jest mniej upalnie, co powoduje, że jesteś w stanie poruszać się w okolicach południa bez poczucia, że za chwilę zemdlejesz (a od czego jest południowa sjesta?)
d) głupio jest przyznawać się ludziom, że się jeździ wciąż do jednego kraju a inne omija (a co mnie obchodzi zdanie innych?)
e) właściwie, to wygląda na to, że masz fioła na punkcie Grecji i nic cię z tego babo nie wyleczy (i z tym zdaniem się absolutnie zgadzam, howgh)…
