„Języki i kolczyki”. Hitomi Kanehara.

Wydawnictwo Albatros, (2007).

Krótko i na temat BEZNADZIEJNA książka. Prawdopodobnie będzie to jedna
z najkrótszych moich recenzji, ale jednak po chwili namysłu,
postanowiłam ją dodać. A niech to, niech ludzie wiedzą, że w swojej
przygodzie z książkami raz na jakiś czas natykam się również na totalny
niewypał.

Tak, przyznaję się, nabyłam skuszona współczesną prozą japońską jakiś
czas temu na fali moich zainteresowań tym krajem, ale jest to
zdecydowanie literacki niewypał. Literacki? Aż się sama zadumałam nad
tym, że chyba nadmiernie upiększam tę grafomanię w czystej formie.

A "Języki i kolczyki" Hitomi Kanehara prawdopodobnie tylko dlatego miała szansę w ogóle
zostać wydaną gdzieś poza samą Japonią, bo przedstawia obraz kraju
kwitnącej wiśni jakże inny od folderowych słodkości z górą Fuji czy
gejszami z Kioto przechadzającymi się na zdjęciach w jakimś pięknym
ogrodzie japońskim.

W książce tej poznajemy bohaterkę, która to mimo tego, że przedstawiona
jako wyzwolona i na pewno nie wtopiona w tłum salarymanów tak naprawdę
nikim wyzwolonym nie jest a jej rolą jest nic innego, jak powielanie
roli gejszy, z tym, że owa gejsza ma farbowane włosy, nosi współczesne
ubrania i obrzydliwie kaleczy i ciało i duszę. Jednak jakby nie było jej rola
jest jasna, sprawianie przyjemności mężczyznom. Jej jakby nie było i nikogo to zbytnio nie obchodzi.

Książka tak naprawdę dość obrzydliwie tendencyjna i żadna tam
odkrywająca przed nami coś, czego się nie spodziewamy. Jeśli bowiem
ktoś sądzi, że w takiej Japonii nie ma ludzi godzących się na
eksperymenty z seksem, poniżanie go, czynienie z niego przedmiotu w
imię podniety ze strony partnera(?) to się myli. Do tego wtrynienie
nadmiernego piercingu i tatuowania, to wszystko ma nas przekonać, jak
mniemam, że w Japonii jest cool.

Hę? Mnie to nie przekonuje, ale rozumiem, że autorka jest usatysfakcjonowana spływającymi zewsząd tantiemami.

Ja osobiście nie polecam, ale kto wie, może i są fani takowej literatury. Mnie na to zdecydowanie szkoda czasu. Jak na freakową tendencyjna i nudna zwyczajnie, szalenie przewidywalna (domyśliłam się od razu, kto ubił partnera seksualnego głownej bohaterki), jak na ambitną , zdecydowanie nie spełniająca oczekiwań.


Ha, na koniec, mówiłam, że się nie znam, właśnie wyczytałam na stronie autorki, że za tę książkę otrzymała jakąś prestiżową nagrodę;))


No więc, ten, może to jakiś niesamowity kawałek literatury a Chiara się na nim zdecydowanie nie poznała.


No nie i już;)

po trzydziestce nie jest źle…

…znowu zajrzał na mój blog ktoś z ciekawym hasłem.

Wyjaśniam, NIE, po ukończeniu TRZYDZIESTU lat nie pada się natychmiast trupem. Mało tego, można się o wiele fajniej seksić ( ma się zdecydowanie więcej pewności w tej kwestii, wie się, czego i jak się chce:), na więcej człowieka stać. Ma się zdecydowanie więcej zainteresowań i możliwości realizowania się. No i studia już za człowiekiem i na ogół interesująca praca, a więc wszelakie nerwy z tym związane już dawno za nami.

A niektórzy moi znajomi, to już po trzydziestce byli po pierwszym rozwodzie więc i możliwości nowe przed niektórymi się otwierają:)

Ja wiem, że w pewnym wieku osoby po trzydziestce wydają się niemal starcami, ale zapewniam Was, po trzydziestce nie jest źle:) No nie jest i już;)

rocznicowo dziś na blogu…

…kolejna rocznica pisania bloga stuknęła dzisiaj…Piąta konkretnie. Taka z tych okrąglejszych;)
Rok temu o rocznicy pisałam tu.
A dzisiaj chociaż w głowie kłębią mi się różne myśli i przemyślenia na temat blogów, bloga i pisaniny, chyba sobie daruję. Może dlatego, że wcale nie wszystkie te opinie takie hurraoptymistyczne by były…A po co smęcić przy rocznicy?:)
A więc, rozkładam wirtualnie bielutki obrus, stawiam szklanice, wystawiam ciasto i zapraszam do świętowania;)
Jedno mi się nie zmieniło od roku, ciągle się sama sobie dziwię, że tyle lat już to piszę…a nie przypuszczałam, kiedy zaczynałam.

„Drogi do Santiago”. Cees Nooteboom.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B w serii "terra incognita". (2007).

Przez chwilę w ogóle odczuwałam zamęt w głowie, kiedy miałam przyporządkować wpis do kategorii. Książka, to jasne, ale i podróże całkowicie by do tego pasowały a najlepiej jeszcze dodając "filozofuję"…

Bo też książka "Drogi do Santiago" Ceesa Notebooma to książka naprawdę niezwykła. Daaawno nie dałam (tak, jak pamiętam) na biblionetce oceny "rewelacyjna" a tej książce bez wahania taką właśnie notę dałam.

Książka mnie zachwyciła…sięgając po nią nie spodziewałam się, że będzie ona aż taka. Owszem, domyślałam się, że to nie jest kolejny przewodnik po Hiszpanii, że to nie jest kolejna z cyklu opowieści o ludziach, którzy gdzieś się przenoszą a doświadczenia swoje zostawiają potem na kartach wspomnieniowych książek ale że to faktycznie okaże się być tak niezwykłą opowieścią o podróży, nie, tego się nie spodziewałam.

Autor podróżuje od lat czterdziestu do Hiszpanii. I w jego książce widać jego fascynację do tego kraju. Fascynację i to, o czym niedawno sama pisałam opisując swoje własne uczucia do Grecji, miłość po prostu, rodzaj zakochania się w danym miejscu. Podróże autora są więc od lat, ale , co niesamowite, jemu udaje się je tak zmieszać, iż sami już nie wiemy, jeśli uporczywie wracamy w jedno miejsce czy to są wielokrotne podróże, czy może tak naprawdę nasze powroty są niczym innym, jak jedną wielką podróżą, tak się tylko przypadkowo zdarza, że rozciągniętymi w czasie? Czy nie macie, wy, którzy nie odkrywacie wciąż czegoś nowego a macie swoje miejsce na ziemi, do którego wciąż i wciąż powracacie, dokladnie takiego samego, jak on wrażenia, że nie odbywacie podróży wielokrotnie a jedną i wciąż tą samą? I nie jest to uczucie pejoratywne, wręcz odwrotnie…Ja mam, ja czytając go miałam wręcz wrażenie, że niektóre myśli, refleksje, autor wyjął dosłownie z mojej głowy, bo ja dokładnie coś takiego samego odczuwam, kiedy powracam do ukochanej Grecji.

Tak naprawdę mimo tego, że Nooteboom pisze o Hiszpanii i wplata w opowieść mnóstwo własnych refleksji na temat sztuki, historii, literatury, architektury, ludzi tego kraju, odniosłam podczas lektury bardzo silne wrażenie, że tak naprawdę ta książka nie jest opisem podróży po Hiszpanii, ona jest opisem PODRÓŻY w wielu jej aspektach. Zarówno tej fizycznej, w której używamy środków transportu, jak i tej całkowicie metafizycznej, można by powiedzieć w głąb siebie. I tak naprawdę równie dobrze jest to podróż do Polski, Hiszpanii, Grecji, jak i w głąb człowieka……..

Trudno pisze mi się o tak rewelacyjnych książkach, które w dodatku takie wrażenie na mnie zrobiły. Trudno jest mi po lekturze ubrać myśli.
Niełatwo jest mi wypunktować, co tak naprawdę podczas lektury zachwyciło mnie najbardziej, czy może zbieżność pewnych myśli i osądów , których ja z racji takich a nie innych czynników, wyrazić sama nie potrafię, czy fakt, że autor pisząc uniknął (a to wielka sprawa) moralizowania i usiłowania pokazaniu światu i szarym czytelnikom swojego jedynego najmądrzejszego zdania na każdy temat, czy może to, że książkę tę czytałam jak coś w rodzaju balsamu dla serca, ducha i w jakiś sposób wzniosłam się podczas lektury na inny poziom…może to jedna z tych książek, o których będę mogła powiedzieć,że coś we mnie zmieniły? Im bardziej nad tym myślę, tym bardziej wiem,że tak właśnie jest.

Na koniec, kilka zdań, myślę, że one powiedzą o książce jeszcze więcej a może składniej zabrzmi ta moja recenzja:)

"Sternstunden, wspaniałe niemieckie (oczywiście) wyrażenie określające szczególny moment , "promienną godzinę", która okazała się lub okaże tak ważna w życiu, że przestawi je na inne tory. Taka idea zakłada wielkie oświecenie z zewnątrz, świętą chwilę, błysk rozpoznania, a ja mam zbyt trudny charakter, żeby naprawdę w to uwierzyć. To, co w tak nagły sposób ulega olśnieniu, musi już przecież być obecne w zarodku. Jak inaczej dałoby się bowiem taki moment rozpoznać?".

"Ta historia trwa już czterdzieści lat i obok pisarstwa stanowi najbardziej stałą linię w moim życiu. I ma wymiar fizyczny: rok bez pustki tego kraju, bez kolorów ziemi i skał, jest rokiem straconym".

"Chyba najbardziej przypomina to historię miłosną, tyle tu kwestii których nie da się opisać ani wytłumaczyć. No i można być spokojnym, że ta narzeczona człowieka nie porzuci".

Oczywiście, że polecam!

Gdzie Toskania a gdzie Krym…

W skrzynce dzisiaj (tak trochę a propos korespondencji) zastałam trzy pocztówki.
Pierwsza, to z Krymu od Kota _w_Butach, dziękuję za niespodziankę, tym bardziej, że z Krymu nie miałam w zbiorach. Dostałam pocztówkę z meczetem, o tym tym😉 z Bakczysaraju. Bardzo ładny widok.
Druga pocztówka z Bawarii od Capucine, z widokiem słynnego zamku. Widzę, że wyprawa się udała i nawet deszcze (niestety, typowe w tamtych rejonach Europy o tej porze roku) nie przeszkodziły w zwiedzaniu. I dobrze;)
Trzecia kartka, to druga kartka od Wildrose z jej wyprawy do Toskanii, tym razem , na zdjęciu uliczka któregoś z miast, po prostu. Kamienne domy, które są ukwiecone i które z pewnością przynoszą ochłodę w upalne dni , brukowana droga pomiędzy domami, ot, nic, tylko ruszyć przed siebie i odkrywać kolejne piękne toskańskie zakątki…
Za podróże przez całą Europę dziękuję nadawczyniom;)

kiedyś, to ludzie listy pisali…

…W Lecie z Radiem co czwartek jest konkurs dotyczący listów. Czytany jest fragment listu i dzięki podpowiedziom łatwym, należy zgadnąć, kto jest autorem.
Od kilku tygodni śledzę te listy z zapartym tchem, bowiem, co Wiecie, jestem pewnie jedną z niewielu osób, które wciąż uprawiają sztukę epistolografii.

Oczywiście w dzisiejszych listach nie piszemy, jak oni wtedy…Dzisiaj na przykład zasłuchałam się w list skierowany od Jana Zamoyskiego do jego spodziewającej się wówczas dziecka małżonki. Jakież to wyśrubowane zwroty stosowano wówczas, jakiż to wstęp z ozdobnikami wszelakimi…
Fajnie się tego słucha tak po latach.
Oczywiście, były też listy Sobieskiego do jego Marysieńki, jedne z najsłynniejszych chyba listów, jakie znamy.

Przypomniałam sobie niezwykłe, pełne miłości listy braci Van Goghów, które swego czasu również czytałam…listy sióstr Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec…

Listy…świadectwo odległych czasów…na papierze, często zniszczonym przez wielokrotne czytanie , może zmoczonym przez łzę wzruszenia, radości , pożółkłe. A na nich słowa, które świadczą o miłości, tęsknocie, przyjaźni, smutku, obawach, pytania stawiane lub odpowiedzi, które zostały wysłane…

Czy zastanawialiście się kiedyś nad listami, które są po latach publikowane? Muszę przyznać, że ja, wielka orędowniczka zachowania tajemnicy korespondencji, mam do dziś dnia mieszane uczucia, kiedy takie listy czy to czytam czy słyszę, jak w radio. Czuję się trochę, jakbym wdzierała się do intymnego świata ówczesnych, dwojga ludzi, którzy przecież wybierali tą a nie inną formę komunikacji, bo tak im wówczas nakazywały możliwości, sytuacja…oddzielenie setkami kilometrów…

Z drugiej strony, dzięki owym listom , często mamy jedno z najważniejszych świadectw ówczesnych czasów. No i przekonanie, że mimo innego języka, może bardziej pięknych zwrotów, elegantszych wyrażeń, ludzie , jak kochali, tak kochają, jak cierpieli tak cierpią, jak radowali się, tak i radują się obecnie…

Wielka to radość zajrzeć do skrzynki pocztowej i znaleźć w niej kopertę. Słowa, do których można wrócić w każdej chwili. Które można unieść ze sobą w torebce czy kieszeni…

Władysławowo, Piza…

…i śliczne zakładki.
Najpierw dzięki dla Obiezy_swiatki i Reginy, które podesłały mi kolejne cacka do zakładkowej kolekcji. Obiezy_swiatka podesłała kalendarz, z którego zrywane kartki stają się potem zakładkami, mam takie dwa od Reginy, dzięki temu mój zbiór rośnie w ilość;)) Od Reginy dwie zakładki, szalenie eleganckie. A obie dziewczyny, niezależnie, dosłały bardzo fajne kartki, obie są z motywem książek. Super.

Wildrose najpierw podesłała mi pocztówki z naszego, polskiego Wybrzeża, a również z Władysławowa. Muszę przyznać, że samo miasteczko nie jest może moim ulubionym, ale…kojarzy mi się baaardzo fajnie. Otóż rok w rok przez całą podstawówkę dojeżdżałyśmy tam z moją Mamą pociągiem, tłukąc się te pięć i ponad godzin z Warszawy, aby z Władysławowa właśnie pojechać do Jastrzębiej Góry, gdzie spędziłam jedne z najpiękniejszych wakacji życia. Mówię tu o Jastrzębiej Górze, którą pamiętają zapewne nieliczny z czytających mnie, a mianowicie ślicznej mieścinie nadmorskiej, w której był jeden kiosk, działający w dodatku sezonowo, jeden spożywczak dla mieszkańców, Kościół i sezonowe sklepiki z pamiątkami (nie made in China!).

Wczoraj zaś doszła od Wildrose pocztówka z Pizy, widok na miasto z lotu ptaka, ale Krzywa Wieża, jak stała, tak stoi;)
Dziekuję za pamięć.

„Powrót”. Victoria Hislop.

Wydana w Wydawnictwie Albatros (2009).

Na wstępie, oto strona samej autorki, polecam zajrzeć.

Druga wydana po "Wyspie" książka tej autorki. Zastanawiałam się, jaka będzie. Bo, jak pamiętacie, "Wyspa" bardzo mi się podobała, przede wszystkim za to, że pokazała mi, czym była wyspa Spinalonga.

"Powrót" może nie jest tak porywający, jak poprzednia książka Hislop, ale nie powiem, że mi się nie podobał. Bo podobał, mimo, że dotykał baaardzo trudnego czasu w historii Hiszpanii, a mianowicie opowiadał o wojnie domowej tamże. I tu muszę przyznać, że byłą trudność. Bo trzeba Hislop przyznać jedno, dobrze odrabia lekcję domową.Tak, jak pokazać umiała fantastycznie, jak wyglądało życie na wyspie trędowatych, tak w "Powrocie" pokazała dramat wojny. I to najgorszej z możliwych. Wojny domowej. Takiej, podczas której naprzeciwko siebie stają bracia lub dzieci kontra rodzice. Najbliżsi są w stanie zdradzić i dotychczasowe życie, to , w którym człowiek czuł się dobrze i bezpiecznie, zmienia się w ruinę. Wspominałam już o tym podczas opisu moich wrażeń po książce Dubravki Ugresic, tu temat ten sam, wojna domowa wraz z jej najgorszymi konsekwencjami.

Trochę schematycznie autorka podeszła do własnej bohaterki, bowiem znowu mamy do czynienia najpierw z czasami współczesnymi i Sonią, dziewczyną z hiszpańskimi korzeniami, która odwiedza rodzinne strony matki, która po opuszczeniu kraju już nigdy do niego nie wróciła. Tu lekkie deja vu z "Wyspą". Ale dalej już coś innego. I dobrze. Mniej tu tajemnic rodzinnych, raczej więcej samej historii i jak wspominałam, wojna domowa w Hiszpanii, która właściwie staje się równorzędną innym bohaterką.

Ciężej czytało mi się tę ksiązkę, niż "Wyspę", mimo, że przecież "Wyspa" traktowała o poczatkowo nieuleczalnej chorobie. Ale tam autorce udało się pokazać to, że nawet w takiej sytuacji ludzie mogli nie tracić resztek nadziei, że nawet w śmiertelnej chorobie potrafili kochać się, żenić, uczyć, pracować, żyć.
Tu temat tak przygnębiający a i jego przedstawienie nielekkie, jakby odbierało resztkę optymizmu.

Nie do końca szczere wydało mi się zauroczenie matki Soni, Mercedes , które kazało jej opuścić rodzinny dom w najcięższych chwilach. Podobno dla miłości, ale jakieś to nieprzekonujące mi się zdało.
Ale to właściwie jedyne, do czego tak naprawdę mogę się przyczepić.

Sonia w swojej wędrówce po rodzinnym mieście matki dowiaduje się nie tylko o historii rodziny, nie tylko o wojnie, jaka działa się w tym kraju, dowiaduje się też, dlaczego ona tak bardzo kocha taniec, dlaczego jest on dla niej najważniejszy na świecie. I co można dla niego zrobić…

Cóż, polecam;)