…obserwacji i słów na temat podróży. Po pierwsze, zaczęło się "ciekawie". W dniu wyjazdu pogoda zdawała się nam sprzyjać. Ale, kiedy wyszłam na balkon, żeby jeszcze podlać kwiaty, stwierdziłam , że panuje podejrzany skwar jakby. Niemniej jednak zerknąwszy na niebo, żadnych chmur nie stwierdziłam, co mnie uspokoiło. Najwyraźniej czaiły się z innej strony. Jakąś bowiem godzinę po przybyciu na lotnisko, może z kwadrans przed rozpoczęciem się boardingu zaczęło się. Nazwać to deszczem, to mało. To była mega burza, a w dodatku mająca cechy nawałnicy. Patrząc na lądujące samoloty widzieliśmy, że dobrze być nie może. Co potwierdziło opóźnienie się lotu o prawie godzinę. Gdyby burza zaczęła się może 10 minut później, samolot , którym mieliśmy odlecieć, wylądowałby, bowiem, jak powiedziała pani z linii z Lufthansy (Marga, a jednak lecieliśmy z L. chyba na zasadzie Star Alliance) czekał już w kolejce do lądowania. A tak, to stał w kolejce do lądowania, kiedy zaczęła się nawałnica i został odesłany w przestrzeń niebieską. Nie dziwię się, bowiem serio, nie wiem, jak dałoby się lądować na Okęciu w danej chwili. Co jednak spowolniło sprawy, bowiem wszystkie samoloty mające lądować musiały snuć się po niebie w oczekiwaniu na to aż burza przejdzie i będą mogły wylądować. Opóźnienie było i tak niewielkie, raptem godzina. Po tym, jak koczowaliśmy na lotnisku na Malcie ponad 5 godzin, to wydaje mi się niemal niezauważalnym. Po tym, co się dowiedziałam o samolocie Air France, który być może zaginął w czasie burzy, nie dziwię się, że jednak podczas manewrów lądowania czy startu jest się megaostrożnym.
Co jednak nie było ciekawe podczas tej burzy, to fakt, że samoloty nie lądowały i nie startowały, ale panowie z obsługi bagaży pracowali jak najbardziej. Widziałam bagaże ładowane na lot do Paryża i jestem przekonana, że po otworzeniu walizek, właściciele ich mieli nietęgie miny.
Nasze bowiem bagaże, ładowane do samolotu już podczas końcówki deszczu, okazały się nieco zamoknąć. I tak kilka moich t-shirtów rozpoczęło swoją karierę od suszenia się a chusteczki w ogóle okazały się być zamoknięte.
Ciekawe, jak wyglądają bagaże ludzi, którzy podróżują w kraje Dalekiego Wschodu, gdzie, jak wiemy pada.
Co do samego pobytu, to jak pisałam wcześniej, tym razem osiedliliśmy się pod Salzburgiem. No, nie tak może pod, ale niedługo się do niego docierało.
Tym razem mieszkaliśmy w Salzburgerland, który to jest częścią Salzkammergut. To niezwykły region Austrii, jako, że jeziora są tam wśród gór. Dla mnie stanowiło to niezwykły widok. Widoki są tam niezwykle malownicze.
Ludzie okazali się być o wiele bardziej przyjaźni, niż pamiętam to z Tyrolu, gdzie, jak wspominam, nawet trochę na ludzi narzekałam po powrocie.
No i jeździli prawidłowo i nie tak bardzo niebezpiecznie jak to właśnie z Tyrolu wspominamy.
Alpy nie są tam za to tak wysokie, tak więc tym razem nie spotkaliśmy na trasach naszych spacerów świstaków, ale nie szkodzi. W końcu nie zawsze musi być tak samo, prawda?
Hotel okazał się być tak super jak sobie to wyobrażałam. Niepotrzebnie wcześniej zajrzałam na jakiś serwis z opiniami internautów. Mam daleko idące podejrzenie, że część z negatywnych komentarzy wysmażyła konkurencja. Owszem, nie wypowiadam się za stan czy wyposażenie wszystkich pokoi w nim, ale na przykład już mogę powiedzieć, że osoby pracujące w nim były kompetentne, sympatyczne i miłe. Dodatkowym plusem było coś, czego nie spotkaliśmy w Tyrolu a mianowicie, że tam na pensjonatach i hotelach pisze się, jaka rodzina prowadzi owo miejsce. W naszym hotelu właściciel z synem mieli zwyczaj przychodzenia na śniadanie i kolację i zamieniania paru słów z każdym z gości. Mnie się coś takiego podoba.
Widoki i przyroda taka, jak oczekiwałam, czyli zapierająca dech w piersiach. Muszę jednak przyznać, że tak, jak okolice Meyrhofen, w Tyrolu, w którym byliśmy 2 lata temu nastawione były również na zimowych gości, to tu, w okolicy Fuschl am See , w którym teraz byliśmy wyciągów aż takiej ilości nie było, jak w Tyrolu. Czyżby więc okolica nastawiała się głównie na turystów w letnim czasie? Jest to z pewnością istny raj dla osób, które lubią piesze wędrówki, górskie wyprawy, jazdę na rowerach czy bieganie.
Jak to w Austrii, miejscowe centra informacji turystycznej mają niezwykle bogate zasoby folderów wszelakich. Każdy znajdzie więc informacje dla siebie, nie tylko te zawarte w przewodnikach, ale, jak ja to nazywam, bardziej "lokalne". Każdy, a więc lubiący wędrówki, rowerowe wyprawy, czy też mający dzieci a więc co za tym idzie, muszący specyficznie planować urlop.
Powiem tak, w Tyrolu mi się podobało,ale tu również i nie wiem, czy nawet nie bardziej, również ze względu na przyjazność ludzi…