Wydana w "Świecie Książki", (2009).
Tak, "Nie będę Francuzem" to kolejna książka z cyklu "człowiek, który z tych czy innych przyczyn postanowił kupić dom w innym kraju i opowiada o tym w swojej książce, jak również o swoim nowym życiu". Ktoś powie, że owszem, kolejna osoba, która po Peterze Mayle czy Frances Mayes czy Bodil Malmsten wykorzystuje ten motyw. No i co z tego? Wolna wola czytającego. Jak ktoś nie jest zainteresowany podobnymi opowieściami, to przecież nikt go do czytania nie zmusza? (Chyba, że o czymś nie wiem;).
Mark Greenside to Amerykanin mający jednak baaardzo europejskie korzenie, dla mnie więc z Ameryką łączy go praktycznie li i jedynie fakt narodzin na tamtej ziemi i przeżycia tam większej części swojego życia. Niemniej jednak według prawa to Amerykanin, a więc ów Amerykanin pewnego dnia zostaje nieco na siłę przekonany do faktu spędzenia w Bretanii wakacji. Wakacje , które miały scementować związek z kobietą okazują się niewypałem w kwestii związku za to zdecydowanie odkryciem, jeśli chodzi o znalezienie tak zwanego miejsca dla siebie na ziemi.
Greenside zabawnym zbiegiem okoliczności nabywa posiadłość, która ,co ciekawe, nazwą nawiązuje do jego nazwiska i rozpoczyna od tej chwili życie dzielone na pół. Czyli trochę czasu spędza w Stanach a trochę we Francji właśnie.
Nie znajdzie tu wielkiej filozofii czy ambitnych obserwacji na tematy różnic kulturowych ktoś, kto sięga po książkę w tym celu. Jest ona napisana na wesoło, z poczuciem humoru, autor ukazuje się nawet często w chyba nadmiernie krzywym zwierciadle, ale jednocześnie pokazuje to, co lubię w tego typu opowieściach. Fakt, że nie chce się on na siłę pokazać, jako nowo narodzony jako Francuz. A pokazuje się tym, kim jest, czyli Amerykaninem przypadkiem osiadłym we Francji, który z czasem uczy się języka, poznaje obyczaje i zwyczaje panujące w okolicy. I który, co cieszy, ma niezwykłe szczęście do otaczających go mieszkańców i sąsiadów. Bo trzeba przyznać, chyba większość z opisujących swoje przygody osiedlających się w innych krajach ludzi nie dałaby sobie tam rady, gdyby nie przyjazne gesty i pomoc ze strony "tambylców". Nie inaczej jest w historii Marka. Który to we Francji dopiero poznaje prawdziwych przyjaciół a nie tylko "znajomych". Chyba tego ciepła i życzliwości nawet dla błędów i problemów zabrakło mi w książce z tego cyklu, która najmniej mi osobiście się podobała, czyli "Extra Virgin".
To ja zdecydowanie wolę historie o ludziach, którzy spotykają się głównie z ciepłem, życzliwością i wsparciem. Mnie to bardziej pasuje;)
Mnie się podobała, polecam.
