Hellbrunn, wodne triki.

Do Hellbrunn pod Salzburgiem pojechaliśmy zachęceni trikami wodnymi, jakimi reklamuje się od paruset lat to miejsce.
Jest tam pałac i ogrody. A także piękny park i sadzawki, w których pływają karpie. Pałacu nie widzieliśmy, bo trochę nie starczyło nam czasu, zresztą, przyznaję, nastawialiśmy się tylko na spacer po ogrodach ze względu właśnie na owe triki wodne, z którego słyną Ogrody Hellbrunn. Dawno temu pewien arcybiskup postanowił stworzyć sobie taką siedzibę. Facet zdecydowanie mniej skupiał się na sprawach duchowych niż cielesnych i dlatego powstało miejsce naprawdę niezwykłe. Otóż w ogrodach poukrywane są w rozmaitych miejscach fontanny, z których woda leci na zwiedzającego w najmniej oczekiwanych momentach. Serio. Przejście po ogrodach jest tylko z przewodnikiem, który właśnie włącza owe urządzenia. Myśleliśmy, że będzie jakoś przynajmniej uprzedzać, ale gdzie tam. Dobrze, że pojechaliśmy w bardzo słoneczne i ciepłe popołudnie, bo uprzedzam wszystkich, wraca się mokrym;)
Mała uwaga, a sądzę, że szkoda, że przewodnik o tym nie uprzedziła. Osoby posiadające dobre aparaty fotograficzne, niech w ogóle je schowają przed wizytą. Woda naprawdę tryska niespodziewanie i nawet śledząc mokre ślady, jakie zostają, nie zawsze można przewidzieć, skąd tryśnie na ciebie woda. A potrafi trysnąć wprost w obiektyw aparatu.
Mnie oblało dwa razy, raz lekko, raz nieco bardziej, dostało mi się od jelenia, ale nie tylko.

Tak poza tym, to zabawa jest naprawdę przednia i warto jest właśnie nie spodziewać się, skąd taki biczyk wodny człowieka sieknie, bo jest przynajmniej zabawnie. Dzieciaki są w tym miejscu przeszczęśliwe. Dorośli w większości też, z wyjątkiem dwóch panów z któregoś z krajów z Azji, którzy po wizycie wydawali się być nawet mocno niezadowoleni. Nie wiem, może nie doczytali, na co się decydują. Trudno wyczuć.
W każdym razie, wybierając się w to miejsce radzę wybrać dzień słoneczny, aby szybko wyschnąć z nadmiaru wody, co się stało, kiedy my byliśmy, no i nie ukrywam, wygląda to ciekawie.
Poza tymi trikami wodnymi są też ciekawe mechanizmy ruszające się, których ruch jest napędzany wodą a to też jest ciekawe.
Naprawdę warto odwiedzić to miejsce.
Na fotce prezentuję wam kamienny stół, do którego na biesiady zapraszał swoich gości ów arcybiskup. Kiedy to towarzystwo, a pamiętajmy, jakie stroje wtedy noszono i te wymyślne peruki , trochę pobiesiadowało a nadmiar zapewne wina do głowy uderzał, zabawny gospodarz cichaczem włączał fontanny, które lał im (za przeproszeniem;) w tyłki i na plecy. No, można było się zdrowo uśmiać.;)

zobaczyć te oczy wpatrzone w ciebie-bezcenne…

Poszliśmy na spacer pod okoliczne wzgórze, ale raczej zupełnie relaksowo, bo mieliśmy ochotę podejść tam do lasu. I tak szliśmy najpierw kawałkiem łąk, podpatrując rolnicze prace, potem zaś lasem. Aby jednak dojść do części lasu, do którego chcieliśmy przechodziliśmy przez jego fragment, który "przecinał" drogę. Ja wyjęłam wodę mineralną, wyprzedziłam P. i zajęłam się dostarczaniem organizmowi minerałów, kiedy odniosłam wrażenie, że mam się odwrócić do P. Kiedy to zrobiłam okazało się, że mój Mąż robi w moim kierunku dziwne miny i coś do mnie szepcze, z czego zrozumiałam "sarna z małymi". Spojrzałam w prawą stronę i…wcięło mnie. Paręnaście metrów dalej stała sarna z dwójką młodych. Mama, jak to mama, nie spuszczała z nas wzroku. Czuliśmy na sobie jej poważne, sarnie spojrzenie kontrolujące co się dzieje. Ostrożnie, najostrożniej jak to się tylko dało, wsadziłam wodę do plecaka i wyjęłam aparat, a P. już dawno fotografował i oto co ujrzeliśmy. Mama sarna praktycznie raz odwróciła od nas wzrok, widać uznała, że jesteśmy nieszkodliwi. Dzieciaki, jak to dzieciaki, po chwili przejęcia (zapewne zauważenia, że mama jest poważna) zajęły się sobą. Lizały się, drapały kopytkiem za uchem i nawet trochę chyba poszturchiwały. Nie wiem, czemu, ale myślę, że to był brat z siostrą.
Dla nas, mieszczuchów, taki widok jest jak wcześniej pisałam, jak w reklamie-bezcenny…
A sarnie oczy to chyba jedne z najpiękniejszych w przyrodzie, to już tak zupełnie nawiasem mówiąc…