…, w którym napiszę pochwałę w stronę Poczty, a tu proszę, jak to nie można nigdy się zarzekać;)
Wczoraj bowiem miałam niezwykłe zdarzenie.
Kotłowałam się z praniem powyjazdowym, kiedy zadźwięczał dźwięk domofonu. Tak sobie pomyślałam, że kto wie, czy to nie polecony od Reginy, ale aż mi się wierzyć nie chciało (wysłała w piątek, a polecone, wiem to z doświadczenia, na ogół trochę do nas idą). Odebrałam i okazało się, że to listonosz. Odruchowo nacisnęłam przycisk wpuszczający gościa, mimo, że coś tam do mnie jeszcze mówił, ale pomyślałam, że może mówił, że jeszcze ma kilka poleconych na klatce do rozniesienia, różnie to bywa.
Dotarł sporo czasu potem. Okazało się, że wcale nie musiał, tylko chciał się spytać, kiedy może mi przynieść list polecony. "Bo wie pani, ta przesyłka miała nalepke, uwaga szkło i nie chciałem jej teraz nosić, żeby jej nie uszkodzić". Wiecie, co? SZCZĘKA mi opadła. Serio.
Przebąknęłam coś, że ja pójdę to odebrać na pocztę, bo on owszem, list polecony to ma obowiązek nosić, ale przesyłkę niewymiarową, to sama wiem, że nie i nie oczekiwałabym od niego tego, ale powiedział, że ma blisko do poczty i czy może być z przesyłką około 13.00. Totalnie zdumiona i zaskoczona (na plus, oczywiście) wybąkałam, że tak, że będę w takim razie oczekiwać. I poszedł, a ja długo zbierałam z ziemi własną szczękę. To młody listonosz, nowy, tak mi się zdaje. Nie wiem, jak długo zagrzeje u nas miejsce, ale pewnie, jak znam życie, niedługo…(szkoda, bo widzę, że to ten z gatunku solidnych).
Kwadrans przed 13.00 faktycznie był z przesyłką od Reginy a ja przez resztę dnia miałam wrażenie, że to w ogóle nie miało miejsca, że takie miłe gesty nie mogą mieć miejsca.
Opisałam to właściwie po to, aby zostawić sobie takie wspomnienie. Że raz na jakiś czas ktoś może nas zaskoczyć na plus. Że ludziom może chcieć się zrobić coś, co nie należy do ich obowiązków. Coś, co jest po prostu miłym gestem. I że to się jednak może zdarzyć.
A potem jeszcze w skrzynce znalazłam zaprenumerowane przez nasze biuro podróży pismo podróżnicze (akurat jest artykuł o wakacjach w Grecji, cudo;) i przemiłą pocztówkę z Troyes od Capucine;))
nie latałam na paralotni:)
Ale czułam się świetnie mogąc wędrować i napawać swoje oczy takimi widokami:

Jeziora wśród gór.

Specjalnie wybrałam taki widok z trasy pod szczytem Zwolferhorn, aby pokazać Wam , jak faktycznie to wygląda z tymi jeziorami, że są one właśnie wśród gór. Jak dla mnie to piękne.
Acha, na focie widać jeszcze innego hobbystę. Otóż paralotniarze wjeżdżali kolejką i udawali się do St Gilgen, skąd znowu po spakowaniu się wjeżdżali na szczyt. Jak widać, te tereny zapewniają atrakcje dla chyba wszystkich hobbystów i maniaków czegoś tam konkretnego;) Nikt się tam nie może nudzić. W dole widać panoramę miasteczka St Gilgen. Ciekawostka dla miłośników muzyki, to w nim urodziła się matka Mozarta a siostra kompozytora przeniosła się tam po ślubie.
Wokół Zwolferhorn jest trasa spacerowa można to tak nazwać a także można po wjechaniu kolejką zejść różnymi trasami do St Gilgen. My na pierwszą taką wyprawę wybraliśmy trasę oznaczoną jako łatwą;) To był dobry pomysł, jako, że po 2.5 godzinnej wędrówce ledwo złaziłam już w dół a następnego dnia dowiedziałam się o istnieniu mięśni, o których nie miałam w ogóle pojęcia, że takowe posiadam;)
