„Wycieczkowicze”. Michal Viewegh.

Wydana w Prószyński i S-ka (2008).


Ci, którzy naprawdę długo czytają mój blog wiedzą, że Michala Viewegha czytuję. I że według mnie jego książki są , jak ja to nazywam, "nierówne".
Bo na przykład o ile "Cudowne lata pod psem" mnie zachwyciły, o tu o nich pisałam (chociaż wtedy sama pomyliłam tytuł, skorygowałam to):

http://chiara76.blox.pl/2007/03/Szczesliwe-lata-pod-psem-Michal-Viewegh.html

to jego "Powieść dla kobiet" kompletnie mi się nie podobała.

Po "Wycieczkowiczów" sięgnęłam teraz a mogłam to zrobić po tym, jak udało mi się w Międzynarodowym Dniu Książki nabyć ją w korzystnej cenie.

Pomyślałam sobie, że czas wakacji, urlopu, lato ogólnie mówiąc, zachęci do tego typu lektury i…okazuje się, że to był dobry pomysł.

Można książkę "Wycieczkowicze" potraktować na dwa sposoby. Pierwszy z nich to lightowy, czyli wesoła opowieść okraszona znanym nam dobrze z komedii czeskich poczuciem humoru opowiastka o grupie ludzi biorących udział w tygodniowej wycieczce autokarowej nad włoski Adriatyk. Można. Wtedy to mamy zabawny opis nieco stereotypowych osób, "przedstawicieli" czeskiego społeczeństwa. Są oto rodziny z mniejszym ale i większym stażem małżeńskim. Jest samotna dziewczyna, która zaczyna odczuwać tykający zegar biologiczny i która mimo, że powtarza sobie, że skończyła ambitny kierunek, włada kilkoma językami i pracuje w niezłej firmie , zaczyna bać się myśli, jak rozpaczliwie potrzebuje znaleźć męża. Jest dwójka gejów. Jest wreszcie pan poseł z lukrowaną z wierzchu a mocno robaczywą w środku rodzinką. Są i dwie panie emerytki z gatunku tych, które we dwie jeżdżą na tego typu wycieczki od lat. Jest w końcu i pisarz, który wraz z przyjaciółmi wybrał się na ową wycieczkę, aby złapać trochę nowych pomysłów na mającą powstać niebawem książkę o wycieczkowiczach.
Na tym poziomie, jak wspomniałam powyżej, otrzymujemy barwną historyjkę plączących się losów i sytuacji wspólnie podróżujących, odsłaniającą słabostki nie tylko poszczególnych osób ale myślę, że wszystkich współczesnych nam społeczeństw, borykających się z rozliczeniami po komunistycznymi , wiernością czy raczej jej brakiem w związkach czy to małżeńskich czy partnerskich, kondycją przyjaźni w różnych jej aspektach, czy to upływającymi latami pod hasłem "nikt z nas nie młodnieje z upływem czasu, niestety".

Jest też według mnie jednak drugi poziom książki, który choć czytelny, wydaje mi się umykać w recenzjach, przynajmniej tych, które czytałam, może nie nazbyt wiele. A jest to sam fakt powstawania książki. Sposób, w jaki autor powieści identyfikujący się niby to (chociaż nie danymi osobowymi na przykład) z występującym wśród wycieczkowiczów pisarzem przedstawia nam sam proces powstawania książki.
Z właściwym sobie poczuciem humoru Michal Viewegh zaprasza nas do zabawy w powieść, stajemy się obserwatorami jego pomysłów na książkę, uczestniczymy zarówno w powstawaniu postaci, głównych bohaterów, jak i jesteśmy świadkami rozlicznych wahań i rozterek pisarza-autora książki…

Czy to więc faktycznie podróż do Włoch czy może raczej w głąb siebie podróż, jaką odbywa każdy autor , nad którym w pewnej chwili, że się może niezbyt elegancko wyrażę, "wisi termin" oddania napisanej książki?

 
Z jednej strony chcielibyśmy wierzyć, że tytułowi wycieczkowicze istnieją gdzieś naprawdę a z drugiej, prztyczek w nos, jaki funduje nam autor, nie pozwala zapomnieć, że tak naprawdę są oni wymyślonymi przez niego postaciami, obdarzonymi jedynie jego własnymi czy to doświadczeniami czy to obserwacjami świata współczesnego.

Mnie się ta książa podobała i polecam.

Jako bonus cytacik:

"-Kto nie widział, jak jego własny ojciec tokuje, ten o życiu gówno wie" (…).

dwa miasta, o jakich trzeba wspomnieć…

…w okolicy, w której byliśmy, a raczej miasteczka ,jeśli już mam być ścisła, to Hallein, miasto z kopalnią soli, które to było również zamieszkane przez Celtów, a także posiada interesujące muzeum celtyckie, a drugie miasteczko, to wspomniane już przeze mnie wcześniej St.Gilgen, w którym na świat przyszła matka Mozarta.Jest tam również pomnik samego kompozytora, jednak mnie bardziej podobała się oryginalna fontanna mająca upamiętnić czasy dzieciństwa matki Mozarta tam właśnie spędzonego.


wstaję rano…

…a tu es "Michael Jackson nie żyje". What? Pamiętam go przecież jeszcze z dzieciństwa.
Nie byłam jego fanką, ale to jedno z nazwisk, które będą w kanonie muzycznym zawsze, taka jest prawda. Jego życie a muzyka, to dwie różne sprawy, przy czym to pierwsze od jakiegoś czasu przysłoniło jego muzyczną działalność, szkoda.

„Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał). Uroki życia w Bretanii”. Mark Greenside.

Wydana w "Świecie Książki", (2009).

Tak, "Nie będę Francuzem" to kolejna książka z cyklu "człowiek, który z tych czy innych przyczyn postanowił kupić dom w innym kraju i opowiada o tym w swojej książce, jak również o swoim nowym życiu". Ktoś powie, że owszem, kolejna osoba, która po Peterze Mayle czy Frances Mayes czy Bodil Malmsten wykorzystuje ten motyw. No i co z tego? Wolna wola czytającego. Jak ktoś nie jest zainteresowany podobnymi opowieściami, to przecież nikt go do czytania nie zmusza? (Chyba, że o czymś nie wiem;).

Mark Greenside to Amerykanin mający jednak baaardzo europejskie korzenie, dla mnie więc z Ameryką łączy go praktycznie li i jedynie fakt narodzin na tamtej ziemi i przeżycia tam większej części swojego życia. Niemniej jednak według prawa to Amerykanin, a więc ów Amerykanin pewnego dnia zostaje nieco na siłę przekonany do faktu spędzenia w Bretanii wakacji. Wakacje , które miały scementować związek z kobietą okazują się niewypałem w kwestii związku za to zdecydowanie odkryciem, jeśli chodzi o znalezienie tak zwanego miejsca dla siebie na ziemi.
Greenside zabawnym zbiegiem okoliczności nabywa posiadłość, która ,co ciekawe, nazwą nawiązuje do jego nazwiska i rozpoczyna od tej chwili życie dzielone na pół. Czyli trochę czasu spędza w Stanach a trochę we Francji właśnie.

Nie znajdzie tu wielkiej filozofii czy ambitnych obserwacji na tematy różnic kulturowych ktoś, kto sięga po książkę w tym celu. Jest ona napisana na wesoło, z poczuciem humoru, autor ukazuje się nawet często w chyba nadmiernie krzywym zwierciadle, ale jednocześnie pokazuje to, co lubię w tego typu opowieściach. Fakt, że nie chce się on na siłę pokazać, jako nowo narodzony jako Francuz. A pokazuje się tym, kim jest, czyli Amerykaninem przypadkiem osiadłym we Francji, który z czasem uczy się języka, poznaje obyczaje i zwyczaje panujące w okolicy. I który, co cieszy, ma niezwykłe szczęście do otaczających go mieszkańców i sąsiadów. Bo trzeba przyznać, chyba większość z opisujących swoje przygody osiedlających się w innych krajach ludzi nie dałaby sobie tam rady, gdyby nie przyjazne gesty i pomoc ze strony "tambylców". Nie inaczej jest w historii Marka. Który to we Francji dopiero poznaje prawdziwych przyjaciół a nie tylko "znajomych". Chyba tego ciepła i życzliwości nawet dla błędów i problemów zabrakło mi w książce z tego cyklu, która najmniej mi osobiście się podobała, czyli "Extra Virgin".
To ja zdecydowanie wolę historie o ludziach, którzy spotykają się głównie z ciepłem, życzliwością i wsparciem. Mnie to bardziej pasuje;)

Mnie się podobała, polecam.

Dom Mozarta.

Jakby nie było, Mozart urodził się w Salzburgu. I nieważne, że większość życia spędził praktycznie poza tym miastem. Jednak Dom Mozarta jest, zawsze ozdobiony flagą austriacką a przed nim kłębi się odpowiedni tłum turystów. Jest tam teraz muzeum poświęcone kompozytorowi, my nie zajrzeliśmy, więc nie wiem, czy ciekawe.

lekcja numer pięćset i trzy..,

…rozmów dotyczących spraw ważnych i życiowych nie należy rozpoczynać tuż przed snem, bowiem niemal pewnikiem jest to, że ma się potem kłopot z zaśnięciem a jak już się to uda, jednej ze stron śnić się będą jakieś zamotane sny odzwierciedlające myśli;/ 

Michael Connelly.

To nazwisko pojawiło się u mnie , kiedy pisałam, co wezmę na wakacje. Ponieważ dzisiaj skończyłam trzeci czytany pod rząd kryminał tego autora (a kolejny ogólnie) postanowiłam trochę przewrotnie nie pisać o konkretnej książce a polecić po prostu tego autora.
Na kryminał autora , który w swoich kryminałach stworzył niezwykłą postać detektywa Harry’ego Boscha (o bardzo oryginalnych danych osobowych;) wpadł P. Kupił najnowszą u nas wydaną książkę i po lekturze powiedział mi, że i mnie będzie się ona podobać, bo nie jest to żadna sensacja, a po prostu dobry kryminał. I miał całkowitą rację. Tak nam się spodobał ten kryminał, że sięgnęliśmy po wiele wcześniejszych innych i możemy śmiało powiedzieć, że jesteśmy miłośnikami cyklu o Harry’m Boschu.
Podoba mi się owa postać za jej niejednoznaczność, a jednocześnie żelazną konsekwencję. Podoba mi się,że , trochę podobnie, jak Jack Reacher, Bosch nie idzie utartymi przez innych szlakami, że podczas swojego śledztwa nie zawsze stosuje popularne metody, że godzi się na pewne prowokacje, że jest gotów czasam poświęcić naprawdę wiele, aby odkryć sprawcę zbrodni, i oby został ów sprawca ukarany.
Można powiedzieć, że w świecie tego misjonarza niosącego chęć wyjaśnienia zbrodni jest zbrodnia, ale musi być i kara. Nie ma innej opcji.
Poza tym, co mi się podoba w dotychczas czytanych książkach Connelly’ego, autor umie stworzyć ciekawą intrygę, zaskakującą często dopiero pod sam koniec książki, co jest dla mnie wielkim atutem.
Jednym słowem, dla wielbicieli kryminałów, którzy nie znają tego autora, jest to ktoś, kto poznany być powinien, bo sądzę, że się nie zawiodą. Tak, jak i nie zawiodłam się ja.
A tu strona z wikipedii o autorze i jego książkach.

polecanka warszawska;)

Dziś dosłownie przed chwilą usłyszałam o tej stronie w radio i stwierdziłam, że zdecydowanie nadaje się do polecenia.
Szczególnie odwiedzający mnie (mam nadzieję, że wciąż) Warszawa prowadzący swój nietypowy warszawski fotoblog jeśli strony nie zna, powinien być usatysfakcjonowany.
Klimaty niezwykłe a rzut oka na moje rodzinne miasto zdecydowanie nie przewodnikowy i z zupełnie innego punktu widzenia, niż przeciętny turysta jest zwykł przyjąć.
Tak więc panie i panowie, alternatywny przewodnik internetowy po Warszawie, czyli:

www.warsawsun.pl